Kryminalne zagadki całunu

Jan Stradowski

Szef działu nauki „Focusa”, z wykształcenia lekarz medycyny, z zamiłowania biolog i przyrodnik. W Radiu TOK FM prowadzi audycje „Człowiek 2.0”. Więcej – www.stradowski.net.

Adam Węgłowski

Miłośnik antyku, dziennikarz, wieloletni redaktor „Metropolu”.

Nie wiadomo, czyje ciało okrywał, ale na pewno nie Jezusa z Nazaretu. Wizerunek z całunu turyńskiego można było odbić, sfotografować lub wypalić prądem elektrycznym – twierdzą badacze

Zabytkowa tkanina przechowywana w Turynie nie jest całunem, w który zawinięto ciało Chrystusa – ogłosił pod koniec ubiegłego roku międzynarodowy zespół uczonych. Udało im się przebadać doskonale zachowane płótno pogrzebowe pochodzące z I w. n.e., odkryte w grobowcu na skraju jerozolimskiego Starego Miasta. Okazało się, że tkanina ma bardzo prostą strukturę – zupełnie inną niż złożony splot włókien w całunie turyńskim. A to wskazuje, że jeden z najcenniejszych zabytków chrześcijaństwa powstał dużo później. I wiemy nawet, kiedy – datowanie radiowęglowe przeprowadzone w 1988 roku w trzech niezależnych instytucjach wskazuje na lata 1260–1390. Innymi słowy – całun turyński to średniowieczna „fałszywka”. Jednak naukowcy do dziś głowią się, jak udało się ją wyprodukować. Trudno byłoby namalować taki obraz pędzlem, zachowując wyjątkowo dużą rozdzielczość, niespotykany realizm i pewną trójwymiarowość: wizerunek jest odpowiednio ciemniejszy w miejscach uwypuklenia ciała. Niewykluczone więc, że całun faktycznie okrywał w średniowieczu czyjeś ciało, które odbiło się na nim – ale nie w sposób cudowny, lecz dzięki całkowicie naturalnym zjawiskom chemicznym i fizycznym.

Historia całunu jest dobrze znana od połowy XIV w., co doskonale koresponduje z datowaniem radiowęglowym. Wtedy to tkaninę zaczęto wystawiać we francuskim Lirey. I już wówczas część duchowieństwa uznała ją za fałszerstwo. Biskup Pierre de Arcis stwierdził, że to „zręczne malowidło”, „dzieło człowieka, a nie cud”. Przeprowadzono nawet śledztwo w tej sprawie i rzekomo odnaleziono sprawcę. Nie wiadomo tylko, czy użyto metod śledczych godnych zaufania i jakie było imię tajemniczego fałszerza. Na pewno nie był to Leonardo da Vinci – jak fantazjują niektórzy badacze – ponieważ całun turyński wystawiano, zanim jeszcze ten geniusz pojawił się na świecie. Wiadomo natomiast, że w tamtych czasach istniało wielkie zapotrzebowanie na różnego rodzaju święte wizerunki. Świat chrześcijański walczył z niewiernymi o Ziemię Świętą. „Cudowne” obrazy były wykorzystywane jako swoista broń psychologiczna w czasie działań militarnych, zaś w Europie służyły do mobilizacji wiernych i nakłaniania ich do hojniejszego wspierania świętej wojny. Technika wytwarzania takich relikwii musiała być już wówczas dobrze znana – pierwsze „prawdziwe obrazy” (z łacińskiego vera icon) przedstawiające twarz Jezusa krążyły po Bizancjum już w drugiej połowie VI w.! Niestety, żaden z nich nie zachował się do naszych czasów.

PODRÓBKA PROSTO Z PIECA

Uczonym pozostaje więc tylko badanie całunu turyńskiego. W 1978 r. powołano w tym celu ekipę, która została nazwana Shroud of Turin Research Project (w skrócie STURP). W jej skład wchodził m.in. nieżyjący już Walter McCrone – amerykański chemik, specjalista od badań mikroskopowych. Na przełomie lat 70. i 80. oznajmił, że wykrył na lnianej tkaninie całunu m.in. ślady stosowanych w średniowieczu barwników – czerwonej ochry (bogatej w związki żelaza) oraz cynobru (zawierającego siarczek rtęci). Pierwszy z nich miał posłużyć do odbicia wizerunku ciała, drugi do sfałszowania plam krwi, które na całunie do dziś są czerwone (ludzka krew z biegiem czasu staje się czarna). Teorię McCrone’a natychmiast oprotestowali inni uczeni, zwłaszcza ci zaangażowani w STURP.

Teoria ta doczekała się jednak eksperymentalnego potwierdzenia. W 2009 r. prof. Luigi Garlaschelli, chemik z Universita degli studi di Pavia, pokazał światu własny całun turyński. Wyprodukowanie go technikami znanymi w średniowieczu zajęło mu tydzień. Czerwoną ochrą natarł ochotnika (swojego studenta, przebranego ponadto w maskę imitującą twarz z całunu turyńskiego) i owinął go płótnem, przyciskając je mocno do ciała. Następnie zdjął tkaninę i „postarzył” uzyskane na niej odbicie przez podgrzanie w piecu. Potem wyprał całun – zmył z niego ochrę, ale nie utrwalony już wizerunek. Na koniec prof. Garlaschelli dodał ślady po krwi, plamy wilgoci, a nawet wypalone dziury (w 1532 r. oryginalny materiał omal nie został zniszczony w pożarze). „Dowiedliśmy, że bez trudu można stworzyć coś takiego jak całun turyński” – powiedział, prezentując swe dzieło mediom. Wizualnie do złudzenia przypomina ono płótno z Turynu. Nie jest jednak kopią doskonałą. Krytycy wskazują choćby na fakt, że plamy krwi pojawiły się na oryginalnym płótnie, zanim utrwalił się na nim sam wizerunek. Poza tym zabarwiona została tylko „zewnętrzna” powierzchnia włókien tkaniny, a ochra zapewne przeniknęłaby przez nie „na wylot”.

FOTOGRAFIA NA ŚLIMAKACH

  • Kategoria: Człowiek
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze