Informacje o ocaleniu króla i spontaniczne wybuchy radości nie mogły jednak trwać wiecznie. Czekano na władcę przez kolejne tygodnie, ten jednak nie powracał. Najwyższy urzędnik Królestwa, kasztelan krakowski Jan z Czyżowa postawił we Lwowie kaplicę i osadził przy niej dwóch zakonników, którzy mieli się modlić o powrót króla. Gdyby to nastąpiło, Jan obiecał wybudować okazały kościół. Choć Polacy starali się odsuwać od siebie najstraszniejszą wiadomość, elita polityczna coraz bardziej się niepokoiła. Zresztą nie bez powodu. Kraj bez władcy był łatwym łupem dla wrogów. Na każdym kroku widać było chaos i (jak pisał Długosz) „wszędzie w Królestwie Polskim było widoczne osierocenie i wszystkie sprawy toczyły się niepewnie i chwiejnie”. Prędzej czy później musiało paść pytanie: kto będzie teraz nami rządził? Kto będzie dbał o poddanych? Kto będzie królem? Losy Władysława postanowiono wyjaśnić raz na zawsze. Z Krakowa wysłano posłów na Bałkany, żeby na miejscu dowiedzieli się o losy władcy. Z podobną misją swoich przedstawicieli wysłało miasto Lwów. Wszyscy posłowie po kilku tygodniach wracali do kraju. Śladów monarchy nie odnaleziono. Wniosek mógł być tylko jeden: król Władysław nie żyje.

Kilka miesięcy później arcybiskup gnieźnieński i prymas Wincenty Kot mówił: „nikt nie pragnie jego [tj. króla Władysława – przyp. red.] życia i nie wzdycha bardziej od nas. My [Polacy] wzdychamy jako ci, dla których jego śmierć jest nie tylko przykra, ale także bardzo szkodliwa. Ale upłynięcie całego roku, w którym nie zjawił się nikt, kto by go widział żywego, skłania nas do przekonania, że on raczej zginął, niż że żyje”. Cóż było robić. Polacy postanowili wybrać nowego króla. Kandydatem był książę litewski Kazimierz, młodszy brat Władysława. W połowie 1445 r. na Litwę wyruszyły poselstwa, które miały go przekonać, aby przyjął polską koronę. Owszem, Kazimierz raczył ją przyjąć, ale do Krakowa przybył dopiero dwa lata później. Dokonana wtedy koronacja oraz objęcie rządów przez Kazimierza Jagiellończyka ostatecznie kończyły stan niepewności. Oznaczały także przyznanie, że poprzedni król nie żyje.

CZY NA PEWNO POLEGŁ?

Nie wszyscy się jednak pogodzili ze śmiercią Władysława. W szerokich kręgach społecznych tliła się nadzieja. „Skoro nie znaleziono ciała króla, to na pewno on żyje” – sądzono. Brak ciała władcy dawał pole do wielu przypuszczeń. Powstawały coraz to nowe legendy i opowieści o władcy, który miał jakoby ujść cało z bitwy. Niektórzy kpili z tych opinii. Sekretarz cesarski Eneasz Sylwiusz Piccolomini (późniejszy papież Pius II) naśmiewał się z nich. Drwiąco doradzał, żeby do władców podziemi wysłać posłów, którzy „niczym Orfeusz” swym śpiewem wyjednają powrót króla na ziemię.

Wiara w ocalenie Władysława była jednak silna. Cytowany już wcześniej Jan Długosz wspominał o krążących informacjach, jakoby widziano króla w Konstantynopolu, Wenecji, Siedmiogrodzie, Albanii czy Serbii. Andrzej de Palatio, uczestnik bitwy warneńskiej, w krążącym po Polsce w wielu odpisach liście wspominał, że podobno król Władysław dostał się do niewoli sułtana tureckiego. Kilka miesięcy po bitwie biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki w liście do biskupa wileńskiego Macieja pisał o ludziach, którzy uważają, że króla widziano „gdzieś za morzem” lub w „jakimś zamku w obcym kraju”. W liście do Mikołaja Lasockiego Oleśnicki wspominał zaś o spotkaniu z pewnym Litwinem, który twierdził, że władcę widziano u pewnego greckiego księcia. Rok po bitwie, w październiku 1445 r., palatyn węgierski Wawrzyniec oznajmił, że otrzymano list wysłany przez króla Władysława, który schronił się na Cyprze, ale zapowiada swój rychły powrót na Węgry. Kilka lat później, w 1452 r., po Polsce krążył list niejakiego Mikołaja Florisa, w którym stwierdzał, że król Władysław przebywa w Portugalii. O pobycie króla w tym właśnie państwie wspominali także autorzy kilku okolicznościowych wierszy, napisanych na Mazowszu. Ambroży z Moraw dowodził natomiast, że Władysław podróżuje po świecie, żeby zebrać ogromne wojska przeciwko Turcji. Kallimach dodawał, że wielu ludzi uważa, iż król pokutuje za swoje grzechy i złamanie przysięgi, wróci jednak, gdy chrześcijaństwo będzie w prawdziwym niebezpieczeństwie.

Jak bardzo wierzono w to, że Władysław żyje, pokazuje spotkanie, do którego doszło w Hiszpanii w 1466 r. Wybrał się tam czeski podróżnik Lew z Rozmitalu i spotkał pewnego pustelnika. Polak, będący w orszaku, poznał w nim „Warneńczyka” – dowód miało stanowić po sześć palców u nóg. Jakim sposobem zdołano dostrzec ten znak szczególny, pozostawmy dociekliwym. Najważniejsze, że na nic zdały się zapewnienia samego pustelnika, żę nie jest Władysławem. Podróżnicy wiedzieli lepiej. Półwysep Iberyjski był zresztą znakomitym miejscem dla różnych „Warneńczyków”. Wiedza jego mieszkańców o Polsce była znikoma. Równocześnie pewna wspólnota losów (walka z muzułmanami) powodowała, że Hiszpanie i Portugalczycy wiedzieli coś niecoś (raczej „niecoś”) o „królu walczącym z Turkami”. Nic więc dziwnego, że na półwyspie funkcjonowały legendy o „ocalonym” polskim władcy. Jedna z nich powstała na portugalskiej wyspie – Maderze. To właśnie tutaj miał jakoby osiąść Władysław, znany miejscowym jako „Henryk Niemiec”. Legenda ta powstała jednak bardzo późno, dopiero w XVII w. Równie interesujące jak sama legenda jest to, że do dzisiaj dają jej wiarę niektórzy „badacze”, jak choćby głośny ostatnio Manuel Rosa, autor książki „Kolumb: historia nieznana”.



Z czasem przeświadczenie o życiu króla wzniecały już nie tylko listy i informacje od „wiarygodnych” świadków. Zaczęły powstawać wiersze, w których opisywano żyjącego władcę. Pojawił się nawet zmyślony list, napisany jakoby przez Władysława. Oznajmiał w nim, że ocalał, ale musi pokutować za grzechy. Wróci wtedy, gdy odprawi pokutę, a wtedy „żyjący w dostatku będą w strachu, cisi i strapieni [będą] pocieszeni, bogaci stracą swe siły, a cierpiący będą się weselić”. Listy czy literatura piękna docierały jednak do niewielu. Niepiśmienna (i nieczytająca) „większość” swoje informacje zawdzięczała raczej opowieściom krążącym w obiegu ustnym. To właśnie dzięki nim tak wielu wierzyło w ocalenie monarchy.

SAMOZWAŃCY