W 2003 roku Justynę Kurowską podziwiała cała Polska. Piękna blondynka zwyciężyła w polskim reality show „Kawaler do wzięcia”. „Gdy ludzie oglądali mnie w telewizji, byłam jeszcze zdrowa, pełna planów oraz nadziei. Ćwiczyłam karate, chodziłam na naukę tańca, grałam na pianinie. W 2007 roku nagle straciłam przytomność. Okazało się, że to ataksja rdzeniowo-móżdżkowa. To była druzgocąca diagnoza” – wspomina dziewczyna. Ataksja jest chorobą uwarunkowaną genetycznie i – wedle stanu wiedzy współczesnej medycyny – nieuleczalną.

Justyna nie poddała się. Dzięki pieniądzom zebranym przez fundację „Oliwia” wyjechała do chińskiej kliniki, by przejść terapię komórkami macierzystymi. Jednak polscy lekarze są bardzo sceptyczni. „Ona chce żyć. Walczy o to, jak niewiele znanych mi osób. Nie mogę jednak ręczyć za tę chińską kurację” – mówi dr Iwona Rotter, neurolog prowadząca leczenie Justyny.

Komórki macierzyste to jedna z wielkich nadziei medycyny. Pierwsze odkryto w szpiku kostnym, ale szybko okazało się, że kryją się w wielu innych narządach naszego organizmu. Potrafią się dzielić i – w sprzyjających warunkach – naprawiać niektóre uszkodzenia. Teoretycznie mogą dać początek dowolnym tkankom, choć takie właściwości mają tylko macierzyste komórki zarodkowe, czyli te, z których zbudowany jest ludzki embrion. Jednak ich wykorzystanie budzi liczne wątpliwości etyczne, dlatego uczeni szukają innych źródeł. Jednym z nich jest krew pępowinowa, zawierająca bardzo „młode”, uniwersalne komórki. Prawdopodobnie można z nich uzyskać nawet coś o budowie podobnej do neuronów.

Takich właśnie komórek brakuje organizmowi Justyny. Ataksja stopniowo niszczy układ nerwowy – przede wszystkim móżdżek i rdzeń kręgowy. Pierwsze objawy to zaburzenia równowagi i niewyraźna mowa. „Gdy zaczęłam mieć problemy z chodzeniem, straciłam pracę w aptece. Jeden z klientów poskarżył się, że jestem pod wpływem alkoholu. Zawsze staram się tłumaczyć, że sposób poruszania się jest związany z moją dolegliwością” – opowiada Justyna. Potem stopniowo zanika umiejętność wykonywania najprostszych czynności. Mózg nie jest w stanie kontrolować ruchów kończyn, obumierają mięśnie. Traci się wzrok, słuch, zdolność koncentracji, pamięć. A potem życie.

Justyna doskonale wiedziała, co ją czeka. Na ataksję 15 lat temu zmarł jej ojciec. Choroba dotknęła również jej siostrę, ciotkę i kuzynkę. Wszystkich niespodziewanie zaatakowała już w dorosłym życiu. „Postanowiłam, że się nie poddam. Od trzech lat dzień w dzień chodzę na rehabilitację, ćwiczę też w domu, zażywam suplementy diety. Potem dowiedziałam się o chińskich przeszczepach komórek macierzystych z krwi pępowinowej” – mówi.

 

Zastrzyki, prąd i dziwne pudełka

Naukowcy wiążą z tymi komórkami wielkie nadzieje. Niestety, od wielu lat niespełnione. Jedynym powszechnie stosowanym zabiegiem związanym z  komórkami macierzystymi jest przeszczep szpiku (coraz częściej zresztą zastępowany przez transplantację komórek pobranych z krwi pępowinowej). Teoretycznie można by w podobny sposób leczyć mnóstwo chorób, w tym tak poważnych i powszechnych jak cukrzyca, niewydolność serca, rak czy Alzheimer. Na razie jednak oficjalnie dopuszczony do użytku – i to wyłącznie w Korei Południowej – został tylko jeden preparat bazujący na komórkach macierzystych – Cartistem, służący do regeneracji chrząstek stawowych. Pozostałe terapie są w najlepszym razie na etapie badań klinicznych; wiele z nich zakończyło się niepowodzeniem.

Tym bardziej dziwią więc oferty chińskich klinik, reklamujących się intensywnie w internecie. Podobno komórkami macierzystymi leczy się w nich mnóstwo schorzeń uznawanych dotąd za nieuleczalne – od autyzmu po uszkodzenia mózgu czy móżdżku. Takiemu właśnie zabiegowi poddała się Justyna. „Poleciałam do kliniki w Kantonie. Medycy wbijali mi w kręgosłup igły z komórkami. Ból był potworny. Przez wiele godzin musiałam leżeć nieruchomo. Dwa takie zastrzyki dostałam też w obie ręce. W sumie w ciągu miesiąca miałam ich siedem” – opowiada. Nie zna jednak szczegółów, nie otrzymała żadnej dokumentacji medycznej. 

Poza zastrzykami przeszła też serię dziwacznych zabiegów, mających podobno usprawnić działanie mózgu. „Pobudzany był aparaturą przepuszczającą prąd, której nigdy dotąd nie widziałam. Zakładano na nos coś w stylu okularów, zamiast nosków były diody. To też była bolesna kuracja” – mówi Justyna. Aplikowano jej także akupunkturę, a nawet okadzano wonnym dymem wydobywającym się z drewnianych pudełek. 

 

Tonący komórek się chwyta

Dla polskich lekarzy sprawa jest jasna – cały ten rytuał to w najlepszym razie pseudonauka. „Taka terapia może pomóc co najwyżej dzięki biostymulacji – podobnie jak akupunktura. Kilku naszych pacjentów korzystało z zabiegów w Chinach, u żadnego nie odnotowaliśmy poprawy” – mówi dr Maria Rakowicz-Raczyńska z  Zakładu Neurofizjologii Klinicznej Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, która kilka lat temu badała Justynę. Dla prof. Wiesława Wiktora Jędrzejczaka, konsultanta krajowego ds. hematologii, sprawa jest poważna. „Nie wiemy dokładnie, ile osób z Polski jeździ na takie zabiegi do Chin, Rosji czy na Ukrainę, ale to fałszywa nadzieja. Żadna z tych terapii nie ma solidnych podstaw naukowych, mogą być natomiast groźne dla zdrowia oraz życia” – mówi uczony. Podaje przykład chłopca z Izraela, który po wstrzyknięciu do mózgu komórek macierzystych zachorował na nowotwór. Istnieje też ryzyko przeniesienia w ten sposób groźnych mikrobów, takich jak wirusy HIV czy HCV.