PIERWSZY RAZ

Dźwięk okrętowego dzwonu przeszył niedzielną noc trzykrotnie. Informacja, która nadeszła z bocianiego gniazda, była co najmniej niepokojąca: „Góra lodowa z przodu na prawo”. Olbrzymi transatlantyk nieuchronnie zmierzał na spotkanie z nią. Po całym dniu pracy radiooperatorzy szykowali się do nocy. Harold Bride właśnie zamierzał, nieco wcześniej niż zazwyczaj, zmienić Jacka Philipsa. O 23.40 lekkie uderzenie można było odczuć na całym pokładzie. Nie wzbudziło jednak niepokoju. Philips i Bride dalej przekazywali sobie obowiązki. Pięć minut po północy do pokoju Marconiego wszedł kapitan Edward J. Smith. „Powinniśmy wezwać pomoc” – powiedział i wyszedł. Philips chwycił za klucz radiotelegrafu. W eter popłynęły sygnały alfabetu Mor-se’a. „–.–.  – –.– –..” CQD… MGY… 41.44N…50.24W… . To pierwsze wołanie o pomoc odebrał między innymi niemiecki statek Frankfurt. W odpowiedzi Niemcy przysłali zdawkowe „OK. Czekaj”.  Dziesięć minut później wywiązał się dialog między Titanikiem a radiooperatorem należącej do Cunard Lines Carpathii Haroldem Cottamem. „Czy wiesz, że [stacja nasłuchowa na] Cape Cod wysyła do ciebie wiadomości?” – brzmiało pytanie z Carpathii. „Przybądź szybko. Wpadliśmy na górę lodową” – odpowiedział Philips i raz jeszcze podał pozycję. Tym razem 41.46N, 50.14W, bo w tym momencie w pokoju radiowym pojawił się czwarty oficer ze skorygowanym położeniem statku. „Przekazać Kapitanowi? Potrzebujesz mojej pomocy?” – upewniał się Cottam. „Tak, przybądź szybko” – prośba z Titanica nie pozostawiała wątpliwości, że sytuacja jest poważna. Kilka sekund później Philips decyduje się jeszcze raz nadać komunikat: „CQD MGY, moja poprawna pozycja to 41.46N, 50.14W. Potrzebna natychmiastowa pomoc. Mieliśmy kolizję z górą lodową. Toniemy”.