To margines marginesu. Po co tym się zajmować? – słyszała od wielu innych historyków dr Zofia Strzyżewska, gdy interesowała się polskimi sztyletnikami. Miała ku temu okazję, pracując w Muzeum Niepodległości w Warszawie. Jak przyznaje „Focusowi Historia”, zdarzało się, że traktowano jej drobiazgowe opracowania z dystansem, a nawet wrogością: „Mówiono: »ona sztyletnikami się zajmuje«, jakby to była jakaś hańba”.„Jestem głęboko przekonany, że gdyby sztyletnicy działali w USA, to mieliby już hollywoodzki film albo ze dwa. Kultura takie wątki by wykorzystała. To jest ciekawa historia, pełna spisków, a przy tej okazji można postawić pytanie, co mówi nam o Polakach” – zwraca uwagę dr Jarosław Klejnocki, dyrektor Muzeum Literatury w Warszawie i autor kryminałów. Jeden z nich – „Południk 21” – wykorzystuje wątek sztyletników, mieszając fikcję i fakty. Ale i tak to ewenement. Można odnieść wrażenie, że Polacy w ogóle woleliby, aby „anielskości” ich dusz nie psuły wspomnienia o powstańcach-terrorystach...

HARTOWANIE SZTYLETÓW

Już w czasach Jezusa w Palestynie działali sykariusze – żydowscy bojownicy, którzy przy pomocy sztyletu (zwanego sicarius) mordowali kolaborantów na rzymskich usługach. Podobno biblijny Judasz Iskariota był jednym z tych zabójców, stąd jego przydomek. Sztylet kojarzył się w dawnej Polsce źle. Z mordercami Cezara, z bliskowschodnimi muzułmańskimi asasynami albo z dworskimi intrygami, charakterystycznymi dla „zepsutego” Zachodu. Koniec XVIII w. to zmienił. W 1793 r. Charlotte Corday zasztyletowała w łaźni Jeana-Paula Marata, krwawego radykała czasów rewolucji francuskiej. „Zabiłam jednego człowieka, żeby uratować sto tysięcy” – powiedziała. W tym samym czasie po sztylety sięgnęli narodowo-rewolucyjnie nastawieni Włosi. Etos terrorysty-sztyletnika trafił też do innych europejskich krajów, aż po kilku dekadach dotarł na ziemie polskie pod zaborami. Tam w przededniu powstania styczniowego znalazł podatny grunt. W sierpniu 1862 r. dwaj konspiratorzy Jan Rzońca i Ludwik Ryll zasadzili się na margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, naczelnika uzależnionego od Rosji cywilnego rządu Królestwa Polskiego. Dla nich był zdrajcą. Próbowali zgładzić go dwukrotnie, ale wpadli. Przy Rzońcy znaleziono sztylet. Jak przekazał rosyjski historyk Nikołaj Berg, ostrze pokryte było strychniną. „Jeden gram tej masy, zadany dwumiesięcznemu szczeniu spowodował śmierć natychmiastową” – napisał o wyniku przeprowadzonych ekspertyz.

Rzońca i Ryll zostali skazani na śmierć i publicznie straceni. Wraz z nimi powieszono Ludwika Jaroszyńskiego, autora nieudanego zamachu na wielkiego księcia Konstantego Mikołajewicza, namiestnika Królestwa Polskiego. Moskwa traktowała polskich konspiratorów z równą srogością, jak dzisiaj traktuje się Al-Kaidę lub terrorystów czeczeńskich. Czekały na nich Cytadela Warszawska i Pawiak – carskie Guantanamo – lub zsyłka do Rosji (nie oszczędzano nawet dzieci: po powstaniu zesłano ponad 700 osób w wieku od 11 do 17 lat). A publiczne egzekucje miały być widowiskiem ku przestrodze. Tyle że wzbudzało to w Polakach, nawet tych niepopierających terrorystycznych metod walki z zaborcą (a było takich dużo), raczej gniew na Rosję i współczucie dla skazańców. „Jakieś współczucie w stosunku do nich było. Tak jak w Czeczenii teraz. Kiedy Rosjanie zabijają Czeczenów, to pokazują potem w telewizji, szczycą się tym. To głupota, bo każdy Czeczen, dziecko czy dorosły, patrząc na to, hoduje w sobie nienawiść do Rosjan. Bo skazany to przecież czyjś brat lub wujek. Tak samo było z publicznym wieszaniem Polaków” – mówi nam dr Strzyżewska. Nic dziwnego, że po śmierci trójki skazanych z 1862 r. powstał szeroko rozpowszechniany wiersz:

A na krwawej tarczy słońca
trzy imiona błyszczą: Rzońca, Jaroszyński, Ryll...
A nie mogąc znieść
jęków bratnich, w imię Boga
dzielnie chłopcy szli na wroga.
Cześć wisielcom, cześć!

W MIEŚCIE I NA PROWINCJI

Rzońca, Jaroszyński i Ryll nie działali w próżni. Od czerwca 1862 r. istniał w Królestwie konspiracyjny Komitet Centralny Narodowy, który z chwilą wybuchu powstania 22 stycznia 1863 r. przekształcił się w Tymczasowy Rząd Narodowy. Miał własną policję narodową (o dosyć skomplikowanej strukturze), a w jej ramach żandarmerię. Wśród żandarmów znajdowali się „sztyletnicy”, nazywani tak z racji ich uzbrojenia i znani też jako straż przyboczna czy V Oddział Żandarmerii. Z zachowanych dokumentów i relacji wiadomo, że zadaniem żandarmów było chronienie organów powstańczej władzy oraz egzekwowanie wyroków na zdrajcach, szpiegach i generalnie osobach szkodzących polskiej sprawie. Z czasem zaczęto też używać żandarmów jako elementu nacisku w partyjnych rozgrywkach między frakcjami Białych (umiarkowanych) i Czerwonych (bardziej radykalnych) w powstańczym rządzie.