Rano budzi nas komunikat, że rząd ogłosił stan wojny. Zmasowany cyberatak wroga na wrażliwe obszary infrastruktury sparaliżował życie kraju. Uszkodzona została sieć energetyczna i wodociągi, nie działają telefony, z bankomatów nie można wypłacić pieniędzy. Trwa szturm na sklepy i apteki, z których w ciągu kilku godzin zostają wykupione wszystkie produkty. Jeśli nie przygotowaliśmy wcześniej żadnych zapasów, możemy liczyć już tylko na państwo.

Próbujemy skontaktować się z lokalnymi władzami, ale one nie wiedzą, co robić. Nie przygotowały planów działania na wypadek kryzysu, nie mają informacji, kiedy dotrą dostawy żywności i leków z państwowych magazynów. Nie wiemy jeszcze, że strategiczne rezerwy państwa to w dużej mierze fikcja – urzędnicy wykorzystywali przeznaczone na nie fundusze interwencyjnie skupując wieprzowinę i węgiel. Jeśli w ciągu kilku dni skończą się nam zapasy żywności i wody, możemy już tylko liczyć na pomoc lepiej zaopatrzonych sąsiadów. Po wodę rozwożoną strażackimi samochodami stajemy w długiej kolejce.

Ale nawet jeśli zgromadziliśmy domowe rezerwy na czas kryzysu, nie jesteśmy w dużo lepszej sytuacji. Na terenach, gdzie zaczyna brakować żywności, zaczynają się pierwsze zamieszki i rabunki. Policja próbuje nad tym zapanować, ale nie ma jej kto pomóc. Obrona cywilna nie istnieje, pozbawieni dostępu do broni obywatele nie mają czym bronić się przed grupami przestępczymi. Zamykają się w domu na cztery spusty, licząc na to, że rząd przywróci porządek. Na próżno.

W służbach panuje decyzyjny i kompetencyjny chaos, podsycany przez dezinformację wroga. Internetowe strony instytucji publicznych zostały zablokowane lub zmienione, stając się narzędziem nieprzyjacielskiej propagandy. Fałszywa informacja o ewakuacji rządu za granicę wywołuje panikę – ludzie zaczynają opuszczać domy. Kiedy kończą się zapasy żywności, również my próbujemy wydostać się autem z miasta. Stoimy w korku, blokując drogę, co uniemożliwia wojsku sprawne przemieszczanie się w rejony walk. Kiedy kończy się paliwo, trzeba iść pieszo. Stacje benzynowe są puste, kluczowe dla gospodarki wojennej przedsiębiorstwa nie wdrożyły planów na wypadek konfliktu.

Jeśli zostaliśmy w domu, musimy stawić czoła nowym zagrożeniom. Każdy sygnał alarmowy wywołuje paniczne reakcje. Jest już wielu chorych i rannych, a nie zorganizowano żadnych dodatkowych punktów pomocy medycznej. 

Wojna pod kontrolą

Możliwy jest też inny scenariusz. Zaczyna się tak samo: rano budzi nas komunikat, że rząd ogłosił stan wojny. Sprawdzamy stan domowych zapasów. Ich lista jest znana wszystkim domownikom, podobnie jak miejsca, w których przechowujemy latarki i zapasowe baterie. To na wypadek odcięcia prądu lub konieczności udania się do schronu – dzieci znają ich lokalizację już od szkoły podstawowej, w której szkolenie obronne jest częścią edukacji. Wśród domowych „rezerw strategicznych” mamy tak-że niezbędne lekarstwa oraz spisaną procedurę rodzinnej ewakuacji i komunikacji na wypadek problemów z komórką.

O zagrożeniu byliśmy informowani od dawna, nie ma więc paniki. Władze samorządu, którego urzędnicy zostali przeszkoleni na profesjonalnych kursach obronnych, już wiele dni wcześniej uruchomili stałe dyżury. Prowadzona była akcja informacyjna, wiemy więc, podobnie jak nasi sąsiedzi, co oznaczają sygnały i znaki alarmowe, kto organizuje ewakuację, a kto opiekę, gdzie będą się mieściły dodatkowe punkty pomocy medycznej. Niezależnie od przygotowań władz lokalnych i całego państwa każdy wie również, że powinien zadbać o siebie sam. W warunkach wojny dostawy żywności czy leków będą utrudnione, możliwe są wyłączenia wody, prądu, gazu i sieci telefonicznych.

Mamy więc przygotowane zapasy przynajmniej na kilka pierwszych dni, a także wyposażenie umożliwiające nam w miarę normalne funkcjonowanie w warunkach kryzysowych.

Powszechna mobilizacja

Jeśli jesteśmy zatrudnieni w jednej ze stu kilkudziesięciu największych firm włączonych do Programu Mobilizacji Gospodarki, będzie-my pracować w przedsiębiorstwie zmilitaryzowanym, które przejdzie pod bezpośredni za-rząd sił zbrojnych, obrony cywilnej lub innych organów odpowiedzialnych za obronę państwa. Naszym zadaniem będzie wdrożenie przygotowanych wcześniej na wypadek wojny planów działania w celu zapewnienia dostaw energii, żywności, broni, amunicji oraz bezpiecznej łączności i komunikacji. Jeśli podlegamy obowiązkowi służby wojskowej, otrzymamy kartę powołania: uruchomiona w tym celu przez samorządy akcja kurierska już trwa. Mobilizacja obejmie też zawody szczególnie cenne w przypadku wojny i zagrożenia. Nasz sąsiad lekarz będzie prowadził w szkole kryzysowy punkt pomocy medycznej. Drugi, prywatny przedsiębiorca z branży transportowej, przygotuje tabor do ewentualnej ewakuacji. Jego syn informatyk wejdzie w skład powołanego przez burmistrza zespołu, którego celem jest likwidowanie skutków cyberataków dokonywanych przez wroga na sieć komputerową i łączność lokalnej administracji. Żona nauczycielka będzie organizować opiekę nad dziećmi, których rodzice zostali powołani do wojska lub innych zadań związanych z obroną kraju.

Jeśli mieszkamy w miejscu, które stanie się bezpośrednim zapleczem frontu, a nasza obecność nie jest tam konieczna, zostaniemy ewakuowani w bardziej bezpieczne miejsce. Zabieramy najważniejsze dokumenty, pieniądze, lekarstwa, ubrania, środki higieny, trochę łatwej do przechowania żywności.

W ewakuacji pomagają członkowie obrony cywilnej. Jej częścią są zarówno ochotnicze straże pożarne, WOPR czy GOPR, jak i dziesiątki paramilitarnych organizacji, wspieranych przez ministerstwo obrony. Jeśli do nich należymy, zostaliśmy już przeszkoleni we współdziałaniu zarówno z armią i obroną terytorialną, jak i samorządem oraz krajowym systemem ratowniczo-gaśniczym. Znamy swoje zadania na wypadek konfliktu oraz miejsce, w którym powinniśmy się stawić.

Jako członkowie obrony cywilnej jesteśmy też przygotowani na ewakuację lokalnej administracji i policji. Wtedy – wyposażeni w prywatną broń – będziemy tworzyć straże obywatelskie, by nie dopuścić do aktów przemocy i grabieży opuszczonych mieszkań. 

Historia pokazuje, że tak zorganizowane społeczeństwo trudno jest pokonać, nawet jeśli armia kraju ulegnie silniejszemu przeciwnikowi. To scenariusz, w którym nie pozostawiono miejsca na improwizację, chaos i radosną „twórczość własną”. Aby przewidzieć, która z tych wersji wydarzeń stanie się udziałem Polski, postanowiliśmy sprawdzić, jak do wojny przygotowane jest nasze państwo. Ile mamy zapasów  żywności, wody, leków i paliw? Czy istnieją procedury i infrastruktura, która za-pewni nam bezpieczeństwo energetyczne, in-formacyjne i komunikacyjne? 

Co powinieneś mieć?

Woda i żywność

- zapas wody butelkowanej i żywności na dwa tygodnie (ryż, kasze, konserwy i surówki w słoikach, ziemniaki)

- czyste, nieużywane do innych celów wiadro na wodę, która będzie rozwożona beczkowozami

- dużo worków plastikowych do stosowania w razie nieczynnej toalety (brak wody)

- kuchenka turystyczna z zapasem butli, kartuszy lub paliwa na dwa tygodnie

Leki- zapas środków medycznych i lekarstw, zwłaszcza środki pierwszej pomocy, przeciwbólowe i przeciwgorączkowe, także w syropach dla dzieci

Komunikacja- przenośne radio, by odbierać komunikaty o zagrożeniach plus zapas baterii na wypadek braku prądu

- ładowarka samochodowa pasująca do różnych typów telefonów (można nią naładować komórkę z auta), zewnętrzny akumulator (na baterie wymienne,  słoneczne lub na korbkę)

Energia- źródło prądu do oświetlenia i doładowania telefonów, np. fotoogniwa, przenośny generator na benzynę lub na korbkę; można też wykorzystać jako elektrownię samochód (potrzebna jest przetwornica 12/230V i przedłużacz ogrodowy, by doprowadzić zasilanie z auta do budynku)

Rezerwy i Program Mobilizacji Gospodarki

Magazynami przechowującymi rezerwy strategiczne na wypadek wojny zarządza Agencja Rezerw Materiałowych (ARM) – instytucja z niemal półmiliardowym rocznym budżetem.

Zgodnie z unijnymi normami Polska ma obowiązek posiadania zapasów benzyny i oleju napędowego na co najmniej 90 dni. Składają się na nie zapasy obowiązkowe (tworzone przez przedsiębiorców z branży paliwowej) oraz zapasy agencyjne AMR. Poziom zapasów obowiązkowych jest ustalony na 68 dni. Oznacza to, że w ARM powinno być paliwo na 22 dni. Nikt jednak dokładnie nie wie, ile naprawdę jest paliwa w rezerwach przedsiębiorców. Ich spisy są rzadko uaktualniane, a statystycznie kontrola może pojawić się u każdego z nich raz na… 94 lata! 

Mięsa wystarczy dla Polaków na ok. trzy tygodnie, pozostałej żywności w magazynach jest góra na tydzień. Zapasy wojskowe powinny wystarczyć na wyżywienie naszego wojska przez miesiąc. Biorąc pod uwagę, że w ramach umowy Host Nation Suport (Wsparcie przez Państwo-Gospodarza) trzeba będzie też żywić żołnierzy innych krajów NATO, nie jest to ilość powalająca. Rezerwy medyczne pozwolą dodatkowo leczyć co najwyżej kilkanaście tysięcy poszkodowanych.

Podstawą gospodarki wojennej będzie 177 firm włączonych do Programu Mobilizacji Gospodarki (PMG). Połowa z nich to spółki kontrolowane przez państwo, jak Polski Holding Obronny, Orlen, Lotos, Poczta Polska czy TVP. Pozostałe to firmy prywatne, m.in. Polkomtel i Netia (łączność), Polpharma (produkcja leków), Multimedia Polska (telewizja kablowa) oraz samorządowe, jak Szybka Kolej Miejska w Trójmieście. W programie dominują firmy przemysłu obronnego, zajmujące się produkcją i remontami sprzętu wojskowego, ale wiele jest też przedsiębiorstw budowlanych, transportowych, telekomunikacyjnych, paliwowych i energetycznych oraz medialnych. W warunkach wojennych zadaniem firm telefonii komórkowej będzie nie tylko zapewnienie instytucjom państwowym bezpiecznej łączności, ale także wyłączenie sieci na terenach zajętych przez wroga.

Aby zrealizować zadania, firmy biorące udział w PMG muszą mieć plany awaryjne na wypadek wojny oraz odpowiednio przeszkolonych pracowników. Na te cele otrzymują co roku z budżetu ok. 120 mln zł. W większości przypadków przydzielone przez państwo kwoty są wystarczające, jednak szefowie niektórych firm skarżą się, że dotacje nie pokrywają ponoszonych kosztów.

„W sensie systemowym Polska nie jest przygotowana na zagrożenie wojenne. Istnieje jeszcze w starszym pokoleniu jakaś »pamięć mięśniowa« dotycząca struktur mobilizacji państwowej gospodarki czy organizacji obrony cywilnej, ale nie stworzono niczego, co umożliwiłoby wykorzystanie zasobów prywatnej gospodarki w razie zagrożenia państwa” – mówi prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski, politolog Uniwersytetu Łódzkiego, ekspert ds. polityki obronnej, członek Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie RP. „Program Mobilizacji Gospodarki co prawda istnieje, ale ma charakter wyspowy. Brakuje systemu takiego jak w Niemczech, gdzie prywatny przedsiębiorca, który kupuje np. koparkę czy inny sprzęt przydatny także na wypadek wojny, może go zarejestrować jako zasób mobilizacyjny i mieć z tego tytułu ulgi podatkowe. W rezultacie nasze państwo nie wie, jakimi zasobami na wypadek zagrożenia dysponuje” – dodaje profesor.

Cyberobrona

Od kiedy 27 kwietnia 2007 r. zmasowany cyberatak na Estonię doprowadził do tego, że członkowie rządu musieli porozumiewać się przez radiotelefony, sprawy bezpieczeństwa informatycznego stały się priorytetem dla krajów NATO. W czasie cyberataku w Estonii wyłączone zostały m.in. główny serwer DNS.ee i serwery telekomów EMT, Elion i Elisa, łącza teleinformatyczne z Unią Europejską i NATO, sieci komputerowe i strony internetowe prezydenta, parlamentu, rządu, policji, ministerstwa spraw zagranicznych oraz największych banków, firm transportowych i gazet. A było to zaledwie ostrzeżenie związane z napięciem w stosunkach między Estonią a Rosją. Atak przeprowadziło 85 tys. komputerów tzw. botnetu RBN (Russian Business Network) – sieci komputerowej służącej do przeprowadzania cyberprzestępstw – której szef (ps. Flyman) jest też współpracownikiem rosyjskich służb specjalnych.

Estonia została sparaliżowana na kilka dni, straty liczono w dziesiątkach milionów euro, jednak w przypadku prawdziwej wojny byłyby one trudne do oszacowania. Za pomocą umiejętnie przeprowadzonych cyberataków można bowiem m.in. wyłączyć telefoniczne numery alarmowe, uszkodzić lub przekonfigurować oprogramowanie w szpitalach i firmach farmaceutycznych (m.in. służące do produkcji leków), spowodować wyłączenie sieci energetycznej i wodociągów oraz wybuchy gazo-ciągów (poprzez gwałtowny wzrost ciśnienia), sparaliżować system informatyczny banków, uniemożliwiając całkowicie wypłaty pieniędzy, a także przejąć strony internetowe mediów i instytucji państwowych, zamieszczając na nich nieprawdziwe i siejące panikę informacje.

To, czy taki atak się powiedzie, zależy zarówno od zabezpieczenia samych sieci, jak i kompetencji zespołów powołanych do ochrony narodowej cyberprzestrzeni. W tej ostatniej dziedzinie Polska ma się czym pochwalić – w 2014 roku zespół informatyków z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, MON, Wojskowej Akademii Technicznej i CERT.GOV.PL (Computer Emergency Response Team Polska – zespół powołany do reagowania na zagrożenia w internecie) zajął trzecie miejsce na międzynarodowych zawodach Locked SHIELDS. Lepsze od Polaków były tylko CERT NATO i zespół z Estonii. Kiedy jednak przyjrzymy się bezpieczeństwu samych sieci, sprawa nie wygląda już tak różowo.

Z raportu CERT.GOV.PL za 2014 rok wynika, że co piąta z witryn internetowych instytucji państwowych zawierała tzw. krytyczną podatność na cyberatak, który w skrajnym przypadku mógł zakończyć się przejęciem uprawnień administratora! Wciąż duża jest też niefrasobliwość urzędników państwowych, masowo korzystających z portali społecznościowych. Dla hakera przejęcie haseł i loginów do używanej przez nich poczty nie jest żadnym problemem, czego dowiodło włamanie do prywatnych skrzynek pocztowych pracowników MON i Sztabu Generalnego, którzy informacje o swoich miejscach zatrudnienia zamieścili na Facebooku. Problem w tym, że wiele osób używa tych samych haseł i loginów także do służbowych skrzynek, gdzie można znaleźć cenne dane oraz hasła i loginy do wewnętrznych systemów, co umożliwia jeszcze głębszą penetrację ważnych dla bezpieczeństwa instytucji. Wciąż duża jest też naiwność urzędników, którzy bez sprawdzenia adresu nadawcy klikają w przesyłane mailem załączniki. Jeden z takich cyberataków, wykonany za pomocą fałszywej aktualizacji oprogramowania finansowego BeSTi@, doprowadził w kilku wypadkach do przejęcia haseł i loginów skarbników, dysponujących dostępem do rachunków bankowych gmin i powiatów. Znany jest też przypadek przejęcia kalendarza pracy urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

W wojnie informatycznej ważna jest też łatwość dostępu do sieci atakowanego kraju. Słabym punktem są sieci bezprzewodowe. Firma Kaspersky Lab Polska przeskanowała  135 tys. z nich na trasie 616 km. Okazało się, że aż 34 tys. to sieci otwarte, do których można zalogować się bez użycia hasła. Najwięcej było ich w Trójmieście, Warszawie i Częstochowie; najlepiej zabezpieczone są: Wrocław, Szczecin i Poznań, gdzie ponad 60% użytkowników sieci korzysta z szyfrowania WPA/WPA2.Które kraje są najlepiej przygotowane do obrony przed cyberatakiem? „Wielka Brytania i Estonia” – mówi „Focusowi” Kamil Mazurek, ekspert Centrum Inicjatyw Międzynarodowych ds. bezpieczeństwa i obrony. „Nie jest jednak tak, że cały Zachód jest dobrze przygotowany na wypadek wojny. Słabo wygląda to Niemczech, we Francji zaczęło się to zmieniać po atakach terrorystycznych. Najlepiej przygotowane są kraje Europy Północnej, co wynika przede wszystkim z ich wysokiej kultury społecznej i politycznej. Szwedzi mają świadomość zagrożeń, wiedzą, że sytuacja może się szybko zmienić i że pewne działania trzeba podejmować z wyprzedzeniem”.

Obrona cywilna

150-osobowe kolumny ratownicze, wyposażone w samochody, dźwigi i 300 sztuk różnego rodzaju sprzętów do niesienia szybkiej pomocy ludności dużych miast? To obrona cywilna Belgii. 60 tys. schronów w 342 miejscowościach, w których może ukryć się 80 proc. ludności kraju? To Szwecja. Pułki obrony cywilnej, gotowe do akcji w ciągu trzech godzin od ogłoszenia alarmu, z których każdy ma przygotowane zakwaterowanie, wyżywienie, ubrania i pomoc medyczną dla 600–900 osób? Czechy. Obowiązkowe szkolenie urzędników w Akademii Obrony Cywilnej? W Niemczech.

W Polsce, jak wynika z raportu NIK, obrona cywilna istnieje tylko teoretycznie. Formalnie to licząca ok. 180 tys. osób organizacja, którą kieruje komendant główny Państwowej Straży Pożarnej. W praktyce wlicza się do niej członków ochotniczych straży pożarnych (OSP), których 155 tys. jest już włączonych do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego, przeznaczonego do wypełniania innych zadań. Ci sami ludzie są więc liczeni podwójnie.

Gdyby nie OSP, Polska nie miałaby żadnej masowej ochotniczej organizacji przeszkolonej do niesienia pomocy. Sięgające 100 lat tradycje oraz fakt, że działa w nich ponad pół miliona Polaków, a 90 tys. młodych ludzi szkoli się każdego roku, to wielki atut na wypadek wojny. Jednak OSP to głównie wsie, miasteczka i obrzeża metropolii. W miastach obrona cywilna praktycznie nie istnieje, co spowodowane jest m.in. likwidacją obowiązku jej tworzenia przez zakłady przemysłowe. Rezultatem tej zapaści jest m.in. brak przygotowanych schronów. Istniejące mogą pomieścić niespełna 3 proc. Polaków. Przestarzały jest system alarmowania ludności, a 80 proc. masek przeciwgazowych i odzieży ochronnej z magazynów OC wyprodukowano przed 1985 r. Na wypadek skażenia wody dostęp do studni awaryjnych miałoby zaledwie 40 proc. Polaków, brakuje też urządzeń do odkażania odzieży, samochodów i zwierząt.

Paradoksem jest fakt, że do udziału w obronie cywilnej jest gotowych 60 tys. młodych ludzi, którzy uczą się w tzw. klasach mundurowych oraz działają w organizacjach survivalowych i strzeleckich. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Pawła Solocha, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, w Polsce działa 17 organizacji paramilitarnych, tworzących niemal 200 oddziałów we wszystkich województwach. W Skandynawii organizacje takie są oczywistą częścią systemu obrony cywilnej, wspomaganą i hojnie dotowaną przez ministerstwa obrony. W Polsce przez lata ignorowane przez MON otrzymywały łączną dotację wysokości… 28,5 tys. zł rocznie.

Kolejnym ważnym elementem decydują-cym o przygotowaniu państwa na wypadek zagrożenia jest system planowania obronnego, obejmujący trzy tysiące podmiotów. Jeśli chodzi o Polskę, to słabą stroną systemu planowania jest zbyt duża ilość dokumentów planistycznych, związanych z obronnością – zauważa dr Marian Kuliczkowski, kierownik kursów obronnych Akademii Obrony Narodowej, które od 2009 roku ukończyło 730 osób: „Tylko na poziomie starostwa powiatowego trzeba przygotować aż 47 różnego rodzaju planów. Pojawiają się też kolizje kompetencji, co wynika z faktu, że część tych instytucji podlega różnym resortom, część staroście. O wiele lepsza byłaby koncepcja stworzenia jednego całościowego planu bezpieczeństwa narodowego powiatu z załącznikami do niego. Skomplikowane przepisy i procedury nie pomagają w działaniu”. Brakuje też kompleksowej, nowoczesnej ustawy o obronności (w 2011 roku prace legislacyjne zostały wstrzymane). „Konieczne jest ich wznowienie i stworzenie spójnego systemu prawne-go, obejmującego organizowanie oraz finansowanie przygotowań obronnych realizowanych przez podmioty systemu obronnego państwa” – apeluje dr Kuliczkowski.

Zadbaj o siebie sam

Po likwidacji obowiązkowej służby wojskowej i przysposobienia obronnego po raz pierwszy w historii mamy sytuację, że większość dorosłych Polaków nigdy nie strzelała i nie wie, jak się obchodzić z bronią. Wiadomo jednak, że w trakcie wojny obywatele muszą przede wszystkim zadbać o siebie sami. Nasze szanse może zwiększyć znajomość podstawowych zasad przetrwania. 

Być może będziemy musieli szybko opuścić dom, dlatego gotówkę i dokumenty trzymajmy w jednym miejscu. Wychodząc, zakręćmy zawory wody, gazu, wyłączmy dopływ prądu. Nie ubierajmy się na ciemno ani na zielono, by odróżnić się od żołnierzy, powieśmy też np. kolorową chustkę na plecaku. 

Zabierzmy ze sobą podstawowe rzeczy (patrz: Pakiet przetrwania), dbając o to, by w przypadku braku prądu mieć możliwość naładowania telefonu.

„Gdy kontakt telefoniczny będzie niemożliwy, a z powodu zagrożenia musimy opuścić dom, konieczne jest wcześniejsze ustalenie, gdzie mamy się szukać. Takim miejscem umownym powinien być znany wszystkim budynek, np. szkoła, kościół, urząd itp. Możemy też zostawiać sobie wiadomości w ustalonych wcześniej miejscach (tzw. martwych skrzynkach kontaktowych) i umówić się na system znaków tam pozostawianych, by było wiadomo, że jest w nich nowa wiadomość lub została odebrana” – radzi Krzysztof Lis, preppers, autor strony domowy-survival.pl. „Sprawną komunikację ułatwia też opracowanie wcześniej własnej procedury ewakuacji rodziny. Powinno z niej wynikać, kto za co odpowiada w przypadku zagrożenia. Na przykład kto zabiera babcię, kto psa, dokąd się udajemy, gdzie się spotykamy. Komunikację można prowadzić też za pomocą CB-radia,  krótkofalówek lub wakie talkie”.

W Polsce jedynie województwo podkarpackie prowadzi stałą ewidencję schronów – jest ich tam 90. Socjologowie tłumaczą ten fenomen regionu najwyższym w kraju kapitałem społecznym, czyli gotowością ludzi do współpracy, ich wzajemnym zaufaniem i przywiązaniem do miejsca zamieszkania. „Jeśli mamy piwnicę, której strop wykonany jest z co najmniej półmetrowej warstwy betonu, można zaadaptować ją na domowy schron, robiąc osobne ujęcie wody, np. w postaci studni artezyjskiej z pompą” – podpowiada Krzysztof Lis. „Wejście do niej powinno znajdować się od strony zawietrznej, by zmniejszyć zagrożenie skażeniami”.

Ocena: trzy z minusem

Ratują nas jedynie kompetencje zespołów szybkiego reagowania odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo, niezła kondycja firm mających stanowić rdzeń wojennej gospodarki, spory mimo wszystko stan rezerw strategicznych (scenariusz wojenny nie musi oznaczać wystąpienia braków paliw i żywności od razu na całym terytorium kraju, a jedynie na jego części). A także tradycje ochotniczych straży pożarnych oraz realizowane przez samorządy i organizacje paramilitarne inicjatywy na rzecz obronności – Polska lokalna jest tu zdecydowanie lepiej zorganizowana niż duże miasta i administracja państwowa. Najwięcej grup paramilitarnych działa na Mazowszu i Podkarpaciu, gdzie jest najwięcej inicjatyw proobronnych. „Są powiaty i gminy, które musiały stawić czoła klęskom żywiołowym, np. powodziom, i tam ta świadomość konieczności przygotowania się na zagrożenia jest znacznie większa” – mówi  prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski. „Zapewne znalazłoby się w Polsce kilka miejsc dobrze przygotowanych, które po prostu życie zmusiło do podjęcia odpowiednich działań. Jednak w skali kraju nie działa to jako system, który można by było uruchomić na rozkaz”.

Mówiąc o bezpieczeństwie kraju, politycy najczęściej mają na myśli uzbrojenie armii. Historia pokazuje jednak, że nawet najnowocześniej wyposażone wojsko może przegrać ze słabszym technicznie i liczebnie, ale dobrze zorganizowanym, wyszkolonym, zaopatrzonym, mającym wsparcie ludności i psychologiczną przewagę przeciwnikiem.