Skrzynia nie była duża, ale w środku leżało sporo rzeczy. Maszyna do pisania, lniane ręczniki z monogramem, płyty z nagrania-mi utworów Mozarta. Największą wartość miała jednak srebrna sosjerka. W 1945 roku ktoś starannie spakował to wszystko i zakopał w zboczu Ślęży. Poszukiwacze znaleźli depozyt 50 lat później. Nikt się tym nawet nie zdziwił, bo przecież wszyscy wiedzą, że Ślęża to góra skarbów. Każdy, kto się tutaj wybierze, trafi w końcu a to na pełnego wiary radiestetę szukającego zawalonych tuneli, a to na ubranego jak partyzant eksploratora, który penetruje te-ren z wykrywaczem metalu albo na długowłose damy w powłóczy-stych sukniach odprawiające czary. Nie ma takiej drugiej góry na świecie. Choć Ślęża nie jest wielka jak Mount Everest ani słynna jak Olimp, to wzbudza o wiele więcej emocji niż jakiekolwiek inne wzniesienie. Dlaczego? Bo wyrasta nieoczekiwanie na wielkiej pustej przestrzeni. Miłośnicy góry wierzą, że trzeba ją poznać, zrozumieć i szanować, żeby zechciała się odezwać. Ich zdaniem Ślęża jest żywym organizmem, a nie tylko wielką kupą skał i ziemi.    

GÓRA KALENDARZOWA

Masyw Ślęży leży zaledwie 30 km na południe od Wrocławia. Ślęża ma 718 m n.p.m. i jest najwyższą górą masywu. Jej nazwa doczekała się różnych interpretacji. „Germańska” dowodziła, że wiąże się z zamieszkującym niegdyś tę okolicę plemieniem Silingów; „słowiańska” mówi, że pochodzi od słowiańskiego słowa „ślęg” oznaczającego „wilgoć”, „dżdżystą pogodę” lub „błoto”. Gottfried Heinrich Burghardt pisał w XVIII w., że tę dziwną górę nazywa się często Śląską Wyrocznią albo Calender. „Nauczono się bowiem z długiego doświadczenia, że wówczas, gdy góra nakłada sobie czepiec, to znaczy, kiedy chmury opuszczają się na jej szczyt, przyczepiając się do niego, wówczas z pewnością spadnie ulewa, albo w innej porze roku spadnie śnieg (…). Dlatego ów wierzchołek wydaje się zręcznym astrologiem przepowiadającym przyszłą pogodę” (tłum. Wojciech Kunicki). Ta charakterystyczna cecha sprawiła, że spowita we mgle Ślęża od wieków prowokowała opowieści o walczących na niej siłach Dobra i Zła, diabłach i aniołach oraz tajemniczych zjawiskach. Pewne jest jedno. Ślęża dała imię Ślężanom, a później całemu Śląskowi. Do 1945 roku badacze podkreśla-li jednak germańską przeszłość góry, a skały na wzniesieniu nosiły imiona niemieckich bohaterów. Po dojściu do władzy narodowych socjalistów niemiecka nazwa góry Zobtenberg została uznana za zbyt…  słowiańską. Nie udało się jednak zmienić jej na „bardziej” germańską Górę Silingów. U stóp wzniesienia powstał za to amfiteatr, który zwolennicy Hitlera zamierzali przekształcić w thing – połączenie gigantycznego teatru z miejscem narodowosocjalistycznego kultu. Inspirowały ich staroniemieckie thingi, w których odbywały się sądy i w których składano ofiary.

Nazistowscy dostojnicy, w szczególności Reichsführer SS Heinrich Himmler, uwielbiali tajne obrzędy, interesowali się również okultyzmem. Thing powstał na Górze św. Anny na Opolszczyźnie, ale w 1945 roku został wysadzony w powietrze. Ten w Sobótce u stóp Ślęży miał pomieścić 50 tys. widzów, ale realizacja projektu nie wyszła nigdy poza wstępną fazę. Do dziś pozostały tylko resztki po dawnym teatrze w kamieniołomie, a przy starych szlakach wokół góry można trafić na inne poniemieckie pamiątki. Zaledwie kilka miesięcy temu Zielonogórska Grupa Poszukiwawcza odkryła kamień, który upamiętniał dojście NSDAP do władzy. Odwrócony napisem do ziemi leży przy głównym szlaku na szczyt.

TAJEMNICE UKRYTYCH SKARBÓW

Zanim wojna dotarła na Dolny Śląsk, Ślęża była rodzajem pozamiejskiego parku, głównie dla mieszkańców Wrocławia. Dojeżdżał tu pociąg, na zboczach czekały punkty widokowe, przy trudniejszych podejściach powstały kamienne schodki. Cezurą był rok 1945.  Z powodu zbliżania się sowieckich wojsk mieszkańcy podślężańskich wiosek uciekli na południe. Wcześniej usiłowali zabezpieczać swój majątek. Jeden z bogatych gospodarzy pochował do słoików monety dużej wartości, które zakopał pod jabłonią w swoim sadzie. Inny zawinął w mały dywanik srebrne sztućce i ułożył pod podłogą stodoły. Ktoś schował złoty serwis. Stefania Wróbel, córka niemieckiego leśniczego z Sulistrowic, wspomina, że razem z matką ukryły pod obornikiem broń należącą do ojca. I choć do dzisiaj zdarza się odnaleźć takie przydomowe „skarbczyki”, to góra ukrywa historię większego kalibru. Według relacji świadka odnalezionego przez dziennikarzy w latach 50. XX wieku, na początku 1945 roku szczyt Ślęży otoczyło niemieckie wojsko.

„Nie wiedzieliśmy, co dzieje się na górze. Było jednak spore za-mieszanie. Dużo żołnierzy, ciężarówek i sprzętu” – wspomina autochton mieszkający pod koniec wojny pod Ślężą. Jego relację potwierdza Edward Marciniak, który z rodzicami przyjechał w te okoli ce wraz z falą repatriantów. Przez jakiś czas mieszkali w jednym domu z Niemcami. Nieco starszy od niego chłopiec opowiadał mu, że w lutym 1945 roku z okienka na strychu widział żołnierzy, którzy przez 3 dni wjeżdżali do lasu dużymi ciężarówkami. Zawsze pod osłoną nocy.

SKRYTKA MAJORA

Na początku lat 70. Telewizja Polska pokazała film „Tajemnica Bursztynowej Komnaty” Ryszarda Badowskiego i Sławomira Orłowskiego. Film wywołał sporą sensację – w tamtych smutnych czasach historia słynnego skarbu z Carskiego Sioła była przebłyskiem czegoś kolorowego na tle czarno-białych peerelowskich produkcji. Po emisji do redakcji przyszło wiele listów, w tym ten najważniejszy od Mariana Orłowskiego z Głogowa. „(…) Chyba nie ma na Ślęży takiego miejsca, gdzie bym nie dotarł. Jedno miejsce mnie szczególnie zaabsorbowało – rumowisko i tyle, ale wszystko wskazuje, że dokonane ręką człowieka, który coś tam ukrył… Z tym spostrzeżeniem byłem dwukrotnie w muzeum wrocławskim, obiecali, że przyjadą obejrzeć, ale wzięli mnie chyba za maniaka. Byłem tam też ze znajomymi milicjantami, każdy orzekł, że miejsce podejrzane, ale rękami i łomem nic się nie zrobi”.

Sprawa powróciła w październiku 1979 roku wraz z kolejnym listem Mariana Orłowskiego, tym razem do premiera Piotra Jaroszewicza. W tym samym roku Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich we Wrocławiu wraz z pracownikami Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego podjęła prace, których celem było odnalezienie depozytu ukrytego na Ślęży. Co miało się w nim znajdować? Badacze sądzili, że dzieła sztuki z wrocławskich muzeów, stąd zainteresowanie Urzędu Wojewódzkiego. Ale przebąkiwano również o depozycie złota z Wrocławia. Do badań przyłączył się Wojewódzki Ośrodek Archeologiczno-Konserwatorski (WOAK). Obiecujące wydały im się dwa miejsca na szczycie góry.

W końcu, w czerwcu 1981 roku, do działania przystąpiły ekipy MON i WSW. Bez skutku. W tym samym czasie major Stanisław Siorek, pracownik Służby Bezpieczeństwa, jak szalony podsuwał dziennikarzom kolejne zagadkowe informacje o masywie Ślęży. O tym, że interesował się nią enerdowski wywiad, że w sztolniach, po których nie ma śladu, stoją ciężarówki ze złotem. Grupie współpracujących z nim ba-daczy wskazał grotę, z której wraz ze strumyczkiem wody wypływały gumowe uszczelki. To tylko umocniło przekaz o ewentualnych skrytkach we wnętrzu góry i chociaż major Siorek również prowadził intensywne badania na Ślęży, jej tajemnicy nie odkrył. Funkcjonariusz SB już nie żyje i trudno dziś ustalić, czy miał za zadanie odnalezienie niemieckich depozytów, czy tylko rozbudzanie zainteresowań poniemieckimi skrytkami, a co za tym idzie – inwigilowanie poszukiwaczy i pozyskiwanie informacji.