„Jeśli do połowy wieku letnie temperatury w Alpach podniosą się średnio o trzy stopnie, zniknie 80 proc. lodowców i najwyższe góry Europy powrócą do stanu sprzed pięciu tysięcy lat” – prognozuje szwajcarski glacjolog Mattias Huss. Nie są to wizje nawiedzonego czarnowidza, lecz ekstrapolacja zjawisk, które już trwają. Nie ulega wątpliwości, że klimat się ociepla, przez co lodowce topnieją. A ponieważ lód doskonale konserwuje materię organiczną, mogą w nim przetrwać przez tysiąclecia nawet tak nietrwałe produkty jak drewno, skóra, tkanina oraz ludzkie i zwierzęce ciało. Gdy pod wpływem ciepła ta naturalna zamrażarka zaczyna zanikać, wynurzają się z niej obiekty ogromnej wartości naukowej.

Straszne i wspaniałe

„Patrolując okolice Matterhornu wypatrzyłem już tyle porzuconych przedmiotów, że mógłbym otworzyć sklep z plecakami i sprzętem alpinistycznym” – opowiadał w telewizji BBC Gerold Biner, pilot śmigłowca ratunkowego. Latem roku 2013 dostrzegł coś, czego nie potrafił zidentyfikować. Podczas kolejnego przelotu przyjrzał się uważniej i stwierdził, że są to ludzkie zwłoki. Natychmiast powiadomił policję.

Już pobieżne oględziny wykazały, że był to zaginiony w 1979 roku angielski alpinista Jonathan Conville. Mimo intensywnych poszukiwań nie udało się go wówczas odnaleźć. Rodzina łudziła się, że Jonathan zerwał kontakt z cywilizacją, zaszył się gdzieś w górach i wciąż żyje. Po odnalezieniu ciała do Szwajcarii przyjechały jego dwie siostry, by przekazać materiał genetyczny do badań DNA, które miały definitywnie potwierdzić tożsamość zmarłego. Zwłoki były w tak dobrym stanie, że kobiety mogły pożegnać brata, dotykając jego dłoni. „To było straszne i jednocześnie wspaniałe przeżycie” – powiedziały reporterowi z „The Guardian”.

Jeszcze nie ucichły echa tego wydarzenia, gdy znaleziono inne ciała. Analiza DNA wykazała, że to japońscy wspinacze Masayuki Kobayashi i Michio Oikawa, którzy 45 lat temu zaginęli w śnieżycy. W tym samym czasie w pobliżu Mont Blanc natrafiono na poszukiwanego od 1982 roku wspinacza z Francji Patrice’a Hyverta.

Niektóre odkrywane w topniejących lodowcach tajemnice mogą posłużyć za scenariusz melodramatu. Gdy w 1949 roku młoda Austriaczka Aloisia Persterer zaszła w ciążę, jej narzeczony Adolf nagle zniknął. Sąsiedzi nie wątpili, że ją porzucił. Konserwatywni pobożni górale nie mieli litości dla panny z dzieckiem. Aloisia uciekła do miasteczka Lienz i tam, ponad pół wieku później, dowiedziała się, że na stokach lodowca Grossvenediger odnaleziono zwłoki mężczyzny. W kieszeni miał dokument potwierdzający tożsamość i ślubne obrączki. „Zawsze wiedziałam, że mój Adolf był przyzwoitym człowiekiem, teraz wie o tym też nasza córka” – mówiła, nie kryjąc wzruszenia.

Niespodzianka z młyna

Nie każda lodowa historia kończy się smutnym, ale jednak przynoszącym ulgę finałem. Szwajcar Peter Hirt poświęcił 18 lat na poszukiwania syna, który w 1985 roku zaginął z kolegą w masywie Tilsit. Ojciec był niestrudzony, wyprawił się w góry 138 razy. Gdy lodowiec zaczął topnieć, wydawało się, że wreszcie osiągnął cel – natrafił na zwłoki młodego mężczyzny. Badania genetyczne wykazały jednak, iż to towarzysz jego syna. Nie wiadomo, czy ciało Daniela Hirta zostanie kiedykolwiek odnalezione. Jak wyjaśnia prof. Heinz Slupetzky, glacjolog z uniwersytetu w Salzburgu, „lodowce nie są nieruchome, nieustannie się przemieszczają, przesuwając ogromne ilości skał i kamieni. By w tym gigantycznym młynie miękkie ludzkie ciało nie zostało zmiażdżone, muszą zajść wyjątkowo sprzyjające okoliczności”. Im więcej czasu upływa od uwięzienia zwłok w lodzie, tym mniejsze szanse ich przetrwania. Ale zdarzają się niespodzianki.

Odmrożony wirus gigant

Jest o połowę większy od największego dotąd znanego wirusa, ma 200 razy więcej genów niż patogen wywołujący grypę i liczy sobie co najmniej 30 tys. lat! Mimo tak zaawansowanego wieku żyje, rozmnaża się i potrafi atakować inne organizmy. Odkryto go trzy lata temu w próbkach topniejącej na Syberii wiecznej zmarzliny.

Francuscy biolodzy Chantal Abergel i Jean-Michel Claverie specjalizujący się w badaniu tzw. wielkich wirusów ustalili, że 60 proc. jego materiału genetycznego nie przypomina niczego, z czym się do tej pory zetknęli. Przypuszczają, że wirus gigant, któremu nadali nazwę Phitovirus sibericum, pasożytował na prehistorycznych zwierzętach, a po ich wymarciu uległ hibernacji. Chcąc sprawdzić, czy po rozmrożeniu będzie nadal aktywny, wszczepili go amebom. Zainfekowane pierwotniaki zaczęły szybko ginąć.

Zdaniem naukowców nic nie wskazuje na to, by wirus stanowił jakiekolwiek zagrożenie dla ludzi. Nie sposób jednak przewidzieć, co jeszcze kryje się w syberyjskiej zmarzlinie, która nie dość, że topnieje, to jest coraz intensywniej przekopywana w poszukiwaniu złóż surowców. „Jeśli miliony ton ziemi zostaną poddane działaniu czynników atmosferycznych, zamrożone dotąd patogeny znajdą się w warunkach umożliwiających ich reaktywację” – powiedział agencji AFP prof. Claverie. Wypada mieć nadzieję, że żaden z nich nie będzie zdolny do zaatakowania człowieka.