Załamujemy ręce, czytając o Syryjczykach umierających od bomb,  głodu i z braku pomocy medycznej. Udostępniamy przejmujące zdjęcia na Facebooku, piszemy „przykro mi”, ale czy to, co dzieje się w Syrii, zmusiło nas do zatrzymania się, zadania sobie pytania: co mogę zrobić, lub choćby do zastanowienia się, co jest w życiu naprawdę ważne? Czy wśród obietnic, które złożyliśmy samym sobie na początku roku, choć jedna była naprawdę głęboka i dotyczyła tego, kim chcemy być? Jak chcemy żyć, co nadaje naszemu życiu sens?


JAK NIE ŻYĆ CUDZYM ŻYCIEM?

Dr Ewa Mukoid, dyrektor Instytutu Komunikacji i Rozwoju Mukoid, coach PCC ICF oraz ECPC, autorka książek, uważa, że postanowienia podejmowane w Nowy Rok rzadko prowadzą do realnej zmiany w życiu. „Są zwykle efektem odruchu, wszyscy je składają, to i my, a przez to nie są głębokie ani przemyślane. Są tym, co Rene Girard nazywa pragnieniem mimetycznym »le désir triangulaire«, czyli nie naszym autentycznym pragnieniem, ale tym, co dostrzegamy u innych, co narzucają media. Myślimy: wszyscy wokół biegają, zdrowo się odżywiają, chudną, więc i my to zrobimy. Niestety, prowadzi to do tego, że dążymy do celów, które nie są nasze, żyjemy oczekiwaniami szefa, małżonka, dzieci, współpracowników, ale nie własnymi” – wylicza coach.

To zjawisko zauważył już Viktor Frankl, austriacki psychiatra, który przeżył piekło obozów koncentracyjnych. Osobiste przeżycia doprowadziły go do pytania, dlaczego niektórzy więźniowie załamywali się, a inni znajdowali siłę, by przetrwać. Doszedł do wniosku, że ci drudzy potrafili nadać sens temu, co im się przytrafiło. W książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” Frankl opisał logoterapię, metodę pracy terapeutycznej pomagającej ludziom znaleźć sens życia. Zauważył, że kiedy człowiek nie zna swojego powołania, żyje według wartości i celów innych, nie jest twórczy i ma poczucie pustki.

Na boisku hali sportowej OSiR przy ul. Polnej w Warszawie polski miesza się z francuskim, angielskim i hiszpańskim. Lions – drużyna graczy z różnych krajów Afryki walczy z Pasikonikami, w której grają Latynosi. „Tu nie liczy się kolor skóry, płeć czy wyznanie, bo łączy nas piłka” – uśmiecha się Krzysztof Jarymowicz, prezes Fundacji dla Wolności, pomysłodawca i koordynator rozgrywanej od 2010 roku Etnoligi. Przyznaje, że ma szczęście, że może w życiu robić to, co kocha: pomagać innym. Bo Etnoliga to nie tylko miejsce, gdzie każdy może przyjść, żeby sobie pograć w piłkę.

Krzysztof wskazuje na jednego z graczy. „Ten chłopak trafił do Warszawy kilka tygodni temu, uciekł z Republiki Środkowej Afryki, gdy po raz kolejny spalono jego wioskę. Spotkał w ośrodku dla uchodźców chłopaków, którzy powiedzieli, żeby przyszedł tu pograć. Jak się trafia do obcego kraju, nie zna języka, nie ma znajomych, trudno się odnaleźć, a futbol to ułatwia, łączy – w końcu piłkę kopie się wszędzie. O, ten, który stoi na bramce, grał jeszcze w pierwszym turnieju, najpierw trafił do Francji, potem do Polski, poznał tu dziewczynę, pracuje jako kierowca w MZA”.