53-letnia Susan Warren została zatrzymana przez policję z Westlake w stanie Ohio w maju ubiegłego roku. Kobieta, znana szerzej jako Wróżka Sprzątaczka, zasłynęła tym, że wczesnym rankiem, kiedy miasteczko jeszcze spało, włamywała się do domów, by w nich… sprzątać. Gdy domownicy schodzili na śniadanie, zastawali błyszczące blaty, unoszący się w powietrzu zapach środków czyszczących i serwetkę z napisem: „Należy się 75 dolarów” oraz danymi teleadresowymi. I chociaż tego rodzaju przedsiębiorczości nie polecamy, to przykład Wróżki Sprzątaczki jest doskonałą ilustracją kreatywnego tworzenia popytu na pracę. Susan nie brakowało świadomości, sprytu ani innowacyjności, problem tkwił w wykonaniu. Jak zatem skutecznie, a przy tym legalnie, samemu stworzyć sobie miejsce pracy?

Wyobraźmy sobie, że Apple podupada i zwalnia część pracowników. O zatrudnianiu nowych nie może być mowy. Wtem do drzwi firmy z Cupertino puka Mark Zuckerberg z prośbą o etat. Mówi, że Facebook mu się znudził i chce robić coś nowego. Co na to Tim Cook, szef Apple’a? Naturalnie zatrudnia, choć dziennikarzom powiedział, że prędzej odetnie sobie rękę, niż podniesie koszty. Dlaczego to robi? Bo wie, że Zuckerberg zna się na rzeczy – on nie musi wpisywać do CV, że jest kreatywny, wszyscy przecież widzieliśmy go w akcji. I w tym tkwi sekret – by skraść serce Timów Cooków tego świata, nie pisz im, jak jesteś wspaniały – pokaż to. W tym celu możesz wykorzystać wiele narzędzi reklamowych: od outdooru przez marketing szeptany i bezpośredni aż po partyzancki.

Podobnie jak Marka Zuckerberga, o brak kreatywności nikt nie będzie posądzał Łukasza Jakóbiaka, prowadzącego talk-show „20m2 Łukasza”, a jeszcze kilka lat temu bezrobotnego, marzącego o pracy w wytwórni EMI. W styczniu 2010 r. o Łukaszu usłyszała cała Polska, kiedy chłopak rozwiesił swoje CV i list motywacyjny w formie ogromnych bannerów (3 x 6 m) na budynkach w Warszawie. Akcja opłaciła się – Łukasz otrzymał setki telefonów z ofertami pracy.

Tańszą metodę stworzenia sobie miejsca pracy w jednej z agencji reklamowych w Nowym Jorku wymyślił Amerykanin Alec Brownstein. Skorzystał z reklamy typu AdWords (wyświetlanie linków sponsorowanych w wyszukiwarkach internetowych). Najpierw sporządził listę nazwisk dyrektorów kreatywnych, których podziwiał, a potem zastanowił się, jak mógłby do nich dotrzeć. Postawił na narcyzm. Wiedział, że ludzie wrzucają w wyszukiwarkę własne nazwisko, by sprawdzić, co się o nich pisze. Zauważył też, że do nazwisk dyrektorów z jego listy nie ma podpiętych żadnych reklam. To oznaczało szansę. Wykupił odpowiednie AdWords, dzięki czemu następnym razem, kiedy guru nowojorskiej reklamy wyszukali swoje nazwisko, zobaczyli reklamę następującej treści: „Hej [tu odpowiednie nazwisko]: googlowanie samego siebie to niezła zabawa. Zatrudnienie mnie też byłoby fajne”, wraz z odnośnikiem do strony Aleca. Efekt? Szychy nowojorskiej reklamy same zgłaszały się do młodego copywritera, proponując mu pracę. Koszt? Sześć dolarów. A co na to eksperci?

„Metoda z billboardem jest widowiskowa, ale nie wydaje mi się skuteczna” – mówi Michał Olbrychowski, executive director w Havas PR Warsaw, dodając, że Łukasz i Alec skorzystali z premii za pierwszeństwo. Teraz cała Warszawa mogłaby wyglądać jak biurko head huntera, z CV zwisającymi z każdego większego budynku, lecz raczej nic by to nie dało. Oni byli pierwsi, więc odnieśli sukces. „Zalecałbym raczej marketing bezpośredni” – radzi Olbrychowski.