Pajechali! – krzyknął Jurij Gagarin, pierwszy człowiek lecący w kosmos 50 lat temu. W podróży towarzyszył mu zamocowany sznurkiem ważny sprzęt – ołówek, który stał się symbolem wyrafinowanej prostoty ludzi radzieckich. Niestety ołówek uwolnił się z więzów i swobodnie lewitował, Gagarin nie mógł więc 12 kwietnia 1961 roku wypełnić pokładowego dziennika. „Coś” do pisania stało się symbolem propagandowym w kosmosie, zdobywanym z dwu stron żelaznej kurtyny. Związek Radziecki nie bawił się w drobiazgi, dumny przaśny ołówek na sznurku powinien wystarczyć. Amerykanie, zamiast ołówkiem, mieli pisać na orbicie drogimi specjalnymi długopisami o nazwie space pen. Zimna wojna i wyścig między mocarstwami były idealnym środowiskiem dla tworzenia mitów. A fakty? Wyglądają nieco inaczej.

KOSMICZNIE DROGI OŁÓWEK

Steve Garber, pracownik biura historii NASA, uważa historię o milionach dolarów wydanych na kosmiczny długopis – bo podawane kwoty rosną z upływem lat – za jeden z mitów o amerykańskiej frywolności w wydawaniu pieniędzy podatników. Na pokładach statków kosmicznych startujących z Bajkonuru i tych z Cape Canaveral i kosmonauci, i astronauci początkowo sięgali po ołówki. W 1965 roku Amerykanie zamówili dla projektu kosmicznego Gemini specjalne ołówki mechaniczne w fabryce Houston’s Tycam Engineering Manufacturing, Inc. Musiały być na tyle duże, by astronauci mogli je chwycić przez ciężkie rękawice, konieczne były też specjalne mocowania do ścian kapsuły, by ołówki nie „odpływały”. Kosztowały podatników 4382,50 USD, po 128,89 USD za jeden. Kiedy rachunki za ołówki ujrzały światło dzienne, podniosła się wrzawa i NASA musiała szukać tańszych „środków biurowych”. Tym bardziej że podczas pisania cząstki grafitu łamały się, kruszyły i żyły własnym życiem. Szybując i przemieszczając się wewnątrz kapsuły, mogły stanowić niebezpieczeństwo dla oka kosmonauty, powodować mikrouszkodzenia wyposażenia, były też łatwopalne.

Po pożarze na pokładzie Apollo 1, podczas którego zginęło 3 kosmonautów, NASA zależało na maksimum bezpieczeństwa. Ideałem do pisania było wg NASA „coś” niepalnego w atmosferze, w której stężenie tlenu wynosiłoby 100 proc., niezawodnego w warunkach ekstremalnych – w próżni, w stanie nieważkości, w temperaturze +150°C czy w lodowatej ciemności kosmicznej do –120°C. W takich okolicznościach pojawił się utalentowany inżynier i wynalazca o politycznych apetytach Paul C. Fisher z Los Angeles ze swoją Fisher Pen Company. Zanim wyprodukował długopis „antygrawitacyjny”, w 1960 roku bez powodzenia stanął przeciw JFK w wyścigu o nominację na kandydata do fotela prezydenckiego. Z większym sukcesem – jak przyznawał w wywiadach – wydał milion dolarów na wynalazek znany później jako „kosmiczny długopis”, który częściej był jednak używany na Ziemi. Prowadził badania nad udoskonalaniem kulkowej mikrokońcówki do długopisów, która pozwalała zużywać minimalną ilość tuszu, a tym samym pisać dłużej. Specjalistą w tej dziedzinie był żydowski imigrant z Wiednia, wynalazca Friedrich Schächter, pomagali mu technicy Frederick Baysinger i Erwin Rath. Linia prowadzona długopisem ich konstrukcji mogła osiągnąć długość niemal 50 km!

Jednym z najtrudniejszych elementów było opracowanie tuszu, funkcjonującego w wymagających warunkach. W laboratoriach Paula C. Fishera stworzono niekapiący tusz o zmiennej lepkości, odporny na skrajne temperatury, niewysychający. Zwykłe długopisy mają wkłady otwarte, austriacko - amerykański team opracował wkład zamknięty, wypełniony pod ciśnieniem 5 atmosfer. Ta zwarta pasta podczas ruchu długopisem przeobraża się we fluid. Azot zapobiega mieszaniu się powietrza z tuszem, który dzięki temu nie odparowuje ani się nie utlenia. Space Pen sprawdzał się w każdej pozycji i warunkach: można nim było pisać pod różnym kątem – także kierując końcówkę ku górze – na tłustym papierze, pod wodą (wymaga to specjalnego papieru) i w innych cieczach; na mrozie, w dużej rozpiętości temperatur między –45 a +204 stopni C. Jedynym drobiazgiem, na który nie zdołano wpłynąć, była zmiana koloru atramentu – w wysokich temperaturach z niebieskiego staje się zielony.

KUPILI AMERYKANIE, KUPILI I ROSJANIE

W 1965 roku Fisher wysłał próbki długopisów wykonanych z metalu, wypełnionych skompresowanym tuszem, do dr. Roberta Gilrutha, szefa Houston Space Center. Proponował  zakup „antygrawitacyjnego” długopisu Space Pen AG-7. Amerykańska agencja kosmiczna wahała się. Miała za sobą wpadkę z kosztownymi mechanicznymi ołówkami. Po dwóch latach testów, m.in. w temperaturze –50°C, zdecydowano o zakupie. W lutym 1968 roku agencja Associated Press ogłosiła, że NASA nabyła 400 długopisów dla programu Apollo. Niedługo potem space pen został zaprezentowany na konferencji w Wiedniu. W lutym 1969 roku do fabryki Fishera zapukał… Związek Radziecki. Jak informowała agencja United Press International, Rosjanie zamówili 100 długopisów i tysiąc wkładów dla swojego projektu Sojuz. Associated Press podawała później, że agencja NASA i radziecki program kosmiczny otrzymały od fabryki Fishera ten sam 40-procentowy upust za zakup hurtowy. Kupujący z obu stron oceanu zapłacili po 2,39 dolara za sztukę, zamiast po 3,98 [niektóre źródła podają jednak, że kosmiczny długopis kosztował 6 USD – przyp. red.]. Kosmiczne pióro sprawdziło się też w innej roli. Jak informowała Fisher Space Pen Company, firma wydzielona do produktów „kosmicznych”, Space Pen miał uratować astronautów Apollo 11. Użyli go jako narzędzia zamiast złamanego przełącznika, by uruchomić silnik, co umożliwiło załodze powrót na Ziemię. Ten długopis traktowano specjalnie – nie był rzeczą, to był „on”, partner, space pen.

OŁÓWKOWY SENTYMENT