Niedługo po ujawnieniu prawdy o współpracy ojca Hejmo z bezpieką, Instytut Pamięci Narodowej opublikował raport zawierający dokumenty z akt SB. Okazało się, że są to sprawozdania z rozmów z dominikaninem i stenogramy taśm magnetofonowych, nagranych podczas spotkań towarzyskich. Zakonnik zaprzeczył, że był świadomym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa.

Pan Jezus powiedział: Prawda was wyzwoli (J 8,32). Ojcze Konradzie, czy ojciec jest gotów pójść za tym wskazaniem i powiedzieć, jak było naprawdę, choć mogą to być sprawy bolesne?
Jestem gotów pójść za prawdą Jezusa Chrystusa. Nigdy za prawdą SB. A wszystko, co przekazane jest w teczkach, to programowe kłamstwo i fałsz. Po to spisywali esbecy pogmatwane informacje, żeby stanowiły  „haki” na duchownego. Po to obstawiali co lepiej pracujących kapłanów, aby ich na czymś przyłapać i aby agenci mogli zarobić sobie na lepsze emerytury. Dlatego wprowadzono gradację „uzależnionych” od SB. Im większy stopień stłamszenia pracownika kościelnego, tym wyższa pensja dla esbeka. I dlatego wydaje mi się, że tak niekiedy ukazujący w pięknym świetle esbeków, profesorowie IPN zwyczajnie wykonują zlecenie bezpieki i realizują jej testamenty zapisane w teczkach.

Czy był już ojciec w Instytucie Pamięci Narodowej i zapoznał się z trzema tomami akt, dotyczącymi ojca?

Nigdy nie byłem w IPN i nie zamierzam tam pójść. Prosiłem jedynie o. prof. Jacka Salija o zapoznanie się z materiałami esbeckimi, i to zrobił. Wiem, że profesorowie piszący raport nie tylko nie przyjęli zastrzeżeń o. profesora, ale w ogóle nie chcieli z nim rozmawiać. Nadto pani mecenas K., która prowadzi moją sprawę, zwracała się kilka razy do IPN o wydanie kopii teczek dotyczących mojej osoby, niestety nie otrzymała zgody nawet na przestudiowanie materiałów. A wiem, że kopie otrzymały osoby, które nie miały żadnych uprawnień do ich otrzymania, ale były po stronie IPN i jego wyroków (...).

Teraz już ojciec wie, że Andrzej Madejczyk to agent polskiego wywiadu o pseudonimie „Lakar”, zresztą być może także współpracownik niemieckiego wywiadu. Czy przyznał się on przed ojcem do tego, że był pracownikiem niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych?

Nic z tego nie wiedziałem, nie tylko do śmierci Andrzeja Madejczyka, ale aż do ogłoszenia mnie współpracownikiem SB. Zawiadomienie o jego śmierci na skutek choroby rakowej otrzymałem szybko od żony, z którą utrzymuję dobry kontakt do dnia dzisiejszego. Odprawiałem nawet w Rzymie drugą mszę św. pogrzebową za jego duszę. Przypuszczam, że nawet jego rodzina: żona i dwie córki nie wiedziały dokładnie, co ów mężczyzna robił. Jedno wiedziała żona - że zamiast zajmować się wychowaniem dziewczyn w domu, jeździł po świecie, a w domu nagrywał i przepisywał bzdury. Również dowiedziałem się, że gdy był prawie w agonii, jacyś ludzie z Polski chcieli kupić od niego całą zawartość jego pilnie strzeżonych i zawsze zamkniętych szaf. On sam zdecydowanie odmówił. Podobno po śmierci żona zleciła służbie porządkowej zebranie wszystkiego do worków i natychmiastowe spalenie. Czy faktycznie tak zrobiono? Nie mam podstaw, by nie wierzyć żonie Andrzeja.

Mimo tego, co obecnie wiadomo na jego temat?
Sam Andrzej Madejczyk nigdy nie zdradził mi ani roli, jaką pełnił, ani pseudonimu. Ciągle mam poważne wątpliwości, czy faktycznie on był tak ważnym agentem PRL, na jakiego go kreuje IPN. Mógł być agentem na rzecz Niemiec, choć co do tego też mam wątpliwości. Mimo wszystko Niemcy nie byli aż tak głupi, żeby posługiwać się, i to w środowisku duchownych przy Watykanie, człowiekiem rzadko trzeźwym. Pierwsze zabiegi o zidentyfikowanie tej osoby w Stasi nie przyniosły rezultatu. Bardzo chciałbym do końca wyświetlić tę zagadkę. (...).

Ojciec przekazał Andrzejowi M. dużo materiałów i informacji. Można to zrozumieć, bo sprytny agent ojca oszukał, ale w aktach polskiego MSW jest 20 pokwitowań ojca, odręcznych, a także na formularzach w języku niemiec-kim, za udzielenie informacji dotyczących Watykanu lub Kościoła katolickiego. Od 1982 do 1988 roku zebrało się tego prawie 20 tysięcy marek.
W swoim oświadczeniu ojciec napisał:  „Nic na ten temat nie wiedziałem” oraz „O ile dobrze pamiętam, to gdy przyjeżdżał z Kolonii raz w miesiącu, na tydzień, i przychodził do Biura, to podpisywałem jakieś kwitki, aby mu zwrócono koszta delegacji”.
Chcąc wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie, koniecznie trzeba choćby pobieżnie opowiedzieć o Delegaturze Biura Prasowego Episkopatu Polski (...). W Biurze mieliśmy codziennie sporo materiałów pisanych z życia Kościoła powszechnego i polskiego, tłumaczenia z prasy włoskiej i zagranicznej, tłumaczenia przemówień papieskich, omówienia tematów aktualnych a dyskusyjnych, posiadaliśmy także Biuletyny Episkopatu Polski, które w ostatecznej formie przesyłano nam z Warszawy, a my powielaliśmy w jezyku francuskim i polskim. Dziennikarze chętnie korzystali z naszej pomocy.Większość prosiła o odbicie materiałów pisanych. Biuletyny po polsku i po francusku rozsyłałem prawie po całym świecie. Bardzo wydajnie pomagała mi w tej pracy s.Weronika Liwińska, antoninka. Należności przysyłano albo wprost do Warszawy, albo do ks.prał. Bogumiła Lewandowskiego, albo do Biura. Odwiedzali nas również dziennikarze z innych krajów. Jednym z korzystających z naszych materiałów był właśnie Andrzej Madejczyk. Wszyscy traktowali go z życzliwością, ale w Biurze naszym musiał na równi z innymi dziennikarzami płacić za materiały. Brał ich bardzo dużo i faktycznie płacił. Myślę, że kwotę ustalał z moim szefem, z którym był zaprzyjaźniony. Ja miałem tylko podpisywać odbiór pieniędzy, aby on mógł otrzymać ich zwrot od pracodawców. Pieniądze te przekazywałem swojemu szefowi, który na prowadzenie Biura, szczególnie na tłumaczenia, przekazywał mi co pewien czas większe sumy pieniędzy. Zachowała się prawie cała dokumentacja rozliczeniowa z okresu mojej pracy w Delegaturze Episkopatu. Dlatego raz na zawsze należy skończyć z powielaniem legend autorów Raportu IPN na temat pieniędzy, które otrzymywałem od Andrzeja Madejczyka pseudonim „Lakar”, jako zapłatę za współpracę z SB. To są kompletne bzdury. Profesorowie IPN, którzy za wszelką cenę chcieli mnie pognębić, naliczyli ok. 20 tysięcy marek, które w przeciągu ośmiu lat miałem otrzymać od Madejczyka. Ojciec prof. Jacek Salij naliczył tylko 8500. Cóż mam powiedzieć? Faktycznie potwierdzałem odbiór należności, nawet upominałem się o nią! Pisałem nawet list do Madejczyka, przypominając jego zaległości w płaceniu. Podpisywałem pokwitowania, bo tak mi polecono w Biurze. Nigdy nie sprawdzałem, co było nadrukowane na kwitach. Nadruki były bardzo drobne, a ja mam od urodzenia słaby wzrok. Nawet nie usiłowałem odczytać, co tam pisało. Zresztą nie znam niemieckiego. Traktowaliśmy Andrzeja Madejczyka jako polskiego emigranta, osiadłego w Niemczech, związanego z Kościołem, który poza swoją zawodową pracą dorabia zbieraniem informacji dla ośrodków kościelnych w Niemczech. Nawet do głowy mi nie przyszło sprawdzać, co on z tymi kwitami robi. A on uczciwy nie był. (...) Jeszcze jedna uwaga, szczególnie ważna dla autorów Raportu IPN. W Biurze nie mieliśmy żadnych materiałów tajnych! Dokumenty tajne szły bezpośrednio pocztą dyplomatyczną z Warszawy do Sekretariatu Stanu. My nie mieliśmy żadnego dostępu do tajnych i ważnych dokumentów kościelnych. Byliśmy jedynie może lepiej poinformowani o sprawach bieżących, gdyż w tym pracowaliśmy codziennie. Dlatego należy włożyć między bajki twierdzenia Andrzeja Madejczyka o tajnych informacjach, jakie ode mnie otrzymywał. Jak np. zostawiona w fotokopiarce kartka z informacją o terminie spotkania Fundacji Jana Pawła II. Siostra celowo zostawiła oryginał, bym miał do powielania dla dziennikarzy. Mieliśmy o tym zawiadomić wszystkich zainteresowanych Fundacją Jana Pawła II. Stwarzając fikcyjną aurę wyjątkowości, zawsze miłą dla dziennikarza, powiedziałem Madejczykowi, że tylko on tę informację otrzymał, że szczególnie dla niego zatrzymałem oryginał. To była zwyczajna informacja „pocieszenia naiwnych”. Nie pierwsza i nie ostatnia. Nie omieszkał pochwalić się tą „wyjątkową” informacją ze swoim szefostwem z SB. Tak budował swoje uznanie u szefów i wysokość przyszłej emerytury. W Rzymie podobno robiło to samo jeszcze pięciu esbeków, którzy mnie pilnowali oprócz Madejczyka (...).

Wywiad rzeka pt. „Życie i mój krzyż”, jaki przeprowadzili z ojcem Konradem Hejmo nasz autor Andrzej Gass oraz Stefan Budzyński, którego fragmenty publikuje jako pierwszy Focus Historia, to sensacyjna książka, która ukaże się jesienią nakładem wydawnictwa Adam.