Po zamachach terrorystycznych 11 września 2001 roku stało się jasne, że terrorystę-samobójcę trzeba unieszkodliwić, zanim przystąpi do działania. Można to zrobić tylko w jeden sposób: obserwując i  kontrolując wszystkich. Kongres USA w ekspresowym tempie uchwalił więc Ustawę Patriotyczną (Patriotic Act), która dała służbom specjalnym prawo inwigilowania niemal bez ograniczeń przybywających do USA cudzoziemców i każdego Amerykanina, który znalazł się choćby w cieniu podejrzeń. Wymieniono ponad 350 sytuacji upoważniających do podjęcia śledztwa – w tajemnicy, bez konieczności zabiegania o zgodę sądu.

O  tym, jak to wygląda na co dzień, wie każdy, kto leciał samolotem lub przekraczał amerykańską granicę. Jeszcze kilka lat temu powszechne oburzenie wywoływało pobieranie na lotniskach odcisków palców, bo w ten sposób traktowano dotąd jedynie przestępców. Dziś już nikt nie protestuje, gdy składając podanie o paszport biometryczny musi  poddać się skanowaniu linii papilarnych. „Coraz więcej osób w imię bezpieczeństwa rezygnuje z pełnej swobody. Zgadzamy się na zbieranie przez państwo informacji o nas, aby zmniejszyć ryzyko, że ktoś wykorzysta je w celu popełnienia przestępstwa. Godzimy się na coraz większe ustępstwa, żeby czuć się bezpieczniej i pewniej w świecie, który niesie coraz większą ilość zagrożeń” – mówi doktor Krzysztof Liedel, dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas. I przepowiada, że ta sytuacja już się nie zmieni, gdyż terroryzm wszedł na stałe do stosunków międzynarodowych jako metoda walki politycznej. Głośniej protestujemy tylko wtedy, gdy pojawiają się nowe, łatwe do zauważenia narzędzia kontrolne. Tak było z czytnikami linii papilarnych, tak jest obecnie ze skanerami ciała, pokazującymi na monitorze nagą sylwetkę sprawdzanej osoby. Ale to, co tajne służby chcą nam pokazać, zazwyczaj jest najmniejszym zagrożeniem dla naszej prywatności.

Wiemy, gdzie jesteś

Budzisz się rano. Jeśli masz komórkę, łatwo sprawdzić, czy spędziłeś noc we własnym łóżku. Każdy aparat co kilka minut wysyła do stacji bazowej sygnał potwierdzający podłączenie do sieci – dzięki temu można go zlokalizować. Im nowsze urządzenie, tym dokładniej pokazuje miejsce pobytu właściciela. W lipcu tego roku koncern Apple zapłacił pierwsze odszkodowanie za przechowywanie tzw. danych geolokalizacyjnych. Pozew wniósł koreański prawnik Kim Hyung-Suk, który sobie tego nie życzył. Ze strachu przed zapowiadającą się falą podobnych procesów Apple błyskawicznie zmienił oprogramowanie iPhone'a i iPada. Nie oznacza to jednak, że urządzenia przestały pokazywać, gdzie się znajdują. Zrezygnowano jedynie z archiwizowania tych informacji. Przynajmniej oficjalnie.