– Oto, co zostało mi z tamtego dnia – mówi. – Reszta jest w głowie. Nie potrafię przestać myśleć o córce. Ciarki mnie przechodzą, gdy dociera do mnie, co musiała przejść. Jak pies, pod tym drzewem…

Samanta miała 16 lat. Zwyczajna dziewczyna. Nie wyróżniała się niczym, nie miała wrogów. No bo jakich wrogów może mieć dzieciak? I to jeszcze w takiej małej zabitej dechami wsi jak Jasienie? Nigdzie nie chodziła. Nie wyjeżdżała. Rzadko bywała nawet w pobliskim Opolu. O reszcie kraju i świata nie ma nawet co gadać. Mimo to pięć lat temu usłyszała o niej cała Polska.

 

Awantura o telefon

 

Nie miała ojca. Kilka lat wcześniej zginął w wypadku. Zostały same – ona, matka i siostra. Było ciężko. Po jakimś czasie w domu pojawił się ojczym. Popijał. Czasem Samanta nie wytrzymywała i wieczorami uciekała przez niego z domu. Feralnej nocy też zniknęła. Ale z zupełnie innych powodów. Ojczym w tym czasie był na odwyku.

Jest 10 czerwca 2011 roku. Sobotni wieczór. W domu wszyscy szykują się już do snu. Przed jedenastą matka niespodziewanie wchodzi do pokoju dziewczyn. Kątem oka zauważa, że Samanta pospiesznie coś chowa pod kołdrę. To telefon. Smarkula, w tajemnicy przed matką, kupiła sobie komórkę. Skąd miałaś pieniądze? Cisza. Daj to! Zaczyna się awantura. Barbara zabiera telefon i idzie do siebie. Przed snem zamierza przejrzeć SMS-y i sprawdzić, kogo młoda ma wpisanego w kontaktach. Samanta z początku się denerwuje. Potem obojętnieje. Czeka, aż matka skończy kazanie i sobie pójdzie. W końcu sama ubiera się i wychodzi.

Wcześniej prosi siostrę, żeby ją kryła. Przez pięć minut. Byle tylko zdążyć jak najbardziej oddalić się od domu. Jest po jedenastej. Wychodzi na drogę i idzie kilkaset metrów do koleżanki. Otwiera jej matka. Do domu! Spać! Co to za wizyty o takiej porze?

Ostatni raz jest widziana prawie kilometr dalej. Stoi w polu, przy drodze. Obok jest ściana lasu. Potwornie ciemno. Chyba czeka na kogoś. To ostatni raz, kiedy ktokolwiek widział ją żywą. Oprócz zabójcy...

Kiedy matka orientuje się, że dziewczyna zniknęła, natychmiast biegnie na wieś jej szukać. Ale Samanty nigdzie nie widać. Nie wiadomo, dokąd poszła. Matka w panice powiadamia miejscową policję. Radiowóz jeździ po okolicy do drugiej w nocy. Nic. Cisza jak makiem zasiał. Żadnego śladu.

Samanta znajduje się dwa dni później. Trzydzieści pięć kilometrów dalej, w lesie, na trasie Popielów – Ładza. Ma poderżnięte gardło. Rana jest tak głęboka, że morderca niemal pozbawia ją głowy. Leży blisko drogi. Twarzą do ziemi. Niczym niezamaskowana i nieprzykryta.

Jest ubrana. Brakuje tylko lewego buta. Leśnik, który ją znajduje, dostrzega go w przydrożnym rowie. Wokół żadnych śladów krwi. Tylko jakieś wymięte chusteczki i niedopałki. Wygląda na to, że zginęła gdzie indziej. Las to miejsce ukrycia, a w zasadzie pozbycia się zwłok.

Podczas sekcji, oprócz rany szyi, na jaw wychodzi szereg innych obrażeń. Rana cięta policzka, rozerwana połowa ucha, dziura w dłoni. Czyli przed śmiercią Samanta się jeszcze broniła. Nie widać śladów gwałtu. Ale biegli ustalają, że na kilka godzin przed śmiercią dziewczyna odbyła stosunek. Pobrane zostają wymazy, zabezpieczone zostaje DNA sprawcy. Śledztwo już na starcie nabiera tempa.

We krwi szesnastolatki patolog wykrywa 0,2 promila alkoholu. Wszystko wskazuje więc na to, że pierwszy kontakt ze sprawcą był pozytywny. Spotkali się, rozmawiali, łyknęli coś, było miło. Potem doszło do zbliżenia. I sympatyczny wieczór zamienił się w koszmar.

– Chciał, żeby ofiara zginęła – mówi profiler Jan Gołębiowski. – To nie było jakieś ślepe odreagowanie emocji. Nie zadawał ciosów w szale. Uderzył precyzyjnie, z chęci odebrania jej życia. Motywem mogło być tło seksualne, ale równie dobrze mógł to zrobić po prostu dla przyjemności.

O morderstwie zaczęły rozpisywać się media. Nic dziwnego. Modus operandi wszystkim mocno zadziałał na wyobraźnię. Śledczy założyli osiem głównych hipotez. Od zemsty poprzez odrzuconą miłość aż po atak szaleńca. Ale aby je zweryfikować, trzeba było prześwietlić życiorys Samanty.