Robert Rient: Czy uczestnictwo w terapii zawsze wiąże się z utratą obrazu rodziców, który w sobie nosimy?

Andrzej Wiśniewski: Dobra terapia urealnia tę relację. Pokazuje rodziców nie tylko jako wyidealizowane osoby albo zbrodniarzy, którzy nie chcą nam czegoś dać, ale odsłania ludzi z różnymi wadami i zaletami. Pozwala w warstwie symbolicznej uzyskać autonomię. Gdy obraz zyskuje na realności, rodzi się dystans, pojawiają się takie uczucia jak złość, pretensje, żal, które przyczyniają się do powiększenia dystansu.

Nie ma ryzyka, że terapia przyczyni się w ten sposób do zwiększenia cierpienia?

Może, jeżeli terapeuta nie zachowa neutralności, stanie po stronie swojego pacjenta przeciwko rodzicom. To może utrwalić poczucie krzywdy, utrudnić obiektywne spojrzenie na rodziców, na relację z nimi. Ale wtedy mówimy o błędzie w terapii.

Dlaczego oczekiwania wobec rodziców są tak ważne w terapii?

-  Relacje z rodzicami stanowią podstawowy wzorzec, na którym budujemy związki z innymi osobami. W tej relacji powstają wzory zachowań, skrypty rodzinne, przekazy pokoleniowe, które w znaczącym stopniu rzutują na to, jak budujmy nasze kontakty. Ale nigdy nie odbywa się to na zasadzie prostego odzwierciedlenia typu: tato był tyranem, to i ja jestem tyranem. Psychika modeluje się nie w relacji z jedną osobą, ale z rodzicami, nawet jeśli jednego z nich nie ma. Jeśli np. ojciec odszedł, wyjechał, umarł, to istnieje w głowie dorastającej córki, która w dorosłym życiu nie bardzo wierzy, że może nawiązać dobre kontakty z mężczyznami.

Bo skoro tak ważnego mężczyzny jak ojciec nie było, to trudno jej uwierzyć, że może być atrakcyjna dla innych. Może być tak, że ojciec tyran używał przemocy w domu, a dziecko było opiekunem w stosunku do matki i taki ktoś rozwija w sobie opiekuńcze formy zachowań, które nie są prostym powieleniem powiedzenia „jaki syn, taki ojciec”. Tworzy się struktura, która owocuje tym, że taki człowiek jest sprawny w odgadywaniu oczekiwań innych, troszczeniu się, niesprawianiu kłopotów. Tacy ludzie są w cenie, ale są jednostronni. Trudno im odmawiać, stawiać granice, powiedzieć „nie”, bo to wiąże się z poczuciem winy.

Interesuje mnie ten moment, w którym można wyjść z takiej sztywnej roli wyuczonej w dzieciństwie. Wiele osób przenosi na partnerów swoją dziecięcą potrzebę bycia bezwarunkowo kochanym.

Ważna jest chwila, w której zdaję sobie sprawę, że mam wobec rodziców wiele różnych uczuć. Niektórzy długie lata żyją w poczuciu nienawiści do rodziców, często jednak im większa nienawiść, tym większe pragnienie bycia blisko. Jak się zobaczy, że takie uczucia istnieją, może się okazać, że rodziców postrzegamy jednostronnie, np. żywiąc wobec nich ślepą miłość lub właśnie nienawiść. To powoduje, że żyjących realnie rodziców zamykamy w klatce. Oni nie są w stanie dać nam czegoś, za czym tęsknimy, bo są jednoznacznie określeni. Kiedy ktoś nienawidzi swoich rodziców, to nie spodziewa się, nie wyobraża sobie, że mogą być mili, sympatyczni. A nawet jak tacy są, określa to jako wyrachowaną grę, która służy i tak temu, by pozbawić nas wolności.

Samospełniające się proroctwo?

Na tym to często polega. Tworzymy sytuacje trudne, ale jednocześnie bezpieczne, bo znane. Cierpimy, ale przynajmniej wiemy, jak sobie z tym radzić – tak często funkcjonują dzieci rodziców, którzy stosowali przemoc.