9 mitów o nietrzymaniu moczu

Krystyna Romanowska

Dziennikarka. Współautorka, wraz z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem, książek "O miłości" i "O mężczyźnie".

Na tę chorobę cierpi 10–15 proc. kobiet w wieku 20–30 lat i prawie co druga pani po pięćdziesiątce. Wbrew pokutującym mitom dolegliwości nie mijają same – można im zapobiegać i skutecznie je leczyć

1. Leczenie nietrzymania moczu jest zbędne lub nieskuteczne

To jeden z bardziej szkodliwych mitów, który sprawia, że kobiety zamiast iść do lekarza czy fizjoterapeuty poprzestają na kupieniu wkładek higienicznych i uważają, że mają problem z głowy. „Z moich badań wynika, że największą barierą niepozwalającą chorym szukać pomocy jest – oprócz strachu i wstydu – przekonanie, iż ta dolegliwość jest stanem przejściowym, który sam minie. Tak myślała prawie połowa uczestniczek badania. Kolejne 46 proc. uznało nietrzymanie moczu za normalne zjawisko związane ze starością, którego się nie leczy” – mówi Urszula Wójtowicz, doktorantka na Wydziale Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum, specjalizująca się w problemie nietrzymania moczu, założycielka fundacji Force Feminite. Prawda leży pośrodku: im szybciej zacznie się ćwiczenia mięśni dna miednicy, tym szybsze będą efekty. Jednym z krajów, który doskonale radzi sobie ze wsparciem pacjentek z tym schorzeniem, jest Francja. Po porodzie każda kobieta przechodzi obowiązkową rehabilitację z położną w ośrodku. Wykonuje też ćwiczenia samodzielnie w domu. Dostaje potem zaświadczenie, że odbyła obowiązkową rehabilitację. Kiedy kilka–kilkanaście lat później wejdzie w okres menopauzy, spadnie u niej poziom estrogenów, co może doprowadzić do niekorzystnych zmian w obrębie dna miednicy. Wtedy kobieta posiadająca zaświadczenie ma refundowane wszystkie zabiegi i operacje. Jeżeli nie przeszła obowiązkowej rehabilitacji – musi płacić z własnej kieszeni.

2. Laseroterapia skutecznie leczy tę dolegliwość

Na Zachodzie ta terapia nie jest uznawana za metodę leczenia kłopotów z nietrzymaniem moczu. Wciąż trwają badania nad jej wykorzystaniem. „W Polsce nie ma uniwersalnej terapii, ale także nie ma kompleksowego podejścia do problemu. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne uważa, że pierwszym rzutem powinna być terapia zachowawcza, czyli rehabilitacja ewentualnie uzupełniona farmakologią. Jeżeli to nie przynosi efektów, można przeprowadzić operację. Niestety, rzeczywistość jest inna: kobiety zbyt szybko i zbyt często kierowane są na inwazyjne zabiegi” – mówi Urszula Wójtowicz. Powód jest prosty: operacja jest refundowana przez NFZ, a ćwiczenia nie. Na dodatek każdy fizjoterapeuta zaleca inne ćwiczenia i stosuje różne techniki lub zabiegi – nie zawsze te o potwierdzonej skuteczności.

3. Nietrzymanie moczu to jedyne schorzenie związane z mięśniami dna miednicy

Niestety, jest ich więcej. Należą do nich brak satysfakcji z seksu (uczucie nadmiernego „luzu” w pochwie, trudności w osiągnięciu orgazmu), bóle krocza lub dolnej części pleców, sztywność karku i zmiany zwyrodnieniowe stawów biodrowych (wywołane niestabilnością odcinka lędźwiowo-krzyżowego kręgosłupa), zaburzenia w funkcjonowaniu okolic odbytu (zaparcia, hemoroidy, nietrzymanie stolca), obniżenie narządów moczowo-płciowych i końcowego odcinka jelita (w skrajnych wypadkach grożące ich wypadaniem).

4. Problem dotyczy wyłącznie „mięśni Kegla“

To określenie jest zwięzłe, krótkie i powszechnie stosowane. Niestety, ma niewiele wspólnego z fizjologią. „70 lat temu Arnold Kegel pierwszy raz opisał mięśnie dna miednicy. Ale tak naprawdę zwrócił uwagę na jeden: łonowo-guziczny” – tłumaczy Urszula Wójtowicz. Zasługi Kegla są nie do przecenienia: to on zauważył, że ćwiczenie tego mięśnia powoduje zmniejszanie się objawów nietrzymania moczu u kobiet, i stworzył podstawy rehabilitacji tej dolegliwości. Jednak późniejszy rozwój nauki pokazał, że mięśni dna miednicy jest więcej. Ich układ przypomina kształtem lejek przytwierdzony do rusztowania, jakie tworzą kości miednicy. Taka struktura jest źródłem problemów. U naszych odległych czworonożnych przodków narządy wewnętrzne leżące w jamie brzusznej i w obrębie miednicy były podtrzymywane przez mięśnie brzucha. Gdy człowiek stanął na dwóch nogach, sytuacja się zmieniła. Cały ciężar, który wcześniej rozkładał się na dość dużej powierzchni brzucha, skupił się na stosunkowo niewielkim obszarze zajmowanym przez mięśnie w dolnej części miednicy.

5. Kobiety uprawiające sport mają silne mięśnie dna miednicy

Biegaczki, koszykarki czy baletnice też skarżą się na nietrzymanie moczu. Dlaczego? Podczas biegania, ćwiczeń, ale także np. podczas kaszlu czy podnoszenia ciężkich przedmiotów, następuje wzrost ciśnienia w jamie brzusznej. Jeżeli mięśnie dna miednicy nie są na tyle mocne, żeby powstrzymać ten nacisk, przenosi się on na pęcherz i jego zawartość. To z kolei osłabia zwieracz cewki moczowej, wywołując nietrzymanie moczu. Dlatego wszystkie kobiety uprawiające sporty powinny profilaktycznie wzmacniać te mięśnie. Norweska uczona Karin Bo przebadała 1473 instruktorów z trzech największych centrów fitness w swoim kraju. Objawy nietrzymania moczu wykryła u 26 proc. instruktorek fitness i takiego samego odsetka nauczycielek jogi i pilatesu. W Brazylii porównano kobiety ćwiczące pilates z tymi prowadzącymi siedzący tryb życia. Okazało się, że ich mięśnie dna miednicy były w takim samym stanie.

  • Kategoria: Człowiek
  • Data:
  • Źródło:
    • Focus Medycyna 3/2016
  • c
Komentarze