Coraz więcej mieszkańców Korei Północnej decyduje się na ucieczkę do demokratycznej Korei Południowej. Droga do wolności jest długa, śmiertelnie niebezpieczna i bywa, że kończy się.... wielkim rozczarowaniem.

W północnym  Wietnamie, na trasie tzw. szlaku azjatyckiego, którym uchodźcy północnokoreańscy przedostają się do Azji Południowo-Wschodniej, spotykam Kima. Obaj wiemy, że nie jest to jego prawdziwe nazwisko – ukrywa je w trosce o swoje bezpieczeństwo. „Wielokrotnie słyszałem o przypadkach zjadania ciał zmarłych i polowaniach na dzieci pozbawione opieki dorosłych” – opowiada nie patrząc na mnie i nerwowo rozglądając się dookoła. „Głód powoduje fizyczny ból, a wola przetrwania nawet ludzi zamienia w bestie. Dlatego uciekam”. Dramatyczne dylematy są zdaniem Kima nieodłącznym elementem północnokoreańskiej codzienności. „Znałem kobietę, która musiała dokonać wyboru między swoim niedołężnym ojcem a dzieckiem, bo nie była w stanie wyżywić siebie i pozostałych domowników” – wspomina. „Wybór padł na dziecko, losu ojca nie zna. Opuścił domostwo i słuch o nim zaginął. Być może został rozszarpany przez wygłodniałe psy”. 

Przeczytaj także:

Smutna historia parszywych dwunastekKorea Północna rusza na podbój kosmosu

W drugiej połowie XX wieku na szukanie szczęścia w Korei Południowej decydowało się ok. 150 śmiałków w skali dekady. Po upadku Związku Radzieckiego i śmierci Kim Ir Sena ich liczba znacznie wzrosła.

Izolacja ekonomiczno-społeczna, kolektywizacja rolnictwa, naprzemienne powodzie i susze skutkujące w „ostatnim na świecie raju robotniczym” doroczną falą głodu sprawiły, że dziś liczbę północnokoreańskich zbiegów szacuje się na ok. 24 tys. w Korei Południowej i ok. 400 tys. w Chinach. Wśród tych ostatnich jest wielu nielegalnych uchodźców, którym ambasada Korei Południowej odmawia już azylu, nie chcąc podkopywać stosunków dyplomatycznych z Państwem Środka. 

Odprawieni z kwitkiem są później wyłapywani przez chińskich agentów, obserwujących teren placówki południowokoreańskiej. Odsyłają oni uciekinierów do ojczyzny, skazując ich na prześladowania i procesy o zdradę. 

Kobiety mają łatwiej

Pierwszym krokiem po podjęciu decyzji o opuszczeniu Korei Północnej jest zazwyczaj rozwód. W ten sposób uciekinierzy upewniają się, że pozostali w KRLD członkowie rodziny nie poniosą surowej kary za ich czyn. „Odpowiedzialność naturalnie istnieje, ale nie jest to śmierć ani wieloletnie więzienie, a raczej szykany w postaci relegowania dzieci uciekiniera z uczelni albo pozbawienia któregoś z krewnych państwowej posady” – tłumaczy prof. Sun Han-Seung, szef North Korean Refugees Assisted Support Center oraz Korea Social Labor Institute.

Uciekinierzy przedostają się do ambasad Korei Południowej w krajach trzecich kilkoma „korytarzami” wiodącymi m.in. przez terytorium Rosji, Chin, Laosu i Tajlandi. „Większość uciekinierów stanowią kobiety. Jest im zdecydowanie łatwiej otrzymać schronienie, podjąć się pracy gospodyni w jakimś gospodarstwie czy znaleźć partnera po stronie chińskiej i uzyskać tamtejsze obywatelstwo” – mówi prof. Sun. Z racji swojej najczęściej niskiej pozycji społecznej i nikłych zarobków mężczyznom o wiele trudniej jest znaleźć na Południu żonę. Uciekający to głównie żołnierze, urzędnicy partyjni, studenci, rolnicy, a także drwale, którzy, wyrąbując lasy w regionach przygranicznych, korzystają z nadarzającej się okazji. 

Przez pierwsze tygodnie po przedostaniu się do Korei Południowej uciekinierzy są dokładnie przesłuchiwani przez służby bezpieczeństwa wewnętrznego. Wśród uchodźców nie brak bowiem agentów reżimowej Korei. Na Południu zakładają rodziny i po latach, jako „uśpieni agenci” dostają sygnał do wykonania zadania – jest nim na przykład zlikwidowanie konkretnego dysydenta. 

W reżimie wolności

Ośrodek Hana Center znajduje się około godziny drogi od Seulu. Jest jednym z ponad 20 działających w kraju rządowych ośrodków dla uchodźców z Północy. W ośrodku panuje tłok – najlepszy dowód na to, że liczba desperatów szukających szczęścia poza Koreą Północną rośnie.

To tutaj uciekinierzy zdobywają umiejętności i wiedzę, która pozwoli im później zmierzyć się z nową, przesyconą technologią rzeczywistością. Uczą się, jak korzystać z karty bankomatowej, jak kupować rzeczy na bazarze, jak korzystać z pralki albo windy. Przyswajają nowe słowa – głównie egzotycznie brzmiące amerykanizmy. Uczęszczają też na warsztaty zawodowe, kursy prawa jazdy oraz lekcje informatyki. W rezultacie część znajdujących się na wyposażeniu ośrodka komputerów jest przez większość czasu zepsuta. Uciekinierzy bowiem widzą taki  sprzęt po raz pierwszy na oczy... 

W ramach procesu przystosowywania się do nowych warunków raz w tygodniu organizowane są lekcje praktyczne. Uchodźcy wraz z opiekunami wychodzą na miasto, gdzie sprawdzają swoje nowo zdobyte umiejętności, otwierając np. konto w banku albo robiąc drobne zakupy. Po trzech miesiącach opuszczają ośrodek i zaczynają życie, w którym skazani są już tylko na siebie.

Zbiegły z Korei Północnej wysokiej rangi dyplomata Koh Young-Hwan (tłumacz z języka francuskiego u Kim Dzong Ila – przyp.) wspomina, że przez pierwsze pół roku w Korei Południowej mieszkał „w wygodnym i dobrze strzeżonym domu na zboczu Bukhansan”, czyli w ekskluzywnej dzielnicy Seulu, usytuowanej w pobliżu siedziby prezydenckiej. Po zakończeniu przesłuchań uzyskał pracę w Państwowym Instytucie ds. Zjednoczenia, przyznano mu też dożywotnią ochronę. Dziś północnokoreański oficer, dyplomata czy posiadający istotne informacje urzędnik państwowy, który zdecyduje się na życie na Południu, może liczyć na zapomogę od rządu w Seulu wynoszącą od 25 do 100 tys. euro.