"Nigdy nie nokautowałem Niemców w ringu. Masakrowałem ich przez całe trzy rundy”. Na wspomnienie wydarzeń sprzed 70 lat Jerzy Junosza Kowalewski wciąż instynktownie zaciska pięści. Ten 90-letni warszawiak nadal może zaimponować fizyczną sprawnością. „Jeszcze w ubiegłym roku grałem w tenisa. Zawsze miałem potężnego kopa w prawej łapie” – uśmiecha się.

Kowalewski to ostatni z Polaków, którzy brali udział w walkach bokserskich w obozach śmierci. Wielu takich jak on, chłopców z dobrych rodzin, nauczonych sportowej rywalizacji, w wieku zaledwie 20 lat musiało stanąć na obozowym ringu naprzeciw niemieckich kryminalistów: bandytów i morderców. Walczyli tam nie tylko o godność i honor – walczyli o życie.

Z ringu do piekła

Rok 1937. Feliks Stamm i trenowana przez niego ekipa bokserów warszawskiej Legii zdobywają mistrzostwo Warszawy. Wyróżniającym się zawodnikiem jest 20-letni Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski. Dwa lata wcześniej chłopak wywołuje sensację, wygrywając z bardziej doświadczonym i starszym Antkiem Czortkiem z klubu „Okęcie” – mistrzem Polski i członkiem kadry na igrzyska w Berlinie.

Pietrzykowski jest szybki i ma silny cios, jednak nie trzyma równej formy. Na mistrzostwach Polski przegrywa: z Michałem Janowczykiem z poznańskiego „Sokoła” i Zygmuntem Małeckim z warszawskiej „Polonii”. W Gimnazjum Męskim „Przyszłość” przy ul. Śniadeckich w Warszawie „Teddy” robi pokazówkę, sparing z młodszym o 6 lat Jerzym Junoszą Kowalewskim, który dopiero stawia pierwsze kroki w boksie.

W tym samym roku w greckich Salonikach rówieśnik Kowalewskiego, 14-letni Żyd Salamo Arouch sprawia sensację, wygrywając swoją pierwszą walkę przez nokaut techniczny. Dwa lata później będzie już mistrzem Bałkanów.

W roku 1943 Czortek z „Okęcia” i Małecki z „Polonii” spotykają się z Arouchem w obozie koncentracyjnym. Zanim do niego trafią, bokserskim mistrzem Auschwitz jest już Pietrzykowski, zesłany tam trzy lata wcześniej. W Boże Narodzenie 1942 roku w liście do matki „Teddy” pisze: „Jestem dziś mistrzem wszech wag KL Auschwitz po zwycięstwach nad Janowczykiem, Dexponko itd. Tak, Mateńko, dostałem za to 10 bochenków chleba i 10 kostek margaryny – rozdałem na gwiazdkę biednym, niech i oni mają. Widzisz przydał mi się boks – prawda – widzisz i pamiętasz, co ci wszyscy mówili – Sylwina, co będzie z niego? On sobie w życiu nie da rady (…). Dam sobie radę i w piekle przy Bozi pomocy, a oni jak wychowali swoje dzieci, co? Na muchy – aż strach patrzeć, jak giną biedaki”.

W tym czasie 19-letni Jerzy Kowalewski zaczyna przygotowania do walk bokserskich w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen.