Jak 15 lipca 1410 r. zginął pod Grunwaldem krzyżacki wielki mistrz? Wielu Polaków z pewnością odpowiedziałoby tak, jak „uczy” ich obraz Jana Matejki (1878) oraz film Aleksandra Forda (1960). To znaczy, że wódz Krzyżaków został zakłuty przez „naszych” piechurów. No, może niekoniecznie włócznią św. Maurycego – którą Matejko symbolicznie umieścił w rękach wojownika atakującego von Jungingena – ale jakąś inną bronią. Ale nie tak było naprawdę.

„To jest wizja wielkiego malarza i znakomitego reżysera. Natomiast rzeczywistość wyglądała inaczej. Bitwa pod Grunwaldem to przede wszystkim walka konnych” – mówi „Focusowi Historia” mediewista prof. Henryk Samsonowicz. Jego zdaniem prezentowanie w dziełach pieszych wojowników wiązało się z chęcią uwzględnienia na polu bitwy Litwinów, pokazywanych jednak w sposób uproszczony – jako takich, którzy nie dosiadają koni, nie są typowymi rycerzami. W rzeczywistości były to jednak wojska, które całkowicie przypominały zachodnie rycerstwo i tak też walczyły.

SMOLEŃSKI TROP

Zatem nie pieszy wojownik zadał śmiertelny cios wielkiemu mistrzowi, lecz jakiś konny rycerz. O kogo dokładnie może chodzić? „Podejrzanego” wskazał nieoczekiwanie w 2011 roku… ambasador Rosji przy NATO Dmitrij Rogozin. W książce „Baron Żołtok”, opisującej korzenie swej rodziny, polityk stwierdza, że to jego praszczur Stefan Mitkiewicz z pułków smoleńskich zabił von Jungingena! Ponieważ Rogozin nie przedstawił na to cienia dowodu, nikt z naukowców nie potraktował jego fantazji poważnie.

„Równie dobrze ja mógłbym siebie wskazać jako potomka zabójcy wielkiego mistrza” – mówi „Focusowi Historia” prof. Sławomir Jóźwiak z Instytutu Historii i Archiwistyki UMK w Toruniu, badacz dziejów państwa zakonnego. Skoro zwodzi nas malarstwo, film i beletrystyka, to trzeba wrócić do tego, od czego w zasadzie powinniśmy zacząć. Czyli do źródła. W przypadku bitwy pod Grunwaldem są nim zapiski kronikarskie Jana Długosza, powstałe kilkadziesiąt lat po bitwie, gdy pamięć i tradycja o batalii były jeszcze w miarę świeże.

NIEDOMÓWIENIA DŁUGOSZA

„Kiedy Mszczuj ze Skrzynna doniósł królowi, że wielki mistrz pruski poległ i na dowód jego śmierci pokazał złoty pektorał ze świętymi relikwiami, który sługa wspomnianego Mszczuja imieniem Jurga zdarł z zabitego, król Władysław westchnął głęboko i zapłakawszy dziwił się tak całkowitej odmianie losu lub raczej zmianie pychy ludzkiej. »Moi rycerze! – powiada. – Oto jak szpetną rzeczą jest pycha wobec Boga. Ten bowiem, który wczoraj przeznaczał pod swe panowanie wiele krain i królestw, który był przekonany, że nie znajdzie nikogo, kto by dorównał jego potędze, leży tu pozbawiony wszelkiej pomocy ze strony swoich, w najbardziej żałosny sposób zamordowany«” – przekazał dziejopis.

Następnie dodał, że 16 lipca Władysław Jagiełło „natychmiast o świcie rozkazał odszukać wśród trupów zwłoki mistrza pruskiego Ulryka” z myślą, „by je pogrzebano z należytą czcią”. Dzięki rycerzowi, który dobrze znał von Jungingena, „zdobył zwłoki mistrza pruskiego Ulryka mające dwie rany: jedną na czole i drugą na piersi”.

Potem król nakazał zwłoki (wraz z innymi, należącymi do możnych Zakonu) „owinąć w czyste chusty i na wozie okrytym purpurą odesłał je do Malborka, by je pochowano”. Kronika Długosza nie mówi wprost, kto zabił wielkiego mistrza, podobnie żaden list czy epitafium z epoki. To bardzo dziwne. „Wszyscy zainteresowani tematem wiedzą, że po bitwie na Kosowym Polu (1389) Miloš Obilić zabił sułtana Murada.

Natomiast w Polsce o tym, kto zabił wielkiego mistrza w największym zwycięstwie nad Krzyżakami, nie wiemy nic. Ówcześni milczeli na ten temat, co jest zastanawiające. Czy z przyczyn dyplomatycznych nie chcieli chwalić się w Europie zwycięstwem nad zakonem rycerskim? Niewykluczone” – mówi „Focusowi Historia” historyk Dariusz Piwowarczyk. Z cytowanego powyżej fragmentu dzieła Długosza można jednak wyciągnąć ciekawe podejrzenia…

Dariusz Piwowarczyk zwraca uwagę na Mszczuja ze Skrzynna (Mściwoja ze Skrzyńska) – człowieka, który doniósł o śmierci von Jungingena królowi i chwalił się zdobycznym pektorałem.

Nader często przy „oczyszczaniu” pola bitwy z wartościowych przedmiotów, łup z pokonanych przypadał właśnie tym rycerzom, którzy własnoręcznie ich pokonali (oczywiście sami rycerze nie plamili się obdzieraniem zwłok, wysyłali do tego swoje sługi). „Nie ma całkowitej pewności, że wielki mistrz poległ właśnie z ręki Mszczuja. Za taką opcją przemawia to, że zwłoki Ulryka odnalazł jego sługa, szukający rycerzy pokonanych przez swojego pana, oraz losy rynsztunku Ulryka, zwyczajowo przypadającego zwycięzcy. Gdyby kto inny zagarnął łup Mszczuja i chwalił się jego posiadaniem, na pewno zostałby wezwany przez niego na rycerski sąd honorowy” – argumentuje Piwowarczyk w „Poczcie rycerzy polskich XIV i XV wieku”, choć jednocześnie zastrzega, że były też inne sposoby dzielenia bitewnych zdobyczy, np. gromadzenie ich i podział.

PRZYCZAJONY ŁABĘDŹ

Niemniej Mszczuj herbu Łabędź wydaje się o wiele poważniejszym „podejrzanym” niż niezidentyfikowany pieszy czy przodek rosyjskiego ambasadora beletrysty. Tym bardziej że wspomniany przez Długosza rycerz cieszył się wielką renomą na dworze i wsławił się w walce. Na przykład w 1412 r. znalazł się w składzie 14-osobowej ekipy polskich wojowników, biorących udział w „drużynowym” turnieju rycerskim w Budzie.