Jak wynika z akt sądowych procesu przeprowadzonego 300 lat temu, Maria Bertoletti Toldini z miasteczka Pilcante wyrzekła się wiary chrześcijańskiej, a zaczęła czcić szatana. Miała częste kontakty z demonem i nieczystymi siłami. A jako że – choć wychodziła dwa razy za mąż – nie urodziła dzieci, to mściła się na cudzych. W ciągu 38 lat uśmierciła dziesięcioro. Pięcioletniego Pietra wtrąciła do garnca z warzącym się serem, kilkoro otruła, na dwoje niemowląt rzuciła śmiertelne uroki… Na wiele kobiet sprowadziła różnorakie choroby – od bólu stóp przez świąd piersi po obłęd. Ba, przy pomocy diabelskich praktyk wyjałowiła nawet ziemię uprawną w miejscowości Pilcante i zepsuła wino rodzinie Saiani. W sierpniu 1715 r. została aresztowana. Władze wtrąciły ją najpierw do lochu na zamku w Sabbionara d’Avio, a później do więzienia w Brentonico (miejscowość na północy Włoch, między Trydentem a Weroną). Torturowana przyznała się do wszystkich zarzucanych jej czynów. 14 marca 1716 r. została ścięta i spalona. Teraz władze Brentonico chcą znów przyjrzeć się sprawie nieszczęsnej skazanej. Quinto Canali, asesor do spraw kultury, wyjaśnia nam szczegóły tej niezwykłej apelacji, która powinna zostać rozpatrzona w marcu 2016 r. Składa też ciekawą propozycję Czeladzi – polskiemu miastu znanemu z procesu czarownicy...

DIABELSKI ORZECH

We Włoszech legendarnym miastem czarownic jest położony na południu Benewent. W XIII w. w Europie panowało przekonanie, że odbywały się tam sabaty czarownic. Wiedźmy zlatywały się na miotłach z całego świata na narady i orgiastyczne zabawy pod wielkim drzewem orzecha nad rzeką Sabato. Co ciekawe, w Benewencie nie było masowych polowań na czarownice. Podobno odbyło się około 200 procesów, z których jedynie trzy zakończyły się wyrokiem śmierci.


Małgorzata Brączyk: Jest pan głównym promotorem uchwały mającej zrehabilitować Toldinę…

Quinto Canali: Nie podjęliśmy uchwały o rehabilitacji – zdecydowaliśmy, że należy przede wszystkim tę sprawę zbadać. Bo chociaż Toldinę (tak od pokoleń nazywana jest Maria Bertoletti Toldini) zna każdy mieszkaniec naszej gminy, a myślę, że i całej prowincji Trydentu i Górnej Adygi – to wiedza ta praktycznie nie wykracza poza legendę. Wiele osób jest wręcz przekonanych, że to baśń o złej czarownicy czy jakieś ludowe podanie. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to wydarzenie historyczne, coś, co zdarzyło się naprawdę, co dotyczyło konkretnej osoby.

Gdy czytałem dokumentację, którą sporządził na wniosek naszej rady historyk Carlo Andrea Postinger, doznałem szoku. Oczywiście, z naszego współczesnego punktu widzenia zarzuty brzmią absurdalnie, ale nawet trzysta lat temu wyznaczony z urzędu obrońca oskarżonej – notariusz Giovanni Battista dal Pozzo – twierdził, że dowody potwierdzające winę kobiety były niewystarczające, i co za tym idzie, postulował jej uniewinnienie. Toldina została jednak skazana. A ponieważ wyrok zapadł w pierwszej instancji, rada gminy postanowiła się od niego odwołać…

M.B.:  Po trzystu latach!

Q.C.: Lepiej późno niż wcale! Dwaj włoscy emigranci Nicola Sacco i Bartolomeo Vanzetti, niesłusznie oskarżeni w USA o zabójstwo i straceni na krześle elektrycznym w latach 20., doczekali się pełnej rehabilitacji w 1977 roku – a więc po półwieczu. Przywrócenie dobrego imienia człowiekowi, który został go niesłusznie pozbawiony, ma zawsze sens. Takiego zdania jest też Sąd Apelacyjny w Trydencie, ponieważ przychylił się do naszego wniosku. Otrzymaliśmy informację, że już zostali wyznaczeni oskarżyciel i obrońca.

M.B.:  Polowanie na czarownice niemal automatycznie kojarzy się z inkwizycją papieską, tymczasem Toldina została skazana przez trybunał świecki.

Q.C.: To prawda. Wyrok został wydany przez kapitana sprawiedliwości, który miał siedzibę w naszym mieście, ale sprawował władzę sądową w całej dolinie Adygi. Na tych terenach należących wówczas do Tyrolu obowiązywał niemiecki kodeks karny Constitutio Criminalis Carolina z 1532 r. Czy piastujący urząd kapitana sprawiedliwości Antonio Luigi Sartori wydał orzeczenie zgodne z literą prawa (nawiasem mówiąc, był to jego pierwszy proces po objęciu tego stanowiska), o tym zadecyduje Sąd Apelacyjny w Trydencie, który zbierze się prawdopodobnie w marcu 2016 r.

NAJCIEMNIEJ POD LATARNIĄ

Polowanie na czarownice wynikało z ignorancji, ciemnoty i niewiedzy? Nic podobnego. Najwięcej procesów odbyło się w latach 1560–1630, a więc w epoce przeciwstawiającego się średniowiecznym mrokom humanizmu. Prześladowcami okazywali się często postępowi luminarze i przedstawiciele klas wykształconych. Samuel Sewall – jeden z trzech sędziów, który w 1692 r. skazał na śmierć czarownice z Salem – był autorem pierwszego traktatu teologicznego przeciwko niewolnictwu.

M.B.:  Sędziowie będą musieli poruszać się w ramach XVI-wiecznego prawa. Będą ograniczeni ówczesnym stanem nauki, która uznawała istnienie czarów, a co za tym idzie i praktykujących je czarownic. Nie można więc na sto procent wykluczyć, że Toldini nie zostanie skazana na spalenie także w drugiej instancji! Nie prościej było wydać stosowną uchwałę? W ostatnich latach w Niemczech rehabilitowano w ten sposób tysiące kobiet, podobne uchwały podjęli również radni dwóch miast w Szwajcarii i jednego w Belgii oraz w Polsce.

Q.C.: Teoretycznie istnieje możliwość ponownego skazania. Jednak po dokładnym zbadaniu sprawy jesteśmy przekonani, że Toldina zostanie uniewinniona. Jak wcześniej wspomniałem, domagał się tego już 300 lat temu jej obrońca, który przecież opierał się na ówczesnym prawie. Z akt procesowych wynika, że podzielił stawiane Toldinie zarzuty niejako na dwie grupy. W pierwszej znalazły się czyny materialne, podlegające kodeksowi karnemu (zabójstwa, trucicielstwo), na które nie było – jego zdaniem – wystarczających dowodów. W przypadku drugiej grupy, to jest przestępstw duchowych (jak herezja i apostazja), obrońca wskazał na brak kompetencji sądu świeckiego do orzekania w materii, w której „tylko jurysdykcja eklezjastyczna wypowiadać się powinna”.

Jak wiadomo, sędzia odrzucił wszelkie argumenty obrońcy i powołując się na fakt, że kobieta przyznała się do winy, wymierzył jej karę śmierci. Z badań historycznych, które na nasze zlecenie wykonał dr Postinger, wynika, że proces Toldiny był… pierwszym procesem, jaki kiedykolwiek odbył się w Brentonico! Urząd kapitana sprawiedliwości został ustanowiony w naszym mieście zaledwie kilka tygodni wcześniej! Wszystko wskazuje więc na to, że Antonio Luigi Sartori nie miał żadnego doświadczenia. Co więcej – świeża nominacja na to stanowisko mogła wpłynąć na jego nadgorliwość, na chęć pokazania swej władzy.

M.B.:  Amerykańskie miasteczko Salem, gdzie w XVII w. wykonano wyroki na dwudziestu osobach oskarżonych o czary, zrobiło ze swej przeszłości prawdziwy biznes. O tym, żeby wykorzystać w promocji gminy historię czternastu rzekomych czarownic straconych w 1775 r., myślały też władze niewielkiego polskiego Doruchowa. I dla Brentonico apelacja będzie doskonałą reklamą…

Q.C.: Absolutnie nie mieliśmy zamiaru wykorzystać tego faktu w celach reklamowych! Przeciwnie – widząc, że od lat odbywają się przedstawienia i happeningi niewiele mające wspólnego z historią, postanowiliśmy, dając prawdziwy obraz tego, co się wydarzyło, uciąć całą tę folklorystyczną otoczkę. Czy mieści się nam w głowie, że w przyszłości, powiedzmy za dwieście lat, niemieckie obozy zagłady w Polsce mogłyby być traktowane jak legenda? Kiedy w styczniu 2014 r. Państwo Islamskie spaliło żywcem jordańskiego pilota (Muatha al Kasa-esbeha – przyp. aut.) cały cywilizowany świat zamarł z przerażenia. Absolutnie nie dopuszczamy myśli, że kiedyś ta tragedia mogłaby stać się podstawą dla różnego rodzaju przedstawień na świeżym powietrzu, przy lampce wina bądź kuflu piwa. A tak dzieje się w przypadku Toldiny czy – podejrzewam – wielu spalonych za czary kobiet. Przecież śmierć na stosie dzisiaj lub trzysta lat temu to takie samo okrucieństwo. Wracając jeszcze do pytania o reklamę – to szczerze mówiąc, sami się zdziwiliśmy, że nasza apelacja wywołała takie zainteresowanie. Moim zdaniem, w dużym stopniu stało się tak dlatego, że wybraliśmy drogę sądową, a nie polityczną. Taki wydźwięk miałaby de facto podjęta większością głosów lub nawet jednogłośnie uchwała rehabilitacyjna. Oczywiście, byłoby to prostsze, ale wiadomo, jak to jest z uchwałami: często przechodzą bez echa. A tak zyskujemy okazję do bliższego przyjrzenia się naszej lokalnej przeszłości, do głębszej historycznej refleksji.

M.B.:  Burmistrz polskiego miasta Czeladź, który nie chciał, aby uchwała rehabilitująca Katarzynę Włodyczkową skazaną w 1740 r. przez sąd grodzki na ścięcie i spalenie przeszła bez echa, ufundował jej pomnik. Powstał problem, bo choć monument jest od kilku lat gotowy, nie udało się wyznaczyć dla niego miejsca. Nikt nie chce mieszkać przy pomniku czarownicy (władze Czeladzi znalazły już dla pomnika nowe miejsce na starówce – przyp. red.).

Q.C.: Niech przekaże pomnik naszej gminie! Chętnie go przyjmiemy i postawimy w Brentonico. Czy wie pani, że mamy już związki z Polską? W naszym mieście urodził się Franciszek Andriolli, ojciec artysty rysownika, który – z tego, co mi wiadomo – był w Polsce bardzo znany.

CZARNA LEGENDA INKWIZYCJI

Amerykanin Richard M. Golden oraz włoscy historycy Marina Montesano i Franco Cardini obalają w swych publikacjach mit, że główną odpowiedzialność za procesy i śmierć domniemanych czarownic ponosi Święta Inkwizycja. Liczby świadczą o czymś przeciwnym – w krajach, w których nastąpiło ukonstytuowanie się inkwizycji papieskiej, a także inkwizycji królewskiej (Hiszpania), było najmniej ofiar! Inkwizycja stanowiła hamulec, bo aplikowała jednakowe prawo i podlegała jednej władzy. W Niemczech, gdzie liczba straconych za czary okazała się najwyższa (25 tys.), każde z przeszło 300 księstw i państewek było rządzone przez niezależnego władcę, któremu podlegał też laicki trybunał. Ile domniemanych czarownic i czarowników spłonęło na stosach, zostało ściętych, utopionych lub powieszonych? Radykalne amerykańskie feministki Andrea Dworkin i Mary Daly mówią o milionach ofiar. Historycy uważają, że cyfry te są  zdecydowanie zawyżone. Richard M. Golden, redaktor wydanego w 2004 r. czterotomowego kompendium „Encyclopedia of Witchcraft: The Western Tradition” (powstałego przy współpracy 170 autorów z 27 krajów), podał, że od XIV w. do połowy XVII w. karą śmierci za czary ukarano od 40 do 60 tys. osób, w większości kobiet, ale również mężczyzn, a nawet dzieci.

M.B.:  Michał E. Andriolli jest autorem ilustracji do „Pana Tadeusza”, a to książka, którą zna każdy Polak… Załóżmy, że burmistrz Czeladzi podarowałby waszej gminie monument. Skąd ma pan pewność, że zostałby zaakceptowany przez lokalną społeczność? Może okazać się, że pańscy rodacy też nie będą chcieli mieszkać przy pomniku czarownicy…

Q.C.: Rozmawiając z ludźmi, odniosłem wrażenie, że nasza inicjatywa spotkała się ze zrozumieniem. Przyznaję jednak, że zdarzyło mi się kilka razy spotkać osoby, które kręciły nosem – twierdząc, że są ważniejsze sprawy, że szkoda pieniędzy, że to jakieś dyrdymały z przeszłości. Starałem się je przekonać i mam nadzieję, że mi się to udało.

We Włoszech, gdzie za czary skazano około 250 osób, polowania na czarownice odbywały się głównie na północy: w Piemoncie i Lombardii. Najwięcej, bo od 62 do 80 stosów zapłonęło w latach 1518–1521 w alpejskiej dolinie Val Camonica we wschodniej Lombardii. Około 60 osób stracono w 1510 r. w Como. W niewielkiej miejscowości Rossini w regionie Lombardii prawdopodobnie spalono w 1500 r. 45 kobiet. W tym samym regionie, w znanym ze źródeł termalnych miasteczku Bormio, w 1632 r. karę śmierci wymierzono 34 oskarżonym o czary.