To był jeden z najgłośniejszych procesów połowy lat 90. Mariusz S., oskarżony o zabójstwo studenta Wojciecha Króla, został uniewinniony. Na początku śledztwa tymczasowo aresztowanego Tajsona rozpoznali świadkowie. Prokurator powołał biegłego z Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie. Zapach Mariusza S. zidentyfikowały specjalne psy policyjne. Eksperymenty powtórzono kilkakrotnie, brało w nich udział pięć psów, specjalnie przeszkolonych do rozpoznawania zapachów ludzkich.

W trakcie wieloletniego procesu biegli z Zakładu Techniki Kryminalistycznej Centrum Szkolenia Policji w Legionowie zakwestionowali opinię swoich kolegów po fachu z Lublina. Ich zdaniem „błędy nie pozwalają na uznanie wyników badań osmologicznych za wiarygodne”. Błędy polegały m.in. na tym, że psy nie miały atestów, były prowadzone na smyczy, a szereg selekcyjny został ustawiony niewłaściwie.

Jednak prowadzący dochodzenie prokurator Krzysztof Stańczuk nie miał wątpliwości. Jego zdaniem psy dokonały właściwej identyfikacji.

 

W biały dzień, w centrum Warszawy

 

17 marca 1996 roku Robert Gołąb i jego dziewczyna Katarzyna Kowalska jak co tydzień byli na giełdzie komputerowej, gdzie handlowali podzespołami. Na Lwowskiej 7, przy bramie swojej posesji, Gołąb zaparkował samochód.

 

Z kolegą wynosił kartony do mieszkania, Katarzyna czekała przy aucie. Widziała dwóch młodych mężczyzn stojących przy pobliskim sklepie, coś pili. Zapamiętała, że jeden nosił buty typu traperki, grubą kurtkę do pasa i obcisłe spodnie. Krępy, miał śniadą cerę i ciemny zarost. Drugi, szatyn o jasnej karnacji, też był w traperkach. Nagle wyskoczyli z bramy i zaczęli biec.

 

– Po chwili w bramie pojawił się Robert. Miał zakrwawioną twarz. Powiedział cicho: pomocy, łapcie ich, złodzieje – zeznawała na policji Katarzyna.

Bandyci bili go, kopali, rzucili o ziemię. Jeden z nich przystawił mu pistolet do skroni i ukradł saszetkę z utargiem – 10 tys. starych zł.

Sąsiad z Lwowskiej Tadeusz Kowalski ruszył w pogoń za bandytami. – Łapcie ich, złodzieje! – krzyczał.

Katarzyna biegła razem z nim ul. Lwowską. Nie tracili z oczu uciekających. Na końcu ulicy, od strony pl. Politechniki pojawił się młody mężczyzna. Na okrzyk „łapać ich”, chłopak obejrzał się. Nie zdążył zrobić kroku, gdy padł strzał. Sąsiad zatrzymał się przy leżącym – wezwał pogotowie i policję.

– Z całą stanowczością stwierdzam, że jestem w stanie rozpoznać człowieka, który strzelał – powiedziała w dniu napadu i morderstwa Katarzyna Kowalska.

 

Inny świadek zdarzenia, Anna Bartczak, znalazła się w odległości trzech metrów od biegnących mężczyzn. Nie miała wówczas wątpliwości, że strzelał brunet. Była go w stanie  rozpoznać, drugiego nie:

 

– Po strzale schował rękę do kieszeni kurtki. Spojrzał prosto w moją twarz. Bałam się, że strzeli do mnie.

Podeszła do leżącego na chodniku studenta. Nie widziała krwi, słyszała, jak jęczał.

 

Katarzyna Kowalska widziała, jak dwóch uciekających mężczyzn wsiadło do taksówki, niebieskiego fiata 125 p. Jak wynika ze śledztwa, dołączył do nich trzeci, Mariusz C., który wcześniej stał „na czujce”.

 

Taksówkarz Jacek Meliński montował radio, gdy nagle do auta z impetem wsiadło trzech mężczyzn. Ten, który siadł na przednim siedzeniu, przekręcił kluczyk w stacyjce.

 

– Jedź szybko, ojciec mnie goni – krzyczał.

 

– Nie rozmawiali ze sobą, ale widać było, że są zdenerwowani – zeznawał taksówkarz. W jego fiacie policyjne psy natrafiły na ślady zapachowe, wskazujące na winę podejrzanych.

 

Kiedy przyjechało pogotowie, student nie żył. Pocisk przeszył jego kręgosłup na wylot.

 

Pił wodę oligoceńską

 

Karol Kapusta mieszkał w akademiku, w jednym pokoju z Wojtkiem Królem. Tak opisywał kolegę: – Bardzo spokojny, dużo się uczył. Chyba nie miał znajomych spoza akademika. Nigdzie nie chodził, z nikim się nie umawiał.

 

 

Tego dnia wieczorem Karol wrócił od rodziców z Radomia. Był zaskoczony, że Wojtka nie ma w pokoju. Na łóżku leżały rozłożone książki. Myślał, że na chwilę przerwał naukę. Poszedł do kościoła przy pl. Zbawiciela, sądząc, że tam go spotka. Kiedy wrócił, Wojtka nadal nie było. Od kolegi dowiedział się, że wyszedł około południa. Ktoś inny przekazał mu informację z wiadomości radiowych, że zabito studenta politechniki, mieszkającego w pobliskim akademiku. Inny kolega widział newsa w TVP – na chodniku leżały zwłoki, czymś przykryte. Obok były czarne buty i plecak.

 

– Wojtek nigdy nie pił wody z kranu. Razem chodziliśmy na Wilczą po wodę oligoceńską. Tego dnia w pokoju nie było baniaka. Myślę, że Wojtek wracał Lwowską z wodą – mówił w śledztwie Karol.

 

Śledczy pracowali pod presją opinii społecznej. Za wykrycie sprawców kilkunastu policjantów zostało suto nagrodzonych. 25 tys. osób wzięło udział w manifestacji „To mógł być każdy z nas” przeciw przemocy i bezsilności policji oraz prokuratury.

 

Na podstawie opinii świadków wykonano portrety pamięciowe podejrzanych. Taksówkarz Jacek Meliński zapamiętał ranę, zadrapanie na lewym policzku pasażera siedzącego z przodu. Nie potrafił jednak zdecydować, jaką miał twarz – „pełna, smukła jakaś” – stwierdził.

 

Starszy posterunkowy Tomasz Słaby był w mieszkaniu Mariusza S. krótko po morderstwie studenta. Słyszał od jednego z policjantów, że rysopis pamięciowy przedstawia właśnie jego. Sam potwierdził podobieństwo.

 

Mariusz S. i Artur K. zostali tymczasowo aresztowani. Później w ręce policji wpadł Mariusz C. Wszystko wskazywało na to, że też brał udział w zdarzeniu. W kamienicy, gdzie mieszkał niegdyś z matką, policjanci wtargnęli do pomieszczenia gospodarczego. Był to skład narzędzi służących do popełniania przestępstw – łomy, nożyce, kominiarki.

 

W śledztwie pojawił się „as z rękawa”, świadek incognito. Zadzwonił do komisarza Andrzeja Kraski z KSP.

– Mógł mieć 40–45 lat. Prosił o anonimowość – mówił śledczy.

– Chcę wskazać osobę, której portret pamięciowy był opublikowany w prasie. Ma mniej tłustą twarz niż na portrecie – oznajmił.

 

Wskazał Tajsona, którego rzekomo zna z widzenia, z okolicznego baru. To rejon tzw. Dzikiego Zachodu (ul. Wronia na Woli). Zaznaczył, że Tajson nie ma nic wspólnego z boksem. Jest bezwzględnym, brutalnym bandytą. Powiedział, że on jest zabójcą studenta.

 

Tajson: wykształcenie podstawowe, z zawodu mechanik maszyn i urządzeń przemysłowych. Pracował wtedy jako ochroniarz w pubie „Rafael”.

 

Alibi oskarżonych i zeznania świadków

 

Mariusz C. bronił się, argumentując, że tego dnia był w szpitalu, gdzie z kolegą odbierał jego dziewczynę z noworodkiem. Potem ze swoją konkubiną Sylwią odwiedził matkę. Tajsona zna z widzenia, z pubu „Rafael”. Nie wiedział, że pracuje tam jako ochroniarz. Artura K. poznał na automatach, ale w innym miejscu. Nożycami do cięcia metalu miał założyć kraty w mieszkaniu Sylwii. Nie zaprzeczył, że ma sprawę za nielegalne posiadanie broni.

 

– Znalazłem ją na boisku szkolnym. Chodziłem z nią na siłownię, to była ostra „cezetka” – bronił się w śledztwie.