Medytacja w Tai Chi, podobnie jak medytacja w innych nurtach, nie tylko sztukach walki, dąży do stanu świadomej uważności, bycia tu i teraz, nie zaś do tzw. odlotu jak się powszechnie uważa. Służy także dążeniu do wspominanej już harmonii, zjednoczenia się z ciałem i światem zarazem.

Badania przeprowadzone w Polsce na temat pracy mózgu kilku czołowych chińskich mistrzów z dwóch pokoleń dały ponadprzeciętne wyniki. Okazuje się, w czasie medytacji Tai Chi możliwe jest osiąganie najbardziej pożądanego stanu dla regeneracji, relaksacji i procesów samouzdrawiania dzięki pracy w zakresie głębokich fal alfa. Zarazem mistrzowie są w kontakcie z rzeczywistością odbierając bodźce wszystkimi zmysłami, które nie wpływają na podniesienie stresu ani nie zaburzają ich stanu spokoju. Badania wykazały, że stan mózgu mistrzów ze starszego pokolenia (w granicach 70 lat) odpowiadał stanowi mózgów osób o połowę młodszych (ok. 35-letnich). Co więcej badania wszystkich mistrzów wykazały umiejętność wchodzenia w głęboki "stan alfa” mózgu niemalże natychmiast i jest on bardzo trwały.
 

MSZ: Jak to możliwe?

MB: Jest to zdeterminowane faktem, że praktykujący medytację w Tai Chi praktykuje sztukę walki. Nie ma czasu na leniwe przechodzenie w stan relaksu. Regeneracja powinna być szybka, głęboka i skuteczna. Takiego efektu nie można osiągnąć praktykując „cywilne” metody medytacji, które nie są zdeterminowane byciem „w kontakcie z otaczającą rzeczywistością” i jednoczesną potrzebą regeneracji, spokoju i rozluźnienia.
 

MSZ: Wspomniał Pan, że jego największym autorytetem Tai Chi jest Grand Master Chen
Xiaowang, jaki on jest na co dzień?

MB: Jest człowiekiem, w którym nie ma przerwy między zastanowieniem się a działaniem. W momencie kiedy wyciąga rękę do powitania, mówi, je, czy wykonuje jakąkolwiek inną czynność, nie ma w nim żadnych, jakby to powiedzieć, "mikrozachwiań", które my posiadamy. Mówię o momentach niepewności, wybiciach z rytmu, bycia poza równowagą, poza kontaktem, zamyśleniem się, zawieszeniem się. Wszystko, co wykonuje, tak jak forma Tai Chi, jest tu i teraz, nie ma przerwy między tym co się pojawia w głowie, a tym co się dzieje. Ludzie mają często wewnętrzne dylematy i wątpliwości, czy to co robimy, jest dobrze odbierane przez otoczenie, próbujemy oceniać siebie. W działaniu mistrza tego nie ma.
 

MSZ: Rozumiem zatem, że Tai Chi może być odpowiedzią na bolączki współczesnego,
pędzącego świata?

MB: Jest jedną z wielu dróg, które możemy wybrać i zastosować. Oczywiście osiągnięcie pożądanego stanu wymaga wytrenowania. Dla wielu osób może to być jednak bardzo fajna metoda, bo poza skutecznością, sam trening jest po prostu bardzo przyjemny. Mój mistrz Grand Master Chen Xiaowang poświęcił 20 lat na propagowanie Tai Chi na Zachodzie.
 

MSZ: Nie przeraziło go tempo życia na Zachodzie?

MB: On jest wojownikiem, a wojownik nie przeraża się, tylko dostosowuje do warunków i stara zachować w nich równowagę. Powtarzał, że praktyka Tai Chi daje mu szczęście i chce się tym szczęściem dzielić.
 

MSZ: Czy praktyka Tai Chi ma dla Pana także wymiar duchowy, religijny?

MB: To jest bardzo duży temat i nie wiem, czy potrafię prosto go ująć. W mojej opinii jest pewna różnica między duchowością a religijnością. Uważam, że duchowość jest w naturze człowieka i jest niezbędna do zachowania równowagi i zdrowia. Religijność jest dla mnie wtórna i według mnie wynika z zachwianego poczucia bezpieczeństwa. U pewnych ludzi istnieje duża potrzeba zawierzenia czemuś zewnętrznemu, co nada ich życiu sens. Kiedyś sam przechodziłem przez okres zapotrzebowania na religię, ale dziś uważam ją za zbędną, często wręcz szkodliwą, bo zdejmuje z nas pewną odpowiedzialność, oddając ją czemuś zewnętrznemu. Dopóki religijność jest oparta na lęku, jest szkodliwa. Dla mnie Tai Chi nie ma aspektu religijnego w ogóle. Duchowy natomiast tak, podobnie jak dla mnie duchowym przeżyciem jest chodzenie po górach w obliczu ich majestatu lub dzikich zwierząt.


MB: Dlaczego ludzie Zachodu sięgają po doświadczenia Dalekiego Wschodu?

MSZ: Być może z potrzeby szukania skuteczniejszych rozwiązań na nasze problemy. Spuścizna wiedzy, nauki całej ludzkości powinna być dla nas ważna. Jeżeli nie znajduję w swoim otoczeniu odpowiedzi i rozwiązań pewnych kwestii, to szukam dalej, a bywa, że czasem wyruszam bardzo daleko.

Metody pracy ze świadomością, które rozwinął człowiek w kulturach Dalekiego Wschodu są dla mnie dużo skuteczniejsze, dużo pełniejsze do osiągania równowagi i integracji. Świat Zachodu skupił się na osiąganiu szczęścia poprzez atrybuty zewnętrzne, technologiczne. Nie dały nam jednak upragnionego szczęścia, mało tego – chyba jeszcze bardziej nas od tego oddaliły. Na Wschodzie już dawno stwierdzono, że ten kierunek nie daje szczęścia.

Jak wiadomo cywilizacyjnie Chiny były dużo lepiej rozwinięte już parę tysięcy lat temu. Także kultura wyższa, która umożliwiała pracę nad dobrostanem i samopoczuciem człowieka została dużo wcześniej wymyślona, a przez wszystkie te lata osiągnięto biegłość w tych dziedzinach. Już jako młody chłopak miałem wiele zasadniczych pytań, na które autorytety lokalnej religii i filozofii satysfakcjonujących odpowiedzi udzielić mi nie potrafiły, dlatego szukałem gdzie indziej i otrzymałem je z nawiązką.

Nie widzę w takim procesie nic złego. Kiedy dyskutuję z orędownikami lokalnych wierzeń i przekonań, wyczuwam ich niechęć przed obcym i słyszę uwagi, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć czegoś, co pochodzi z innego kręgu kulturowego. Tak nie uważam. Dziś mamy wszystko na wyciągnięcie ręki. Jeśli chcemy szukać, to łatwiej niż, kiedykolwiek możemy sięgać po wiedzę i doświadczenia innych kultur. Jedynym oporem jesteśmy my sami, kluczowe jest czy chcemy tej zmiany, czy mamy odwagę na to, żeby przyjmować zmianę i ją akceptować. Tego większość z nas się boi, bo nie rozumie, że zmiana jest jedyną stałością w tej rzeczywistości.
 

MSZ: Udało się Panu dotrzeć do źródła?

MB: Tak. Szukałem przez wiele lat, nierzadko tracąc na to wiele czasu. Obecnie trudność jaka napotykam w tej kwestii to korzystanie z tego źródła, czyli praktyka w życiu codziennym. Ćwiczenie siebie, doskonalenie, próba realizowania tych wszystkich zasad nad którymi pracujemy w Tai Chi. To, że się znajdzie jakiś skarb, wcale nie rozwiązuje kwestii. To, co się z nim zrobi, jest kolejnym wyzwaniem.

Nie mam już wątpliwości w kwestii źródła, z którego czerpię wiedzę, natomiast tradycyjnie jedyną przeszkodą jestem tutaj ja sam. Opory, które odruchowo generuję z powodu różnych przekonań, braku wiary w siebie, swoje możliwości; różne przeszkody, które sam tworzę, aby nie wychodzić ze sfery komfortu, ze stanu stałości. Cały czas uczę się odnajdywać równowagę w sobie, w momencie zmian, w pracy z własnymi lękami. To praca, która tak naprawdę nigdy się nie kończy.