Nie jesteśmy zadowoleni ze swego zdrowia. Co drugi mieszkaniec Polski regularnie sięga po preparaty zawierające witaminy i mikroelementy, dla 27 proc. normalną praktyką jest kupowanie sztucznie witaminizowanej żywności. I choć daleko nam jeszcze do Amerykanów, którzy rocznie wydają na „zdrowe pigułki” blisko 2 mld dolarów, to przyjmujemy za pewnik, że witaminy są zdrowe. Przypominają nam o tym babcie, mamy i kampanie reklamowe, zwłaszcza wiosną i jesienią, kiedy częściej się przeziębiamy i brakuje nam nowalijek. Rzadko pamiętamy chociażby o tym, że żadne wiarygodne badania nie wykazały dotąd, jakoby okrzyczana witamina C chroniła przed przeziębieniem. Takich mitów, pokutujących od dziesięcioleci nawet wśród lekarzy, jest znacznie więcej.

Już w szkole wpaja się nam, że nadmiar witamin może być szkodliwy, ale z reguły zakładamy, że dotyczy to wyłącznie tych rozpuszczalnych w tłuszczach, czyli kwartetu A, D, E i K. Pozostałe rozpuszczają się w wodzie, a więc pozornie nie sposób ich przedawkować – ewentualny nadmiar możemy z łatwością wydalić z moczem. Nie jest to jednak wcale takie proste. „Możliwe, że osoby zażywające duże dawki witamin nie tylko nie są zdrowsze, ale wręcz częściej umierają. Jest to wyjątkowo niepokojące, zważywszy na spożycie preparatów witaminowych w niektórych grupach społecznych” – napisali na łamach tygodnika medycznego „Lancet” David Forman z University of Leeds i Douglas Altman z Cancer Research UK.

CHORZY OD ZDROWIA

Witaminy od samego początku funkcjonowały w powszechnej świadomości jako składniki niezbędne do zachowania zdrowia. Świadczy o tym sama ich nazwa, wywodząca się od łacińskiego vita (życie). Odkrywcy pierwszych witamin obserwowali, że pozbawione ich zwierzęta czy ludzie zapadali na różne choroby, takie jak szkorbut (w przypadku witaminy C) czy beri-beri (witamina B1). Wielu badaczy wysnuło jednak z tego wniosek, że im więcej witamin, tym lepiej. Linus Pauling, dwukrotny laureat Nagrody Nobla, od 1970 r. głosił, że duże dawki witaminy C zapobiegają nie tylko przeziębieniom, ale mogą też służyć do leczenia raka, schizofrenii i chorób układu krążenia. Z kolei kanadyjscy lekarze Wilfrid i Evan Shute utrzymywali, że dla serca zbawienne są duże ilości witaminy E. Jednak rygorystyczne badania naukowe przeprowadzone w ostatnich latach wykazały, że substancje te wcale nie działają tak, jak się uczonym zdawało. Mogą chronić przed chorobami serca, ale tylko niektóre osoby, np. część chorych na cukrzycę. Pozostałym nie pomagają wcale, a mogą wręcz zaszkodzić.

Szczególnie złą sławą okryła się witamina E (tokoferol). W dużych dawkach – wielokrotnie przekraczających fizjologiczne zapotrzebowanie organizmu, czyli 10 jednostek międzynarodowych (IU) dziennie – sprzyja rozwojowi miażdżycy i niektórych odmian raka. Uczeni z Johns Hopkins University dowiedli, że dawka 400 IU – jedna duża kapsułka – zwiększa o 10 proc. prawdopodobieństwo przedwczesnego zgonu. „Prawdopodobnie ryzyko jest jeszcze większe przy megadawkach, sięgających 1–2 tys. IU” – mówi prowadzący badania dr Edgar Miller. Podobne wątpliwości dotyczą witaminy C, czyli kwasu askorbinowego. Substancja ta jest w organizmie zamieniana na trudno rozpuszczalne sole kwasu szczawiowego. Dlatego u niektórych osób duże, kilkugramowe dawki tej witaminy mogą wywołać koszmarnie bolesny atak kamicy nerkowej. U pozostałych efektem ubocznym często bywa biegunka, z pomocą której organizm próbuje bronić się przed nadmiarem potencjalnie szkodliwej substancji.

PODWÓJNA GRA

Jak to jednak możliwe, że witaminy mogą nam szkodzić? A już szczególnie C i E, które są silnymi przeciwutleniaczami? W teorii substancje takie mają chronić nas przed wolnymi rodnikami – agresywnymi związkami chemicznymi, które mogą uszkadzać białka czy DNA, a przez to sprzyjają chorobom i starzeniu się. Przeciwutleniacze unieszkodliwiają je, oddając im własną „nadwyżkę” elektronów. Dlatego właśnie uznano je za eliksir młodości i uniwersalne lekarstwo na wszystko. Od wolnych rodników nie sposób uciec: są skutkiem ubocznym metabolizmu w naszych komórkach, docierają do nas z pokarmem i powstają wskutek działania promieniowania jonizującego czy UV. Organizmy żywe borykają się z nimi od samego początku swego istnienia i nic dziwnego, że mają kilka systemów obronnych. Przeciwutleniacze w rodzaju witaminy C to tylko jeden z nich, wcale nie najpotężniejszy. „Duże dawki takich substancji powodują osłabienie czujności organizmu – wyłączenie innych mechanizmów zwalczających wolne rodniki. W efekcie szkody wywołane ich działaniem mogą być większe, niż gdybyśmy nie zażywali żadnych witamin” – mówi dr Nick Lane z University College London. Jego zdaniem, witaminy C i E mają dwa oblicza – w fizjologicznych dawkach są dla nas korzystne, ale w większych zaczynają działać przeciwko nam. Dlatego o ile profilaktyczne zażywanie niewielkich ilości witamin ma sens, o tyle łykanie ich garściami jest działaniem wręcz samobójczym.