Fot. Shutterstock
Jak najlepiej wyśmiać religię? Stworzyć własną, gdzie bogiem jest makaron, wodą święconą – piwo, a przykazania się wzajemnie wykluczają
W 2001 roku po spisie ludności Wielkiej Brytanii okazało się, że czwartym wyznaniem wyspiarzy jest religia Jedi z „Gwiezdnych wojen”. Opowiedziało się za nią 0,7% Brytyjczyków, więcej niż za buddyzmem i judaizmem.
Sztuczne systemy wierzeń (tzw. religie ateistów) cieszą się rosnącą popularnością, bo niewierzących przybywa. Zawierają możliwe do przyjęcia prawdy wiary, nakazy, zalecenia i są na tyle spójne, by móc uchodzić za prawdziwe systemy religijne. Powstają dla zabawy lub spełnienia czyichś fascynacji, jednak przeważnie parodiują lub profanują prawdziwe kulty i wyznania. Zasady wiary ukazują w takim kontekście, by okazały się absurdalne.
Podstawowym dogmatem wielu religii jest Bóg-Stwórca, Pierwszy Poruszyciel. W ideę nadistoty, będącej konstruktorem wszechświata, celuje Kościół Latającego Potwora Spaghetti, zwany też pastafarianizmem (ang. pasta, czyli makaron, i rastafarianizm). Religia powstała w 2005 roku, kiedy tocząca się debata o wprowadzeniu do nauczania, obok teorii ewolucji, teorii inteligentnego projektu wywołała iluminację u Bobby’ego Hendersona, czyniąc go prorokiem nowej wiary.
Latający Potwór Spaghetti, objawiający się jako poskręcany makaron na dwóch pulpetach, będący istotą najwyższą, przekazał prorokowi osiem przykazań „Naprawdę Wolałbym, Żebyś Nie”. Wyznał, że jest odpowiedzialny za podsunięcie ludzkości teorii ewolucji.
Znaczny rozgłos zyskała też wiara w Niewidzialnego Różowego Jednorożca, parodia wierzeń teistycznych. Bogini, która przyjmuje kształt jednorożca, jest paradoksalnie różowa i niewidzialna jednocześnie.
Z kolei Kościół Świętego Pączka szydzi z amerykańskich wyznań o prawicowej orientacji politycznej, a Landover Baptist Church to parodia ewangelikalizmu, baptyzmu i fundamentalistycznych odmian protestantyzmu.
Wiele z fikcyjnych religii swój rozwój zawdzięcza Internetowi, a konkretnie grupom dyskusyjnym. Tak było w przypadku parodiującej scjentologię Kibologii (Kibology), której nazwa pochodzi od Kibo – internetowego nicku Jamesa Parry’ego, twórcy religii.
Potęgę Internetu wysławia też interaktywizm: „Internet to dar zaprojektowany, by pomóc ludzkości w lepszej komunikacji, by stała się jednością”. Trudno odmówić iście ekumenicznego wydźwięku przesłania, mimo to Interaktywizm nie może równać się z Kościołem Google.
Firma znana ze swojej flagowej wyszukiwarki internetowej ogłosiła religię googlizm. Twierdzi, że dysponuje większą ilością dowodów na boskość Google niż któregokolwiek z tradycyjnych bogów. Otóż Google posiada największą bazę informacji, a więc jest jednostką najbliższą Wszechwiedzy. Ta wyszukiwarka jest wszechobecna i dostępna jednocześnie na całym świecie. Jest nieśmiertelna, gdyż w razie awarii jakiegoś serwera inny może go zastąpić. Jest nieskończona, bo teoretycznie Internet może rozrastać się bez końca. Odpowiada na modlitwy, nie czyni zła, pamięta wszystko i jest częściej wyszukiwanym terminem niż Jezus, Allach, Bóg, chrześcijaństwo, Budda. Na pytanie, kim jest szatan, jeśli bogiem jest Google, googlizm odpowiada złośliwie: Microsoft.
Gdyby jednak nie Internet był dla miłośnika komputerów najwyższą wartością, lecz przykładowo wolne oprogramowanie, Kościół Emacs z przyjemnością przygarnie zbłąkaną duszyczkę do wspólnoty. Nazwa wzięła się od edytora tekstu Emacs z systemu operacyjnego GNU i skupia jego zwolenników. Warunkiem przystąpienia jest trzykrotne wyznanie wiary: „Nie istnieje żaden system poza GNU, a Linux jest jednym z jego jąder” oraz posiadanie wolnego oprogramowania.
Skupianie osób o podobnym spojrzeniu na konkretne kwestie jest jednym z głównych założeń fikcyjnych religii. Tak jak w Kościele PodGeniuszu (Church of the SubGenius), który jest uważany za parodię religii jako koncepcji samej w sobie, niemniej stanowi pretekst do zabawy i nawiązywania relacji między podobnie myślącymi osobami.
Miłośnicy niezdrowego żywienia odnajdą się w KeDonalizmie – miejscami uświęconymi są tu sieci fast food, wodę święconą stanowi piwo Guinness, a „musli, niskokaloryczne jedzenie i zdrowe napoje są uważane za dzieło szatana i nie wolno ich tknąć”.
Religie fikcyjne powstają głównie po to, by zamanifestować jakąś ideę lub spełnić czyjeś ambicje. Inaczej jest w przypadku dyskordianizmu, który swoją nazwę zawdzięcza Discordii, rzymskiej bogini niezgody (jej greckim odpowiednikiem była Eris, toteż zamiennie używa się określenia Ruch Eryzejski). Święta księga tej pseudoreligii „Principia Diskordia” została spisana przez Malaklipsę Młodszego (Greg Hill) oraz Omara Khayyama Ravenhursta (Kerry Thornley). Podstawę wiary stanowi zbiór pięciu przykazań zwany „Pentachłamem”. O tym, że dyskordianizm czerpie ze wszystkich religii i obraca je w żart, świadczy na przykład trzecie przykazanie: „Każdy dyskordianin w początkowej fazie oświecenia powinien w każdy piątek udawać się w zaciszne miejsce w celu radosnego spożycia hot doga. Ta ceremonia jest jednocześnie aktem walki z popularnymi pogańskimi zabobonami: katolickiego chrześcijaństwa (niejedzenie mięsa w piątek), judaizmu (niejedzenie wieprzowiny), hinduizmu (niejedzenie wołowiny), buddyzmu (niejedzenie mięsa) oraz dyskordianizmu (niejedzenie bułek od hot dogów)”.
Największym „prorokiem” wśród pisarzy jest Kurt Vonnegut, którego aż dwie religie zyskały szerszy rozgłos: Kościół Zupełnie Obojętnego Boga i bokononizm. Pierwsza wiara pochodzi z powieści „Syreny z Tytana” i opiera się na dziękczynieniu Bogu za całkowity brak zainteresowania ludzkością i za wolność, jaką obdarzył swoje stworzenia. Z kolei bokononizm Vonnegut stworzył w „Kociej kołysce”. Wedle jego zasad ludzkie szczęście jest ważniejsze niż prawda, a wszystkie zasady bokononizmu są fałszywe.
Do tego samego worka można wrzucić i mitologię Cthulhu Lovecrafta, propagowaną przez Campus Crusade for Cthulhu, i wyznania pochodzące z seriali animowanych: religię Dragon Balla, Haruhizm z The Melancholy of Haruhi Suzumiya bądź Zachodnią Gałąź Amerykańskiego Zreformowanego Prezbiluteranizmu z Simpsonów. O ile azjatyckie twory nie mają na celu kpiny, o tyle amerykański serial jest parodią w czystej postaci. Idiotycznie długi tytuł sugeruje, że religia ta celuje w protestantyzm (połączenie nazw prezbiterianizm i luteranizm). Prześmiewczy jest nawet sam moment narodzin religii Simpsonów: „wieki temu prezbiluteranie oddzielili się od Kościoła katolickiego podczas Schizmy Lourdes, by bronić danego od boga prawa chodzenia do kościoła z mokrymi włosami”. Wśród filmów popularnością cieszą się głównie „Gwiezdne wojny”, z których wyciekła religia Jedi, jak również Kościół Ewoka, będący połączeniem chrześcijaństwa i Ewoków – prymitywnej rasy stworzeń z filmu Georga Lucasa.
Miłość fanów jest nieskończona. Potrafią kultem otoczyć nawet żywych. Golfista Tiger Woods stał się bożyszczem Pierwszego Kościoła Tigera Woodsa; dla postaci z kreskówki „Beavis&Butt-head” powstał Kościół Beavisa Chrystusa. Fani Elvisa Presleya założyli Pierwszy Kościół Jezusa Chrystusa Elvisa. Boskości swego idola dowodzą, twierdząc, że „Elvis tak umiłował świat, że umarł gruby i opuchnięty w łazience. Znacząco nie zmartwychwstał trzy dni później, ale był za to widziany w różnych miejscach świata przez gospodynie domowe”.
Elvisowcy nie mogą jednak równać się z Kościołem Maradony. Ta powołana do życia w 1998 roku religia oddaje cześć argentyńskiemu piłkarzowi Diego Maradonie, którego sławi jako najlepszego piłkarza wszech czasów. Religijnym znakiem jest „D10S” (hiszp. Dios – bóg i 10, czyli diez – nr koszulki Maradony). Jak mówi jeden z założycieli Alejandro Verón: „Mam racjonalną religię i jest to Kościół rzymskokatolicki oraz mam religię, która płynie przez moje serce, pasję, i to jest Dieo Maradona”.
KRYZYS AUTORYTETU |
Autor jest z wykształcenia politologiem i dziennikarzem, publikował m.in. w „Metropolu”, zajmuje się tematyką religijną i obyczajową.
Możesz dodać ten artykuł do listy swoich ulubionych artykułów.
artistique napisał(a):
Jestem przekonana, że religie krępują umysł i utrudniają poznanie świata. Opowiadam się po stronie wolnomyślicielstwa, intelektualnej otwartości.
Osobiście nie mam pojęcia jak to jest po śmierci i na dobrą sprawę jestem przekonana, że nikt z nas żyjących wiedzieć tego nie może. Byłoby o wiele łatwiej gdybyśmy wszyscy zdali sobie sprawę z takiego stanu rzeczy.
Gdyby tylko więcej osób miało podobne podejście do tematu religii... Z drugiej strony religia pozwala w wielu przypadkach ubarwić ten nierzadko nienasycony kolorami świat. Ale to jedynie w tych zdrowych przypadkach, kiedy wiara nie wykracza poza granice postępowania jednostki.
Nie mam zupełnie nic przeciwko religii, jeżeli jest sprawą prywatną każdego jednego. A to co widzimy w mediach, na ulicach, jest zdecydowanie przesadzone. Cóż, religia = kasa (w zdecydowanej przewadze przypadków, niestety) i to nie tylko dzisiaj, czy wczoraj. Ludzie od zawsze byli po prostu skłonni kupować to, co właściwie mogą mieć za darmo. A że ze swoich ciężko zarobionych pieniążków utrzymują również wielkie religijne instytucje, to już kwesta zupełnie poboczna.
Pozdrawiam serdecznie
Jestem przekonana, że religie krępują umysł i utrudniają poznanie świata. Opowiadam się po stronie wolnomyślicielstwa, intelektualnej otwartości. Osobiście nie mam pojęcia jak to jest po śmierci i na dobrą sprawę jestem przekonana, że nikt z nas żyjących wiedzieć tego nie może. Byłoby o wiele łatwiej gdybyśmy wszyscy zdali sobie sprawę z takiego stanu rzeczy.
Ja tam na przykład wierze w wolność słowa;p i raczej uważam krytykę za pozytywne zjawisko, któro ni jak się ma do dyskryminacji.
Copyright 2008 Gruner + Jahr Polska
Źródło: Focus.pl
Adres wersji on-line: http://www.focus.pl/cywilizacja/zobacz/publikacje/pod-wezwaniem-sw-parodii/