Bank, który zawsze wygrywa

Zbudowana na bezwzględnej lojalności i wysokich zarobkach korporacyjna solidarność stanowi fundament sukcesu jednego z największych finansowych gigantów świata. „Robimy robotę Boga” – szczyci się Lloyd Blankfein, prezes banku Goldman Sachs.

Czytaj także: Bogłusław Wołoszański: Finansowi Czarodzieje

O„najlepszym i najgorszym banku na świecie” na nowojorskiej giełdzie mówi się krótko „Firma”. Goldman Sachs obsługuje państwa, wielkie korporacje, holdingi hedgingowe (przedsiębiorstwa finansowe utrzymujące się ze spekulacji) i spekuluje na swój rachunek, korzystając z pieniędzy klientów. Jego aktywa są 9 do 12 razy większe od rocznych dochodów całości polskiego budżetu.

„Firma” uchodzi za kulturowy model współczesnej cywilizacji, w której zysk ma znaczenie niemal religijne. Porządnej sumki mogą w Goldman Sachs dorobić się nawet sprzątaczki. Zarabiają oczywiście na sprzątaniu (150 tys. dolarów rocznie) i… milczeniu na temat wewnętrznego życia „Firmy”. Lojalność to bowiem w Goldman Sachs wartość najwyższa. Nic więc dziwnego, że proces rekrutacji pracowników składa się z dwudziestu rozmów kwalifikacyjnych, które według relacji mediów przetrzymać mogą jedynie psychopaci. Kandydaci na lojalnych członków korporacji nie dość, że muszą mieć zadatki na geniuszy matematyki lub giełdowego tradingu, to jeszcze czeka ich łańcuch rozmów i testów, których celem jest sprawdzenie poprawności i szybkości podejmowania decyzji w konkretnych, symulowanych sytuacjach rynkowych. Kandydaci muszą też wykazać umiejętności konkurowania i współpracy jednocześnie (muszą być ciągle lepsi od kolegów, bez których nie osiągnęliby celu). Chętnych nie brakuje, bo od 1998 roku Goldman Sachs utrzymuje się w czołówce zestawienia najlepszych pracodawców świata magazynu „Fortune”. W 2012 roku w „Firmie” zatrudnionych było ponad 32 tys. osób.

Test na milionera, posadka dla premiera

Ci, którzy przedrą się przez rekrutacyjne sito, wcale nie mają lekko. Nowo przyjętych pracowników poddaje się rozmaitym próbom: np. w piątek po południu zwołuje się ich do sali konferencyjnej i każe czekać na zwierzchnika. Około 18.00 niektórzy zaczynają się niecierpliwić, około 21.00 narzekać. Szef zjawia się o 23.00 i sprawdza listę obecności – ci, którzy zdecydowali się wyjść, od poniedziałku szukają nowej pracy. Oddanie „Firmie” musi być całkowite, ale nie ślepe. Traderzy przechodzą więc tzw. testy zimnej krwi albo testy oceny ryzyka. Pracownikowi pozwala się wówczas na podjęcie wyraźnie zbyt dużego ryzyka – jeśli z niego skorzysta, może stracić pracę, nawet gdy zarobi dla banku pieniądze. Jeśli w końcu któryś z tysięcy rozsianych po wszystkich kontynentach pracowników Goldman Sachs nie stanie się milionerem w ciągu trzech lat, to znaczy, że rekrutacja była porażką.

W sumie dorobienie się fortuny nie jest trudne, bo oprócz premii rocznych, zwanych w środowisku „bonusami”, są też kwartalne, miesięczne i „zadaniowe”. Zarabiając przy tym na spekulacjach walutami, cenami surowców, na kontraktach między firmami czy na doradztwie inwestycyjnym, podobno aż 90 proc. pracowników operacyjnych „Firmy” dorabia się milionów.

Politycy, których bank chętnie zatrudnia, pracują natomiast na zupełnie innych warunkach. „Firmę” stać, by zatrudniać byłych premierów i prezydentów, choć z reguły z tzw. krajów peryferyjnych (tu dobrym przykładem może być były polski premier Kazimierz Marcinkiewicz, który doradzał finansowemu gigantowi przez 4 lata) lub Trzeciego Świata. Nie uczestniczą oni w działaniach operacyjnych, zajmują stanowiska doradcze – cenna jest ich wiedza na temat lokalnej gospodarki i znajomość ludzi z najwyższych kręgów władzy.

Najbardziej wartościowi politycy to jednak nie ci, którzy do „Firmy” przychodzą, lecz ci, którzy z niej wychodzą – niczym ze specyficznego uniwersytetu – by zająć stanowiska państwowe w krajach wysoko uprzemysłowionych lub w organizacjach międzynarodowych. Byli pracownicy banku obsadzają dziś stanowiska szefów banków centralnych, np. Europejskiego Banku Centralnego, komisji nadzoru giełdy SEC, a nawet są szefami rządów – jak premier Włoch Mario Monti. Można powiedzieć, że są jak wielka rodzina – spotykają się co roku w Nowym Jorku i każdy z nich zawsze może do „Firmy” wrócić. Pod warunkiem oczywiście, że pozostawał wobec niej lojalny.

Klienci jak jelenie

Fabrice Tourre był jednym z młodych wilków „Firmy”. Jako zdolny matematyk i absolwent uniwersytetu Stanforda Francuz pomagał stworzyć  i prowadził jeden z produktów finansowych Goldman Sachsa o nazwie Abacus, który grupował najbardziej ryzykowne kredyty. Bank sprzedawał go klientom z ratingiem AAA, zarezerwowanym dla najpewniejszych inwestycji, wiedząc jednocześnie, że są nic niewarte. To znaczy przynajmniej odpowiedzialny za Abacusa Fabrice Tourre to wiedział. Kiedy nad „Firmą” zaczęły zbierać się czarne chmury, dyrekcja banku sama dostarczyła sądom jego e-maile do narzeczonej, w których „Fantastyczny Fab”, jak nazywano go na Wall Street, chwalił się, jak „bajecznie” nabierał kupców. Jednocześnie bank opłacał jego adwokatów w kosztownym procesie, Tourre nie mógł więc „wsypać” dyrekcji. Dla Goldman Sachs afera skończyła się półmiliardową karą – tyle bank musiał zapłacić za odstąpienie od procesu. Stracił tyle, ile zyskuje w niecałe dwa tygodnie, lecz dla sądów Tourre pozostał jedynym winnym.

Solidarność wewnątrzkorporacyjna jest tak ścisła, że do tej pory tylko jeden pracownik zdecydował się ją złamać. W ubiegłym roku wieloletni dyrektor działu derywatów Greg Smith opublikował w „New York Times” list otwarty „Dlaczego odchodzę z Goldman Sachs”. Ujawnił e-maile wymieniane między innymi z dyrektorami, klientów regularnie nazywano tam „jeleniami”. Narzekał, że aktualni szefowie „Firmy” Lloyd Blankfein i Gary Cohn „pogrzebali kulturę firmy”. Kultura ta od zawsze była jednak bardzo specyficzna.

Zysk ponad wszystko

To między innymi spekulacjom Goldman Sachsa Ameryka zawdzięcza ostatni kryzys, powstały w wyniku eksplozji bańki kredytowej w 2007 roku. Bank ma także swój udział w zapaści strefy euro. To eksperci „Firmy” uczyli Greków, jak prowadzić kreatywnie państwową księgowość, by instytucja europejska powołana do jej kontroli (Eurostat) nie mogła się połapać, że zadłużenie kraju osiąga niebezpieczny pułap.

  • Kategoria: Człowiek
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze