Podobno zasadnicza różnica między Amerykaninem a Polakiem widoczna jest w odpowiedzi na najpowszechniejsze pozdrowienie- pytanie: „Jak się masz?". „Dziękuję, dobrze!” – mówi uśmiechnięty mieszkaniec USA. „Oj, jakoś ciągnę, ale ciężko jest...” – wzdycha obywatel kraju nad Wisłą. To nastawienie nie zmienia się zbytnio mimo rozwoju gospodarczego, spadającego bezrobocia i większego poczucia bezpieczeństwa. Czyżby oznaczało to, że pesymizm mamy w genach?

BOLESNE LEKCJE DZIEJÓW


Do pewnego stopnia pewnie tak. Ostatecznie Stany Zjednoczone to kraj emigrantów, którzy mieli tyle hartu ducha, by porzucić macierzyste kraje i ruszyć za chlebem za ocean. Polacy natomiast od wieków siedzą w mniej więcej jednym miejscu, obrywając co chwila po głowie od często niesympatycznych sąsiadów. W takich warunkach selekcja naturalna nie miała warunków do wypromowania przesadnego optymizmu. Niepodległość jest dla nas nadal stosunkowo świeżym doświadczeniem i pewnie będzie musiało minąć jeszcze kilkadziesiąt lat, zanim w pełni docenimy jej niewątpliwe uroki.

CORAZ ZDROWSI


Polacy żyją dłużej i ta tendencja ma szanse się utrzymać przez następne dziesięciolecia

Jeśli wierzyć antropologom, całkiem niezłą kondycją cieszyli się nasi praprzodkowie z epoki paleolitu. Ich zbieracko-łowiecka dieta była dobrze zbilansowana, tryb życia wymuszał dużą aktywność fizyczną, nieznane były epidemie chorób zakaźnych. Wszystko zmienił wynalazek rolnictwa, które z jednej strony popsuło naszą dietę, a z drugiej – skłoniło ludzkość do tworzenia osad, wsi i miast, a także gromadzenia dóbr. Na skutki pod postacią chorób i wojen nie trzeba było długo czekać. I z tego przykrego dziedzictwa leczymy się do dziś. Przez stulecia postępów medycyny i higieny udało nam się tylko wygrać kilka wielkich bitew – dzięki broni takiej jak uzdatnianie wody, szczepionki czy antybiotyki – ale wojna cały czas trwa.

Nie zmienia to jednak faktu, że dziś – mimo fatalnej kondycji tzw. publicznej służby zdrowia – żyje nam się najzdrowiej w całej dotychczasowej historii. Nigdy bowiem średnia długość życia Polaków (najważniejszy wskaźnik kondycji całego społeczeństwa) nie była tak wysoka jak dziś. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego chłopiec urodzony w 2006 r. dożyje średnio 71 lat, a dziewczynka – prawie 80! A warto pamiętać, że tuż po wojnie liczby te wynosiły odpowiednio ok. 56 i 61, a jeszcze niedawno, bo w latach 80. XX wieku – 67 i 75. Co się zmieniło od tamtej pory? Skończyła się wojna i związane z nią problemy. Znaczące jednak są także zmiany, do których doszło w ciągu ostatnich kilkunastu lat – ustroju politycznego i systemu gospodarczego. Z badań naukowych niezbicie wynika, że demokracja i wolny rynek służą zdrowiu – przede wszystkim poprzez zwiększanie dostępu do pełnowartościowej, niedrogiej żywności. Za czasów PRL państwo dotowało niezdrowe produkty, m.in. tłuszcze zwierzęce. Po 1991 r. znacznie staniały produkty roślinne, w tym oleje i margaryny, których średnie spożycie wzrosło ponad dwukrotnie. Inny ważny element to świeże warzywa i owoce, zwłaszcza południowe, dostępne w sprzedaży praktycznie przez cały rok – bogate źródło witamin, mikroelementów i błonnika. Nie bez znaczenia były również kampanie antytytoniowe, dzięki którym znacznie spadła liczba palaczy wśród mężczyzn. Tak więc, cokolwiek by wygadywali politycy, kapitalizm nam służy.

Niestety, okres gwałtownej poprawy stanu zdrowia Polaków mamy już za sobą, a teraz jesteśmy nawet świadkami stagnacji. Polsce bardzo brakuje przemyślanej polityki zdrowotnej państwa. Przy czym nie mam tu na myśli – skądinąd bardzo ważnego – sporu o finansowanie usług medycznych. Od ministra zdrowia zależy zaledwie 10–20 proc. stanu zdrowia społeczeństwa. Reszta to pole do popisu dla resortów edukacji, sportu, rolnictwa, finansów... Przykładowo: Polska, jako wielki producent zdrowego oleju rzepakowego i jabłek, powinna mieć jakiś program promocji tych produktów, ale do tej pory się tego nie doczekała. Gdy nasi politycy mówią o zdrowiu, najczęściej mają na myśli choroby, szpitale, leki, operacje. Nikt nie mówi, że mamy jedne z najtańszych papierosów w Europie. Za to np. w 2001 r. rząd obniżył ceny wódki aż o 30 proc. Potrzebne są wieloletnie programy działań prozdrowotnych, bo inaczej możemy zaprzepaścić dotychczasowe osiągnięcia. Żaden dotychczasowy rząd nie miał na to pomysłu i dlatego bardzo liczymy na obecną koalicję.

prof. Witold Zatoński, szef Fundacji Promocja Zdrowi

PRZECIĘTNIE BOGACI