Czemu udawać orgazm?

Krystyna Romanowska

Dziennikarka. Współautorka, wraz z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem, książek "O miłości" i "O mężczyźnie".

Czy nasze i tak skomplikowane życie seksualne stanie się w przyszłości jeszcze trudniejsze? Naukowcy wieszczą, że kobiety coraz częściej będą udawać orgazm

Dlaczego kobiety udają orgazm? Odpowiedzi na to pytanie szukał zespół psychologów z Oakland University. Naukowcy znaleźli aż 63 szczegółowe powody i trzy główne strategie. Pierwsza to brak zainteresowania seksem. Partnerka kompletnie nie jest zainteresowana relacją seksualną – stale lub czasowo – i udaje orgazm, aby stosunek jak najszybciej się skończył.

Po drugie może chodzić o manipulację, a nawet oszustwo. „Poudaję, że mam orgazm, a w nagrodę wyjedziemy na wspaniałe wakacje”. Albo: „udawanie orgazmu powoduje, że nie czuję się taka całkiem do niczego”.

Trzecia strategia wydaje się paradoksalna – chodzi o... chęć pomocy partnerowi. Kobieta jęczy z rozkoszy, bo jest świadoma, że jemu nigdy nie uda się do- prowadzić jej do orgazmu, a nie chce mu robić przykrości. W rzeczywistości chodzi więc o utrzymanie związku.

W badaniu wzięło udział prawie trzysta kobiet, które przyznały się naukowcom, jak często w życiu stosowały i stosują określone strategie. Naukowcy nie byliby sobą, gdyby nie zaczęli się zastanawiać, jak sprawa będzie się miała w przyszłości. I doszli do wniosku, że nie mają dobrych wiadomości. Udawanych orgazmów może być coraz więcej. Dlaczego? Z powodu coraz bardziej skomplikowanych relacji i nietrwałych związków. Nie bez znaczenia jest także fakt, że coraz więcej par bezskutecznie stara się o dziecko: ich seks dawno temu przestał być spontaniczny i wypełniony orgazmami.

Szacuje się, że połowa kobiet na pewnym etapie życia przez dłuższy czas udaje orgazm. Wiele par uprawia seks pod wpływem alkoholu (i to dużych ilości), a jak wiadomo – alkohol opóźnia lub nawet kompletnie uniemożliwia osiągnięcie orgazmu.

Kobiecy penis

Z kobiecym orgazmem zawsze były kłopoty z prostego powodu: łechtaczka i pochwa są ukryte. Nie tak łatwo stwierdzić, czy się powiększają i stają się bardziej ukrwione, co jest znakiem orgazmu. Z penisem jest łatwiej, bo jest widoczny.

Jak podkreśla Anna Moderska, edukatorka seksualna, seksuologia długo nie potrafiła dokładnie umiejscowić źródła kobiecej rozkoszy. Łechtaczka położona na zewnątrz pochwy (u wielu kobiet dość daleko od wejścia) była traktowana jako „coś do gry wstępnej”.W sumie więc nie wiadomo było, skąd w czasie penetracji orgazm u kobiet. Teorii powstało wiele. – W praktyce każda kobieta ze względu na rozmaite uwarunkowania, zarówno anatomiczne, jak i społeczne czy psychologiczne, wybiera własną strategię, jeśli chodzi o seks i szczytowanie – wyjaśnia Moderska. – Jedne orgazmów się uczą, inne – ponieważ nie wiedzą, co robić i jak, spisują szczytowanie na straty. Często nawet jeżeli same umieją się doprowadzić do orgazmu, nie podejmują wysiłku, by nauczyć tego partnera. A niektórzy partnerzy nie są zainteresowani tym, żeby dowiedzieć się, czego chciałaby partnerka.

Kobiecy orgazm długo był bagatelizowany. Wszystko zmieniło się od czasów Alfreda Kinseya i jego raportu o seksualności, ogłoszonego na przełomie lat 40. i 50. XX wieku.

Mimo wielu książek i doniesień naukowych na ten temat zdaje się jednak, że ludzkość nie jest ani odrobinę mądrzejsza niż sześćdziesiąt lat temu. Wystarczy popatrzeć na tytuły w kolorowych czasopismach. Niedawno portal „I fucking love science” wziął na warsztat prasę męską. „Jak dać jej Wielki Koniec, na który zasługuje”, „Daj jej orgazm w piętnaście minut”, „Cztery zmysłowe sposoby na przyśpieszenie jej orgazmu”, „Jak ją zadowolić, ale nie stracić całej nocy?” – to tylko niektóre tytuły odzwierciedlające pogoń za kobiecą rozkoszą. Tytuły w prasie kobiecej skupiają się dla odmiany na ciągłym niespełnieniu i niezadowoleniu: „Osiem powodów, dla których nie jesteś w stanie osiągnąć orgazmu”, „Dziesięć faktów, których faceci nie rozumieją o orgazmie kobiecym”, „Sposoby na to, żeby osiągnąć orgazm razem”.

Po co kobiecie orgazm

Mechanizm powstawania orgazmu jest w rzeczywistości dosyć prosty. W momencie podniecenia krew napływa do narządów płciowych, w tym łechtaczki, która zaczyna wypełniać się krwią i pęcznieć. Po ok. 30 sekundach gruczoły przedsionkowe pochwy zaczynają wydzielać naturalne substancje nawilżające. Wraz z intensywnością stymulacji zaczyna twardnieć trzon łechtaczki. Następują też rytmiczne i coraz szybsze skurcze mięśni i wiązadeł przytwierdzających łechtaczkę do spojenia łonowego. W momencie orgazmu mięśnie kurczą się, a krew z łechtaczki wraca do krwiobiegu. Największą tajemnicą orgazmu jest stymulacja: każda kobieta potrzebuje innej. Nie ma jednego wzorca doprowadzania kobiety do orgazmu.

Długo debatowano także nad tym, po co kobietom orgazm. Biolodzy, przede wszystkim ewolucyjni, zastanawiali się nad tym problemem przez lata. I zdaje się, że tajemnica została odkryta. W sierpniowym „The Journal of Experimental Zoology” czytamy, że orgazm był sposobem na uwolnienie się zapłodnionych jajeczek po stosunku seksualnym. Mihaela Pavlicev, biolog ewolucyjny z University of Cincinnati College of Medicine i autorka prac dotyczących kobiecego orgazmu, podkreśla, że do tej pory naukowcy – pochylając się nad tym zagadnieniem – zajmowali się tylko naczelnymi. Tymczasem trzeba było sięgnąć głębiej do ewolucji. O ile męski orgazm jest ściśle powiązany z wytryskiem, o tyle skurcze pochwy wcale nie są niezbędne do zajścia w ciążę. Poprzednie teorie głosiły, że być może intensywność orgazmu zwiększa możliwość zapłodnienia. Zwolennikiem tego poglądu był David A. Puts, antropolog ewolucyjny z Pennsylvania State University, który przeprowadzał badania, jak orgazm może zwiększyć szanse zapłodnienia u kobiet podczas seksu z genetycznie atrakcyjnym mężczyzną. Te badania nie doczekały się jednak przekonującego uzasadnienia i spotkały się z mocną krytyką m.in. filozofki Elisabeth A. Lloyd z Uniwersytetu Indiana, która stwierdziła: „najlepszym wyjaśnieniem fenomenu orgazmu kobiety jest fakt, że nie pełni on żadnej funkcji. I tak jest dobrze”.

Okazuje się jednak, że zarówno Mihaela Pavlicev, jak i jej kolega Günter P. Wagner z Uniwersytetu Yale mogą rzucić nowe światło na tajemnice kobiecego orgazmu. Sięgnęli po stare publikacje dotyczące mrówkojadów i koali, aby lepiej poznać życie seksualne ssaków. Zauważyli, że samice uwalniają komórkę jajową pod wpływem oksytocyny i prolaktyny, hormonów wydzielanych podczas seksu (u kobiet podczas orgazmu) i wtedy może ona zostać zapłodniona. U człowieka komórka jajowa uwalnia się raz w miesiącu, ale być może kiedyś orgazm pomagał w uwalnianiu gotowej do zapłodnienia komórki jajowej – i do tego służyła łechtaczka. Dopiero w toku ewolucji oddzieliła się od pochwy, a orgazm jako „iskra zapalająca” to pozostałość po zapomnianej funkcji tego organu.

Oznacza to, że orgazm był pierwotną reakcją wspomagającą zajście w ciążę. Taki układ dobrze funkcjonował do czasu: od kiedy samice i samce ssaków naczelnych w toku życia społecznego zaczęły mieć regularny dostęp do seksu, funkcja owulacyjna orgazmu przestała być użyteczna. Powstał nowy system: uwalnianie jaja w regularnym miesięcznym cyklu. I wtedy łechtaczka odsunęła się od swojej pierwotnej funkcji. Dosłownie i w przenośni – bo odsunęła się także od pochwy.

Szczytowanie w przyszłości

Nie podoba wam się naukowa prognoza coraz częściej udawanych orgazmów? Anna Golan, seksuolożka i psychoterapeutka uspokaja. – Nie niepokoiłabym się tak bardzo tymi prognozami. Rzeczywiście, wiele osób i par skarży się na poczucie zawodu czy frustracji wynikające z rozziewu między ich życiem intymnym a wizją seksu prezentowaną np. w mediach – mówi Golan. – Ale jednocześnie coraz częściej można usłyszeć, że orgazm wywołany przez stymulację łechtaczki jest tak samo »normalny«, jak ten osiągany poprzez stosunek. Wydano mnóstwo poradników o tym, jak nauczyć się sprawiać sobie przyjemność, poznawać swoje ciało i wreszcie doświadczać orgazmu. Udawanie zamyka te możliwości. Dlatego coraz więcej kobiet ma odwagę mówić o tym, że chcą doświadczyć orgazmu.

Jak podkreśla Anna Moderska, ludzie decydują się na związki z wielu powodów. Czasem seks zwyczajnie nie jest najważniejszy. I być może w takich relacjach zostanie on na takim samym poziomie jak teraz. – Nasze emocje niespecjalnie ulegną zmianie, więc zakładam, że udawanie z litości też się nie zmieni, o ile kobiety nie nauczą się z partnerami rozmawiać, a obie strony nawzajem się szanować – podkreśla Anna Moderska. – Ale nie spodziewałabym się zwiększania odsetka kobiet udających szczytowanie. Kobiety mają coraz większą świadomość własnej seksualności. Związki są krótsze niż kilka dekad temu – ludzie szybciej się rozstają, łatwiej szukać partnera, który da nam satysfakcję również w sferze seksualnej.

Andrzej Gryżewski, psychoterapeuta i seksuolog z poradni CBT, ma nieco inną wizję. – Może nie wszyscy będą udawali, ale rośnie populacja udających. Na dłuższą metę udawanie przynosi bolesne straty, ale na krótką – daje duże korzyści. A ponieważ dzisiejsze relacje są krótkotrwałe, niewielu ludzi myśli o budowaniu więzi, także seksualnej, na rozmowach o swoich odczuciach czy pragnieniach – mówi Andrzej Gryżewski. I przestrzega: – Udawanie orgazmu wymaga od kobiety zmuszania się, działania wbrew sobie. To jak gwałt na samej sobie, często tak właśnie kobiety to opisują. Ma to niszczące skutki dla ciała, duszy i samooceny.

No i także dla związku. Wcześniej czy później – jak podkreślają seksuolodzy – w czasie awantury kobieta wykrzyczy mężczyźnie, że on nie jest w stanie dać jej rozkoszy. Trudno o bardziej raniące słowa.

Na wyżyny satysfakcji

Czy kobiety w gabinetach seksuologicznych przyznają się do udawania orgazmu i potrafią

powiedzieć, dlaczego to robią? – Udają, bo się wstydzą, czują się gorszymi kochankami z powodu braku spektakularnego orgazmu. Potem pytają terapeutę, jak się z tej sytuacji wyplątać – czy przyznawać się partnerowi? Jak mu powiedzieć, że coś było nie tak, skoro wydawałam się usatysfakcjonowana? To trudna sytuacja, kobieta słusznie obawia się, że partner może poczuć się oszukany – mówi Anna Golan. – Kobiety przychodzą po pomoc, bo udawany seks jest najgorszym, jaki można sobie wyobrazić. Kiedy nie odczuwamy tak, jak wydaje nam się, że powinniśmy, nie warto grać czy zmuszać się do czegokolwiek. Masz prawo czasem nie mieć orgazmu albo nie mieć go wcale na jakimś etapie życia lub związku. Negatywne odczucia nie są potrzebne, lepiej zadać sobie pytanie – co mogę zmienić? Czy całe zbliżenie jest dla mnie przyjemne? Czego oczekuję od seksu i co mnie rozprasza, odciąga od przeżywania przyjemności?

Andrzej Gryżewski mówi, że jego pacjentki potrzebują czasu, niekiedy kilku, innym razem kilkunastu sesji, by o tym powiedzieć. – Mężczyźni bardziej szczerze o tym mówią. A nierzadko ci po trzydziestce czy czterdziestce zaczynają udawać orgazmy z tych samych powodów, co kobiety. Coraz częściej słyszę od kobiet, że wypatrują, czy ich partner miał wytrysk, czy znowu oszukał.

Seksu uczymy się przez całe życie. – Gdybyśmy przyjmowali postawę ucznia lub badacza w seksie, moglibyśmy rozmawiać o nim bez poczucia wstydu. Wstyd rodzi się z lęku przed porażką. Z bycia niekompetentnym – nie dość pięknym, sprawnym, zmysłowym. Jeśli idziemy po przygodę i uczymy się, rozumiemy, że coś może się nie udać, ale i tak będzie dobrze – uważa Anna Moderska.

Kluczem do pokonywania wstydu w seksie jest otwartość na relację seksualną z partnerem i na nią lub niego samego. Jeśli oboje partnerzy oprócz pragnienia zrealizowania własnego popędu chcą odkryć drugą osobę, poznać ją i jej seksualność, otwartość na rozmowę pojawia się sama, a to pomaga uczyć się przeżywania i dawania rozkoszy. Znacznie łatwiej robić to na początku relacji.

Andrzej Gryżewski podkreśla: – Dobra komunikacja, ciepły związek, pozytywne podejście do własnego ciała oraz umiejętność rozwiązywania konfliktów wewnętrznych potrafią wznieść na wyżyny satysfakcji seksualnej.

 

  • Kategoria: Człowiek
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze