Według najnowszego raportu OnAudience.com już 48 proc. reklam internetowych w naszym kraju nie trafia do odbiorców. Inne badania wykazują, że z oprogramowania typu adblocker korzysta co trzeci, a nawet co drugi polski internauta. Nie jest to dobra wiadomość dla firm zajmujących się nowymi technologiami. Ostatnio rozpoczęły one kampanię przypominającą użytkownikom, że to dzięki reklamie nie muszą oni płacić za treści i usługi (bierze w niej
udział także nasze wydawnictwo Burda Publishing Polska). Wątpię jednak, by to wystarczyło. Trudno sobie wyobrazić współczesny świat bez reklam. Jednak te w internecie są nie tylko wszechobecne.

Często są po prostu uciążliwe, nachalne, źle zaprojektowane.

Bez naszej zgody odtwarzają wideo (z dźwiękiem!), przesłaniają część artykułu, który chcemy przeczytać. Być może bylibyśmy skłonni to zaakceptować, gdyby te reklamy faktycznie były dostosowane do naszych zainteresowań i potrzeb. A takie miały być, przynajmniej zgodnie z obietnicami firm internetowych, które zbierają tak ogromne ilości informacji o każdym z nas, że teoretycznie powinny nam pokazywać tylko to, w co będziemy skłonni kliknąć. O tym, że tak nie jest, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Być może firmy potrzebują trochę naszej pomocy. Ostatecznie algorytmy dobierające reklamy na przykład na Facebooku wykorzystują sztuczną inteligencję. Uczą się tego, co lubimy, a czego nie lubimy.

Postanowiłem więc zrobić eksperyment. Przez miesiąc bardzo starannie korzystałem z facebookowej opcji „ukryj reklamę” za każdym razem, gdy widziałem coś, co mnie kompletnie nie interesowało. Przejrzałem też to, co system uznał za moje preferencje reklamowe, usuwając rzeczy niepasujące do moich zainteresowań. Efekt? Z początku Facebook faktycznie pokazywał mi w miarę interesujące reklamy – a właściwie kilka tych samych ogłoszeń w kółko.

Sztuczna inteligencja nie potrafi skorzystać z lekcji

Wkrótce jednak zaczął znowu mi wmawiać, że interesują mnie wyścigi samochodowe (nie interesują), że zajmuję się drobną przedsiębiorczością (nie zajmuję się), itd. Sztuczna inteligencja albo nie potrafi skorzystać z lekcji, albo uznała, że samo pokazywanie reklam – na czym Facebook zarabia krocie – jest ważniejsze niż to, czy trafiają do odpowiedniej osoby. Po tym eksperymencie nie zacząłem jednak stosować oprogramowania do blokowania reklam. Zamiast tego znalazłem aplikację, która nie pozwala firmom internetowym śledzić mojego zachowania w internecie za pomocą tzw. trackerów (wybrałem płatną Disconnect Privacy Pro).
Po zainstalowaniu jej na tablecie przekonałem się, jak bardzo trackery obciążają łącze internetowe. W ciągu miesiąca ich blokowania zaoszczędziłem ponad pół gigabajta danych! Poza tym aplikacja chroni mnie też przed tzw. malvertisingiem – wykorzystywaniem reklam internetowych przez cyberprzestępców do instalowania złośliwego oprogramowania.

Są jednak serwisy, dla których robię wyjątek 

Dodaję je do tzw. białej listy stron, które mogą wyświetlać mi reklamy i zbierać dane na mój temat. Dotyczy to jednak tylko tych przypadków, w których mam zaufanie do serwisu, a ogłoszenia w nim pokazywane nie przyprawiają mnie o ból oczu. I mam nadzieję, że takich stron będzie przybywać, bo w przeciwnym przypadku żadna kampania nie przekona Polaków, że reklamy są fajne.