DOM SZEPTOW
Czyli zniknięcie Jima Thompsona
Przyczynek do historii Bangkoku
Dom nad kanałem
Do tego słynnego domu należy przejechać taksówką większość starego Bangkoku. Od mętnej rzeki Chao Phraya, po której pływają szybkie dżonki, łodzie tonące w kwiatach, warzywach i owocach, oraz wszelkie odpadki życia, przebijamy się wąskimi ulicami i zaułkami, pozostawiając po lewej ręce, nieco poza nami, pozłociste kopuły i ananasy chedi i wat pałacowych świątyń i najpiękniejszą wśród nich Wat Phra Kaew, gdzie na brokatach i jedwabiach śpi najsłynniejszy Budda Tajlandii, Szmaragdowy Budda, wyrzeźbiony w jednolitym kamieniu seledynowego jaspisu.
Straszliwy upał, pomimo wczesnej pory, wydaje się drążyć dziurę w mej głowie, więc nie mogę zdobyć się choćby na słabe odruchy entuzjazmu. Beznamiętnie spoglądam na czarne, leniwie płynące kanały, zwane klong i tłumy przechodniów, podobnych do nieustannie pracujących i spieszących gdzieś mrówek.
Nasza nakryta płóciennym daszkiem taksówka mija w mgnieniu oka wytworną aleję pełną nowoczesnych sklepów, nazwaną Nową Drogą – New Road, następnie przejeżdżamy przez tory kolejowe, po prawej ręce pozostawiając stację kolejową Hualumphong. Przynajmniej wiem, gdzie jestem, bo szybki rzut oka na mapę miasta uspokaja mnie co do kierunku naszej wyprawy i już wjeżdżamy na szeroką arterię długiej Rama I Road, biegnącej wzdłuż wyraźnie przemysłowej dzielnicy.
Gdzieś daleko, pomiędzy kamiennymi i betonowymi kolosami zwalistej zabudowy widnieje napis ‘’Jim Thompson House’’. Jesteśmy na dobrym tropie. Górą pędzi pociąg, hałas zagłusza nawet pulsowanie krwi w uszach i ciężkie bicie serca. To przemysłowa dzielnica, warsztaty, przędzalnie, fabryki słynnego tajskiego jedwabiu. Jedwabiu Jima Thompsona.
Gdzieś z daleka słychać wycie tysięcy gardeł. Rewolucja, wojna domowa? Co to jest? Do celu podróży mamy – nie wiem – kilometr, albo dwieście, a może przeliczymy to na dni i tygodnie? Czas się okropnie dłuży, ale napis przybliża się i zaprasza, jak oaza cienia i wilgoci.
Dom leży przed nami na pół uśpiony w parnym powietrzu, które tańczy rozedrgane nad betonowym trotuarem. Padamy na ławeczkę przed wejściem, zagrodzonym barierką i ciałem pani, siedzącej w budce, z głową wsadzoną w dmuchawę ciepłego powietrza. Pije coca colę i wachluje się przepięknym tajskim wachlarzem, sporządzonym z ryżowego papieru i piór, być może strusia. Jest dobrze, bo słońce zostało za zbitą ścianą zieleni, gdzieś z tyłu, na terenie ogrodu posiadłości Jima Thompsona.
Prosimy o bilety wstępu, dama patrzy zdumiona, jak byśmy prosili o kotleta schabowego z bigosem. Okazuje się, że pora na zwiedzanie nieodpowiednia. Dom jest cudowny o zachodzie słońca, gdy wszyscy w tym mieście odżywają, kręcą się, załatwiają interesy, idą na spacer i na zakupy. Od razu widać, że jesteśmy typowymi, niespełna rozumu ferengi.
Proszę bardzo, wchodźcie na własną odpowiedzialność. Mai pen rai – nie ma problemu, ponieważ nagle znajdujemy się w zaczarowanym świecie. Zaprasza ocieniona ciemną zielenią ogrodu weranda, na której siedzi para podobnych do nas delikwentów, nieświadomych życia i popija wspaniałe, zimne piwko Singha w oszronionych szklanicach! Eheu, życie jest piękne!
Znowu z daleka dochodzi nas potworny wrzask setek, tysięcy gardzieli. Jąkamy się ze strachu i pytamy śliczną kelnerkę w kwiecistym sarongu, czy uczestniczymy w początkach rozpoczynającej się domowej rewolucji?
Apsara uśmiecha się tym tajemniczym, leniwym uśmiechem ludzi Dalekiego Wschodu i mruży migdałowe oczy. Kilka ulic dalej znajduje się stadion sportowy, na którym właśnie odbywają się zawody narodowego sportu tajskiego, Muay Thai, czyli tajskiego boksu.
Co za ulga! Oddajemy się rozkoszom lenistwa i całkowitego relaksu. Przewodniczka zjawia się po kilkunastu minutach, elegancka w lnianym kostiumie i szafirowym toczku na głowie. Wygląda jak stewardessa linii lotniczych i natychmiast ustawia nas w pary. Par jest dwie, więc nie ma wiele pracy, kochana laleczka! Wkraczamy w mistyczny świat pana Thompsona, znajomego z wielu opowieści, książek, artykułów, Internetu i nadzwyczajnej piękności jedwabiów, które sprzedają nawet w eleganckich butikach na lotnisku Bangkoku.
Dom marzeń Mister Thompsona
Jim Thompson to jedna z najpopularniejszych postaci legendy i folkloru tajskiego. Wprawdzie nie miał nic wspólnego z Tajami aż do lat czterdziestych po drugiej wojnie światowej, ale mówi się o nim jak o kimś, kto wśród Tajów był zawsze. Wrósł w krajobraz i atmosferę, jest nieodłączną częścią miasta.
Fascynujący człowiek, tak twierdzą znawcy przedmiotu, fascynujące życie, tak mówi historia. Być w Bangkoku i nie odwiedzić domu Thompsona, to jak być w Rzymie itd...
Za wysoką bramą wejściową posesji roztacza się inny świat. Świat baśni i egzotyki Orientu, dalekich mórz, żądnych przygód śmiałków, niezwykłych podróży i tajemniczych opowieści.
Czuję, że otaczają mnie duchy Józefa Conrada Korzeniowskiego, Londona, Somerseta Maughama i Malreaux. Polatują koło mnie i popychają ku przygodzie. Dom Thompsona pobudza wyobraźnię, łechta ukryte marzenia i wyzwala romantyzm olbrzymich przestrzeni oceanów, dżungli i nieznanych ludów. To jest to! To jest ta słynna romantyka wspaniałych podróży, o których pisał Verne i wielu innych!
Przede wszystkim jest tu duszno, duszno, jak w najprawdziwszej dżungli. Posiadłość leży pośrodku wspaniałego, tropikalnego ogrodu, mieszaniny lian, bambusów, orchidei, drzew dżakarandy i bluszczu, które stanowią naturalną ochronę przed hałasami i bezczelnością dźwięków pobliskiej dzielnicy przemysłowej. Rzeczywiście natychmiast po wkroczeniu za ten naturalny, zielony mur matki natury, zapomina się o rzeczywistości. Zanurzamy się w magiczny świat niezwykłej przyrody, cudownej architektury i czarodziejskiej sztuki orientalnej. Ogarnia nas majestatyczna cisza i pewne nostalgiczne odczucie niewypowiedzianego smutku. Żalu za tym, co odeszło bezpowrotnie, za właścicielem i twórcą tego małego raju, który zniknął z powierzchni ziemi tak nagle i dramatycznie, jak gdyby rozpłynął się w powietrzu.
Wysokie wrota z czerwonego drzewa otwierają się bezszelestnie na ten mały Eden. Pilnują ich dwa tajskie, kamienne smoki o rozwartych paszczach i wytrzeszczonych ślepiach. Posiadłość składa się z pawilonów, połączonych przejściami, galeriami, schodami i platformami. Ogólny styl architektoniczny - to połączenie sztuki średniowiecznej Ayuttayi i dziewiętnastowiecznej Bangkury. Dużo tu drzewa tikowego, solidnego i twardego jak heban słynnego drzewa wschodniej i południowej Azji. Rzeźbione parapety okienne, ciężkie framugi drzwi, czerwone boazerie i szerokie deski drewnianej podłogi.
Thompson sprowadził wiele skarbów sztuki, mebli i materiałów budowlanych z dalekich okręgów Tajlandii. Płynęły rzeką, a później miejskimi klongami czyli kanałami, na miejsce budowy.
Tarasy wokół domu wyłożone są miękką cegłą, przywiezioną z pobliskiej Ayuttayi i harmonizują wspaniale z zielonkawymi, ceramicznymi płytami z Chin.
Nad werandą, okalającą główny budynek, wznoszą się spiczaste, zakończone drapieżnymi pazurami typowo tajskie dachy, które rzucają cień na wysokie i wąskie otwory okien i drzwi.
We wnętrzu panuje półmrok i aromat kurzu. Egzemplarze sztuki tajskiej, niektóre niezwykle cenne, sięgają kilku stuleci, lecz przede wszystkim unosi się zapach kwiatów w ciężkich wazonach, w donicach, na stolikach, podłodze i na werandzie. Kwitnące drzewa sypią zjadliwie żółte, szkarłatne i niebieskie płatki pod nasze nogi. Błądzimy za przewodniczką przez labirynt korytarzy, zaciemnionych bambusowymi storami pokojów i gabinetów, przechodzimy z parteru na piętro, a po piętach depcze nam wszędzie obecna przyroda. Ogromne liście tropikalnych krzewów i konary drzew, splecione w uścisku godnym węża boa, zaglądają do pokojów i na ganki. Po wilgotnym, lśniącym jak metal liściu słoniowego kwiatu pełznie włochata, szkarłatna gąsienica. Na lśniących podłogach ścielą się cienie i arabeski plam słońca.
Thompson rozpoczął budowę domu w 1957 roku. Był to rok pomyślny, wyznaczony przez skomplikowane astrologiczne obliczenia, bez których nic nie odbywa się w Tajlandii. Procesja mnichów buddyjskich poświęciła posiadłość i pobłogosławiła ją w roku następnym. W dalszej części ogrodu ujrzeliśmy wzniesioną w tym celu kapliczkę, w której od dziesiątków lat codziennie o tej samej porze strażnik zapala trociczki i znosi świeże kwiaty i owoce. To domowe lary i penaty, rodzinne nat, czyli duchy przodków, opiekują się tym miejscem. Być może dlatego nie uległo zapomnieniu i zagładzie. Duch Jima Thompsona unosi się nad całym tym kompleksem i spogląda zapewne z zadumą i tęsknotą na ziemską, pozostawioną na zawsze część swego życia.
A życie Jima zawsze balansowało na krawędzi, szybkie, poruszane nieustannie niewidzialnymi dłońmi przeznaczenia. To ono pchało go w stronę Tajlandii, gdy tylko skończyła się druga wojna światowa. Thompson pochodził ze Stanów Zjednoczonych, z bogatej rodziny, zamieszkałej w stanie Delaware. Z zawodu był architektem, z zamiłowania kolekcjonerem i przedsiębiorczym podróżnikiem. W czasie drugiej wojny światowej znalazł się na terenie Tajlandii i tak zachwycił się jej atmosferą, że postanowił powrócić tam z żoną. Niestety małżonka Jima nie podzielała jego pasji, więc rozwiódłszy się z nią, na zawsze wyjechał z USA. Można rzec, rozwiódł się z żoną, aby poślubić Tajlandię. I to drugie małżeństwo miało mu przynieść nie tylko osobistą satysfakcję, ale sławę i majątek.
Zaraz po wybudowaniu swego tajskiego domu Thompson, już sławny, stał się narodową doskonałością. W jego posiadłości bywali prominenci świata, poeci, pisarze, aktorzy, dyplomaci i potentaci przemysłowi. Pomiędzy dziesiątkami gości Jim gościł Ann Baxter, Petera Ustinov, Ethel Merman – gwiazdy Holywoodu i Somerset’a Maugham’a, aby wymienić kilku. Słynne z luksusu, najlepszych win i błyskotliwych rozmów kolacje Thompsona jadano w otwartej na przestrzał jadalni, oświetlonej tajskimi lampionami i świecami, z widokiem na ogród i morze nisko zawieszonych gwiazd. Odbijały się bladym światłem w pobliskim klong, z którego dochodziło rechotanie żab i plusk wioseł spóźnionych na nocny targ łodzi rybackich.
W 1958 roku Thompson był już zamożnym człowiekiem. Od wielu lat prowadził z wielkim powodzeniem produkcję i sprzedaż przepięknych, najwyższej jakości jedwabiów, które zyskały sławę i uznanie nawet w Europie i Anglii. Na Broadway’u i w Hollywood zamówiono je do bogatej produkcji słynnego musicalu ‘’Król i ja’’ sfilmowanego na podstawie opowieści o jednym z najlepszych królów Tajlandii - Mongucie i młodej guwernantce brytyjskiej, opiekunce jego dzieci. Yul Brynner dzięki temu filmowi zdobył sławę egzotyczną urodą, a Jim Thompson pozyskał rynki zbytu i wierną klientelę amerykańską cudownymi tkaninami, eksponującymi wspaniałe motywy tajskie.
Kupno posiadłości w tak nieatrakcyjnym, ruchliwym i raczej brudnym miejscu miało swe uzasadnienie i wystarczające powody. Jim chciał znajdować się blisko fabryki jedwabiu i na codzień być w kontakcie nie tylko z oficjałami urzędowymi, ale zwykłymi robotnikami, prządkami i włókniarzami. Osobiście przeprowadzał inspekcje nici i tkanin, rozważał dobór kolorów i odcienie przędzy i decydował o milionie drobiazgów, z jakich składało się prowadzenie tak rozległego interesu.
Tymczasem, wracając do rzeczywistości, znaleźliśmy się w uroczym, wysokim westybulu domu. Na ciemnych ścianach boazerii widniały bezcenne malowidła i jedwabne, tajskie arrasy. Podłoga sporządzona była z szachownicy białoczarnego włoskiego marmuru, zaś schody, prowadzące na drugie piętro, otwierały się na olbrzymi salon, oświetlony ciężkim, kryształowym żyrandolem, świetności pozostałej po jakimś starym pałacu.
W czterech niszach ściennych sypialni pana domu stały birmańskie figury z Amarapury, wielkie rzeźbione łoże tajskie, nakryte jedwabnymi poduszkami w jaskrawych kolorach i mnóstwo prześlicznych drobiazgów o bezcennej wartości, których podobne okazy, niestety jedynie kopie, zobaczyć można w milionie butików i salonów sztuki antycznej, lub z odrobiną szczęścia, na otwartym bazarze Nakorn Kasem.
Z głównej sypialni prowadziły tajemnicze, wyłożone pomarańczowym jedwabiem drzwi do mniejszego pomieszczenia, gdzie prócz tajskiego łoża i tygrysiej skóry na podłodze, znajdował się wspaniały chiński parawan z okresu dynastii Ming.
Wyobrażałam sobie, że tutaj sypiały pewne damy, przyjaciółki gospodarza, które umilały mu długie, ciepłe wieczory, szeleszczące łagodnym deszczem monsunu. W czasach Thompsona, szczególnie w porze proszonych kolacji, które wydawał prawie co wieczór, na tarasie parteru domostwa przygrywała tradycyjna orkiestra tajska, ubrana w bajecznie kolorowe kostiumy, a dźwięki delikatnych melodii o wysokich tonach płynęły w stronę klongu i ciemnej, aksamitnej nocy.
Po kolacji serwowano tradycyjne tajskie wety, banany w mleku koksowym, lody mango, lub jaśminowe i ryż na słodko, doprawiony kardamonem, cynamonem i kokosem.
Później, odpoczywając przy zimnych napojach, szerbetach i alkoholach, goście obserwowali tradycyjne, klasyczne tańce, prezentowane przez trupę aktorów, wynajętych na tę okazję przez Jima. Aktorzy tańczyli na tarasie, wyłożonym siedemnastowiecznymi cegiełkami, w olśniewających kostiumach i straszliwych maskach, w takt muzyki cymbałów i ksylofonów. To były prawdziwie czarodziejskie uczty i wieczory!
Drżące światło pierwszego nowiu oświetlało srebrnym blaskiem sylwetkę domu, zaś purpurowy blask płomieni pochodni, zatkniętych w kokosowe czasze, pełzał po rdzawych ścianach domu.
Wydawało się, że cała posiadłość płynęła wolno, jak olbrzymia, majestatyczna nawa, jakąś leniwą rzeką w odległe czasy, w bohaterski epos historii Tajów i wszyscy obecni czuli się zanurzeni w czarodziejskiej atmosferze dawnych wieków. To były niezapomniane momenty i mówił o nich cały Bangkok.
W następnych latach po ukończeniu budowy domu Thompson przebywał większość czasu poza granicami Tajlandii. Jego klientela składała się z arystokracji międzynarodowej. Jim kreował specjalne, ręcznie malowane jedwabie dla króla Maroko, milionerki Barbary Hutton, czy dla królowej Elżbiety, która ozdobiła nimi komnaty Pałacu Windsor. Hotel Hilton w Hong Kongu zamówił setki metrów tkaniny do obić mebli sali balowej i wytwornych pokoi dla specjalnych gości.
Sam król i królowa Tajlandii, jego królewska mość Bhumibol i jego małżonka Sirikit, którą ubiera dom mody Pierre Balmain, wyrazili życzenie kupna wielu eleganckich i niecodziennych wzorów jedwabiu Thompsona. Przedsięwzięcie swoje nazwał Jim The Thai Silk Company i jego zasięg rozciągał się od Szwecji po Australię i co roku przybywało zachwyconych klientów.
Dom Jima fotografowano w magazynach Europy i Ameryki, na jego biurku z mahoniu gromadziły się setki zaproszeń na rauty, bale i charytatywne uroczystości.
Zdarzało się, że rankiem, gdy znużony po trudnym dniu i wieczorze, wypełnionym przyjmowaniem gości, Jim spał w najlepsze w swej tajskiej sypialni, przez otwarte drzwi tarasu wchodził nagle nieznany intruz i nie zawsze wycofywał się z grzecznymi przeprosinami. Przygodni turyści myśleli, iż posiadłość otwarta jest cały rok dla zwiedzających, więc prawem kaduka włóczyli się po ogrodach i pawilonach, tym bardziej, że domostwo rzadko zamykano na noc. Jim nigdy nie unosił się gniewem, lecz jak prawdziwy dżentelman objaśniał nieproszonego goście w jego niewiedzy i oddawał w ręce dyskretnej służby.
W końcu zdecydował się otworzyć dom dla publiczności dwa razy w tygodniu tym bardziej, że rzadko w nim przebywał. Dochód przeznaczył na cele pobliskiej szkoły niewidomych, którą prowadziła ociemniała Amerykanka.
Idąc dalej tym zaczarowanym, pełnym szeptów domem, w jednym z pokojów ujrzeliśmy wspaniałą i niezwykle rzadką - podług słów przewodniczki - kolekcję białoniebieskiej porcelany. Zainteresowanie orientalną porcelaną nadeszło w późniejszym okresie życia Thompsona. Skoncentrował się na szesnasto i siedemnastowiecznych okazach chińskich i cudownie kolorowej, pentachromatycznej porcelanie Bencharong, którą wykonywano w Chinach jedynie na zamówienie monarchów Tajlandii kilkaset lat temu. W szybko nadchodzących latach niesłychanej ‘’prosperity’’, Thompson wybudował dodatkowe pawilony, gdzie ustanowił galerie sztuki, malarstwa – np. pejzażów z życia Tajów, wykonanych w połowie XIX wieku przez nieznanego misjonarza amerykańskiego.
Wszędzie królowały fotografie jego menażerii, kotów, psów, papug i nawet gęsi, ponieważ Jim kochał zwierzęta i jego dom zawsze pełen był przyjacielskich czworonogów.
Jego życie osobiste składało się z niewidzialnych warstw, jak jego wspaniałe jedwabie. Na pozór wydawało się, że jest ono otwartą księgą, ale bliżsi przyjaciele wiedzieli, że Jim kryje pewne ciemne i nie do końca wyjaśnione tajemnice.
Jeszcze z okresu wojny datowały się jego powiązania ze sławnym OSS – organizacją do specjalnych poruczeń politycznych, która potem przeobraziła się w obecną CIA. W jego pięknym domu spotykało się czasem podejrzane, bliżej nieokreślonej narodowości indywidua. Jim często wyjeżdżał bez opowiadania się, gdzie się wybiera i z kim się spotyka. Oczywiście ze względu na jego pozycję i kontakty, nikt nie dziwił się zbytnio tym zniknięciom tym bardziej, że w końcu wracał i zabierał się jak gdyby nigdy nic do intensywnej pracy.
W 1967 Jim skończył 61 lat. Ze zdjęć, powstałych w tym czasie, patrzy na nas szczupły, niewysoki i raczej drobny człowiek o łysiejącej głowie i podłużnej, pooranej głębokimi bruzdami twarzy. Tropik i ciężka praca wyryły zakrzywionym pazurem ślady czasu nie tylko na jego ciele, ale i zapewne na osobowości. Jest to twarz człowieka uczciwego, melancholika przytłoczonego wieloma obowiązkami.
Długo patrzyłam na to oblicze i stwierdziłam, że jest w nim więcej smutku i nostalgii, niźli jakiejkolwiek innej ekspresji. Dlaczego? Pomimo sławy i pieniędzy Thompson nie wydaje mi się szczęśliwy, ani nawet kontent ze swego życia. Jest przede wszystkim bardzo zmęczony i być może nie całkiem zdrowy. Wygląda na osobę, znajdującą się u kresu sił, gotową poddać się losowi i paść na kolana. Jakie mogły być przyczyny tego psychicznego rozstroju?
W jego życiu były zapewne kobiety, lecz nie słynął z burzliwych romansów. W latach pięćdziesiątych poznał zamożną cudzoziemkę, kobietę zamężną, z którą przez długi czas utrzymywał dość niepewny związek. Dama ta często pomieszkiwała w jego tajskim domu, była hostessą towarzyskich przyjęć i towarzyszką Jima w jego częstych wyjazdach zagranicznych i zapewne z radością rozwiodłaby się dla niego, jeśli by tylko o to zapytał. Ale Thompson milczał i do stałego związku nigdy nie doszło.
Jego prawdziwą przyjaciółką stała się Connie Mangskau, pół krwi Tajka, wdowa po zamożnym Norwegu.
Jim poznał ją zaraz po przybyciu do Tajlandu w 1945 roku. Connie pracowała wtedy jako tłumaczka dla wojsk alianckich i na każdym żołnierzu wywierała duże wrażenie. Była śliczna tą mieszaniną delikatnej urody porcelanowej laleczki tajskiej i chłodnego temperamentu Angielki. Być może w owych czasach pomiędzy tym dwojgiem zapalił się płomień namiętności, lecz w później ich związek posiadał wszystkie atrybuty solidnej, niczym nienaruszonej przyjaźni i wzajemnego szacunku.
Connie otworzyła sklep w słynnym hotelu Oriental, w którym w latach międzywojennych zatrzymywali się wszyscy wielcy, sławni i cieszący się rozgłosem. W krótkim czasie Connie stała się właścicielką kilku innych sklepów i w latach 60 - tych jej interesy były równie szeroko znane, jak jedwabie Jima. Prowadziła handel antykami i starożytnościami Tajlandii i w ogóle Dalekiego Wschodu. W najwyższej zgodzie i harmonii oboje oddawali się w wolnych chwilach tym samym pasjom, podróżowali w podobne strony i przyjmowali tych samych gości w Bangkoku.
Wielkanoc w Malezji
21 marca 1967 roku Jim celebrował w wytwornym towarzystwie w swej willi sześćdziesiąte pierwsze urodziny. Jak zwykle zgromadzenie składało się z prominentów biznesu miejskiego, intelektualistów i dyplomatów, przewodziła zaś tej szczęśliwej uroczystości Connie Mangskau, urocza i elegancka jak zawsze, pomimo pięćdziesięciu dziewięciu lat i kilkorga wnuków. Ponieważ zbliżały się święta wielkanocne, Jim i Connie postanowili wyjechać na kilka dni do Malezji, w piękne okolice Cameron Highlands, słynących z łagodnego, chłodnego klimatu i niezwykłych widoków gór i tropikalnej dżungli.
Była to kraina z upodobaniem odwiedzana nie tylko przez turystów, ale przede wszystkim możnych tego świata i wiele osób posiadało tam wille, domy wakacyjne i rancza. Cameron Highlands były tym dla Malezji i Tajlandii, czym Kaszmir i Assam bywały dla brytyjskiego Raj.
Na przyjęciu dyskutowano planowany wyjazd do Malezji tym bardziej, że większość gości znała właścicieli tamtejszego cottage’u, doktorostwo Ling. Doktor Ling, z pochodzenia Chińczyk, ożeniony z Amerykanką, zakupił kilka lat temu bardzo piękną parcelę na szczycie jednego ze wzgórz Cameron, z widokiem na pole golfowe. Poprzedni właściciele Anglicy zbudowali tam jeszcze przed wojną rozkoszny dom letniskowy w stylu Tudor, zwany Moonlight Cottage. W pobliżu tej posiadłości nie było innych willi, miejsce odznaczało się spokojem i odosobnieniem i właśnie od to chodziło państwu Ling. Helena Ling otworzyła w Singapurze znakomicie prosperujący sklep z antykami i stąd rozpoczęła się znajomość z Connie, a poprzez nią z Jimem Thompsonem.
Connie i Jim bywali już przedtem w Moonlight Cottage i wiedzieli, że podróż nie należy do najprzyjemniejszych.
23 marca para przyjaciół znalazła się na zatłoczonym lotnisku Bangkoku. Zbliżały się święta i przez główny hall przewalała się lawina podróżnych. Z Bangkoku polecieli do Penangu w Malezji, gdzie zatrzymali się na noc w Ambasadorze, jednym z najelegantszych hoteli miasta. Wieczorem zjedli kolację w hinduskiej restauracji i przedsięwzięli miłą przechadzkę w pobliżu hotelu. Dzień następny był to Wielki Piątek, wszystkie sklepy były zamknięte, więc po spokojnym poranku w hotelu i zamówieniu taksówki, około południa wyjechali do Cameron Highlands.
Podróż zajęła kilka godzin i była raczej męcząca. Do Moonlight Cottage dotarli późnym popołudniem i już czekali tam na nich państwo Ling z kolacją i wygodnymi gościnnymi pokojami. Tego wieczora nie rozmawiano długo. Wszyscy czuli się znużeni, więc towarzystwo rozeszło się wcześnie. Drugi dzień upłynął przyjemnie. Pogoda była słoneczna i cicha, niezbyt gorąca i widoczność świetna. Pobliskie góry ukazały się w całym splendorze kolorów, więc Jim i doktor Ling poszli na długi, poranny spacer w stronę pola golfowego, zaś obie panie postanowiły pojechać samochodem Lingów do Tanah Rata na szybkie zakupy.
Umówili się, że spotkają się w salonie klubu golfowego około południa. Kiedy Helena i Connie przybyły do klubu, zastały tam już doktora Amundsena, dobrego znajomego i prywatnego lekarza Thompsona, oraz kilkoro innych bliższych i dalszych przyjaciół. Wszyscy przyjechali z Singapuru, Kuala Lampur, lub innych zakątków południowej Azji na wielkanocny weekend.
Po Lingu i Thompsonie nie było śladu i w końcu obecni poczęli się nieco niepokoić ich nieprzewidzianym zniknięciem, gdy wreszcie obaj ukazali się na werandzie, nieco zadyszani i spoceni, ale cali i zdrowi. Okazało się, że najpierw zgubili się w dżungli, a potem doktor Ling skręcił nogę na jakimś wykrocie. Na szczęście Thompson szybko odnalazł zagubioną ścieżkę i choć spóźnieni, ale przecież żywi i nawet wesoło podnieceni tym nieprzewidzianym wypadkiem, usiedli pomiędzy przyjaciółmi na szklaneczkę lodowatego piwa.
Zanim przejdę do dalszej relacji, chciałabym na chwilę zatrzymać się na opisie topografii Cameron Highlands, ponieważ jest to ważne dla naszego toku narracji.
Ta czarodziejska kraina słynie z plantacji herbaty, sadów owocowych i pól najwspanialszych kwiatów na ziemi. Spacery, golf i polowanie na tygrysa to ulubione zajęcie przybyszów, choć gęstwina dżungli czyni ten ostatni sport niezwykle forsownym.
Być może niektórzy czytelnicy odnieśli wrażenie, iż jest to miejsce typowo turystyczne, gęsto zamieszkałe i relatywnie bezpieczne. A jednak nawet obecnie Cameron Highlands otacza nieprzebyta dżungla, lecz w latach sześćdziesiątych był to dziki krajobraz, w który wkradł się nieproszony człowiek. W tym obszarze znajdują się dwa większe osiedla, Brinchang na północy i odległa od niego o osiem kilometrów Tanah Rata na południu. Pomiędzy nimi wiodą ścieżki i drogi górskie, trudne do przejazdu nawet w porze suchej, a co dopiero po nastaniu monsunu. Pobocze tych górskich dróżek porasta nieprzebyta, prastara dżungla.
Góry są tu wysokie, niektóre dochodzą 2500 m. Prowadzą do nich ścieżynki, często wydeptane jedynie przez zwierzęta i tubylcze plemiona.
Tym niemniej obszar pomiędzy dwoma osiedlami jest dość gęsto zabudowany domami letniskowymi, hotelami i górskimi szaletami. Jest tam biuro ochrony lasów, niewielki kościółek, meczet i kilka schronisk turystycznych. Patrząc na mapę okolicy dostrzec możemy, iż w tamtych czasach Moonlight Cottage był najbardziej wysuniętą posiadłością na północ. Najbliższym sąsiadem była podobna w architekturze willa, zbudowana w tym samym czasie, zwana Starlight, w której zazwyczaj, jeśli nie było właścicieli, mieszkała służba. Jest to ważny fakt, ponieważ potem uważano, iż właśnie to odosobnienie było przyczyną nadchodzącego nieszczęścia.
Całe towarzystwo w sali klubowej pożegnało się w godzinie lunchu i czwórka przyjaciół powróciła do Moonlight Cottage. Po południu wszyscy udali się do swych pokoi na popołudniową sjestę i około czwartej zebrali się w salonie na tradycyjną herbatę, później zaś przyjemną konwersację w cieniu ogrodu. Thompson przywiózł z Bangkoku cebulki amarylisu, które postanowił osobiście zasadzić następnego dnia. Po lekkiej kolacji wszyscy udali się na wczesny spoczynek.
Dzień następny, który miał się skończyć przerażającymi wypadkami, rozpoczął się spokojnie i sielankowo. Była to niedziela wielkanocna, więc podług tradycji, od lat ustanowionej przez doktorostwo, najpierw spożyto leniwie śniadanie, a następnie udano się do anglikańskiego kościółka na celebrację mszy świątecznej.
Po nabożeństwie państwo Ling zaskoczyli gości propozycją lunchu w terenie, pikniku na łonie natury, w pięknym miejscu położonym niezbyt daleko od cottage’u, w okolicy Tanah Rata.
W tym czasie, gdy ładowano na samochód kosze z jedzeniem i flaszkami wina, Jim postanowił przejść się w dół drogi i tam zaczekać na resztę towarzystwa.
Connie, pomagając w przygotowaniach w kuchni, kilkakrotnie rzuciła okiem w stroną drogi i wprawdzie większość czasu gęsta wegetacja roślinna zasłaniała Jima przed jej wzrokiem, to jednak czasem mignęła w ścianie zieleni i prześwicie pnączy jego ciemnoszafirowa marynarka z szantungu i błysnęło szkło okularów słonecznych.
Przechadzka ta nie mogła zabrać Jimowi więcej niż 15 minut, więc kiedy samochód podjechał w umówione miejsce, Thompson czekał już na wszystkich niecierpliwie. Jim nie okazał szczególnego entuzjazmu na wieść o urządzeniu pikniku, ponieważ wolał pozostać w cottage’u i zająć się pracą w ogrodzie. Ten szczegół powracał potem w rozmowach trójki przyjaciół i wydawał się sygnałem niepokojącym. Być może Thompson oczekiwał kogoś, o czym nie powiadomił gospodarzy. Mówił, że jest zmęczony i sadzenie cebulek kwiatowych daje mu wspaniały relaks i przyjemność.
Większość przegłosowała go jednak, a Connie nazwała go nawet żartobliwie kapryśnikiem. Piknik udał się świetnie i choć dojazd do wybranego miejsca zabrał ponad trzy kwadranse, wszyscy stwierdzili, że takie relaksujące, wolne popołudnie było bardzo wszystkim potrzebne. Connie biegała z aparatem fotograficznym, robiąc zdjęcia i dzięki temu do dziś zachowała się ostatnia fotografia Jima. Thompson pół leży na kocu, rozpostartym na trawie, z talerzem pełnym frykasów świątecznych w ręku. Kilka godzin później na zawsze zniknął z życia otaczających go przyjaciół.
Do cottage’u powrócono około drugiej trzydzieści. Ponieważ była to najgorętsza pora dnia, wszyscy udali się do swych pokojów na krótką drzemkę. Helena Ling słyszała ze swojej sypialni hałas przesuwanego krzesła na werandzie, z czego wnioskowała, że któreś z gości zdecydowało się pozostać na zewnątrz. Potem okazało się, że był to Jim.
Zanim zapadła w płytki sen, złowiła uchem odgłos kroków, oddalających się od werandy w stronę drogi, ponieważ żwir trzeszczał pod nogami idącego, zaś zegarek, stojący na jej nocnej szafce wskazywał trzecią po południu. Pani Ling zasnęła.
Gdzie jest Jim?
Helena zbudziła się około godziny czwartej i postanowiła spakować bagaże, ponieważ następnego ranka wszyscy wyjeżdżali samochodem do Singapuru. Państwo Ling wracali do swej miejskiej rezydencji, zaś Jim spotykał wieczorem na kolacji amerykańskiego ambasadora i przedsiębiorcę Edwarda Pollitza.
Doktor Ling czytał gazetę w salonie, zaś na werandzie, przewieszona przez poręcz ogrodowego krzesła, wisiała marynarka Jima. Na stoliku obok leżały jego papierosy i zapalniczka. Widocznie udał się na jeden ze swych ulubionych spacerów w stronę pola golfowego.
Zmrok zapada w tropikach szybko, zawsze o tej samej porze, więc spodziewano się Thompsona spowrotem nie później, niż około szóstej. W międzyczasie nadeszła Connie, z którą Helena wspólnie przygotowała herbatę i poczęły ciąć róże w ogrodzie. Pani Ling chciał zabrać je ze sobą do Singapuru. Cała trójka spoglądała ze zniecierpliwieniem na drogę, ale pozostawała ona pusta. W końcu zrezygnowani zasiedli do herbaty.
W międzyczasie ściemniło się zupełnie i wszystkich ogarnął lekki niepokój. Doktor Ling przypuszczał, że Jim zszedł na dół do klubu i zasiedział się z jednym ze znajomych. Postanowił wyjechać mu na przeciw, panie zaś pozostały w cottage’u w razie, gdyby Thompson nadszedł od innej strony. Doktor powrócił piętnaście minut później ze złymi wieściami. Thompsona nie tylko nie było w klubie, ale nikt go nie widział, ani nie spotkał w okolicy.
Natychmiast pani Helena usiadła przy telefonie i nawiązała kontakt ze wszystkimi przyjaciółmi z pobliża, prosząc o pomoc i natychmiastową wiadomość, gdyby Jim odnalazł się u kogoś z nich.
Tymczasem zapadły zupełne ciemności, nadeszła godzina ósma, a potem dziewiąta, zaś Jima stale nie było. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że stało się coś złego. Różne podejrzenia wkradły się w panikujące towarzystwo i najbardziej prawdopodobnym wydawało się, że Thompson zabłądził w dżungli. Po wczorajszym incydencie z doktorem, była to realna możliwość.
Connie szalała z niepokoju o jego zdrowie, ponieważ Jim wyszedł w koszuli z krótkimi rękawami, gdy przecież wiadomo, iż wieczory bywały w tych okolicach chłodne, zaś w pokoju zostawił tabletki przeciwbólowe w razie ataku woreczka żółciowego, na który skarżył się od wielu lat.
Doktor Ling zatelefonował na policję w Tanah Rata i następnie pojechał tam złożyć formalny meldunek o zaginięciu przyjaciela. Komisarz przyrzekł powiadomić wszystkie pobliskie jednostki i tubylców w osiedlach i wsiach górskich. Jeszcze stale żywiono nadzieję, że zaginiony nagle ukaże się w drzwiach domu doktora i opowie wszystkim znakomicie logiczną i układającą się w prawdopodobną całość historię. Niestety jednak mijały godziny nocne, a Thompson nie powrócił.
Na drugi dzień rozpoczęto systematyczne i dokładne poszukiwania i przeczesywanie terenu. Logicznie myśląc, jeżeli Thompson faktycznie zgubił drogę, na piechotę mógł przejść tylko pewną odległość w takim, a nie innym promieniu dystansowym od Moonlight Cottage. Patrole wojska, policji, strażników leśnych, mieszkańców i nawet przyjezdnych gości drobiazgowo przeszukiwali cały teren Cameron Highlands od południa na północ i od wschodu na zachód. W pierwszych dniach jeszcze żywiono nadzieję, że być może Jim odnajdzie się jeśli nie zdrowy, to choć żywy. Psy węszyły na drogach i bezdrożach dżungli, całymi dniami słychać było okrzyki i nawoływania poszukiwaczy, wycinano maczetami olbrzymie połacie leśne, przewracano zbutwiałe pnie i powalone drzewa. Zaglądano w każdą dziurę, rozpadlinę i wykrot. Bezskutecznie.
Poszukiwania trwały od szóstej rano do szóstej wieczór przez następne dwa tygodnie. Szukano śladów, jakichkolwiek śladów Thompsona - złamanego źdźbła trawy, kropli krwi na liściu, strzępka materii, chusteczki, czegokolwiek, co zbliżyłoby ich do celu. Niczego takiego nie znaleziono. W kilka dni po rozpoczętych działaniach użyto helikopterów wojskowych, użyczonych przez dwu przyjaciół Jima, pułkownika Bonda i generała Blacka. Podejrzenia, iż został napadnięty przez tygrysa, lub inne drapieżne zwierzę, nie wydawały się prawdopodobne. Jim nie poddałby się bez walki, w dżungli pozostałyby jakieś ślady takiej potwornej tragedii.
Dyrekcja Thai Silk Company nie mogła uwierzyć w nieszczęście. Naprędce zwołano nadzwyczajne zebranie zarządu i na czas nieobecności Thompsona wyznaczono tymczasowego dyrektora. Zniknięcie potentata jedwabiu zaanonsowano w dwa dni po wypadku we wszystkich gazetach i periodykach świata. Artykuły o jego życiu i tajemniczym zaginięciu zdobiły pierwsze szpalty gazet amerykańskich. W Cameron Highlands i w okolicach domu państwa Ling koczowały tłumy reporterów i dziennikarzy.
Policja walczyła wręcz z ciekawskimi i bezczelnymi fotografami, którzy usiłowali się przedrzeć przez szpalery strażników. W końcu doktorostwo i Connie uzyskali pozwolenie wyjazdu i z ulgą, wyczerpani wścibstwem prasy i indagacjami policji, wydostali się z pułapki.
Większość zainteresowanych wypadkiem uważała, że Thompsona spotkała w dżungli tragiczna przygoda. Zagubił się i być może uległ jakiemuś wypadkowi na tyle poważnemu, że nie był w stanie dojść do osiedli ludzkich, lub choćby pozostawić po sobie użytecznego śladu. Znaleźli się tacy, którzy uważali, iż przeszłość Jima, a szczególnie jego powiązania z OSS dogoniły go i pochłonęły na wieki.
Inni przypuszczali, że został porwany dla wysokiego okupu, ponieważ ogólnie znana była jego zamożność i liczne finansowe inwestycje. Niestety żadna z tych teorii do końca nigdy się nie sprawdziła. A żądanie okupu nigdy nie napłynęło. Pomimo wyznaczonej wysokiej nagrody pieniężnej za znalezienie zaginionego, lub choćby przekazanie policji prawdziwego tropu, nikt rzetelny i godny zaufania nie wystąpił. Przez długie lata pomimo wszystko spodziewano się jeszcze odnaleźć jeśli nie Jima, to choć dalszy ciąg jego historii po zaginięciu, lecz i to zawiodło.
W kraju mistycyzmu i wiary w parapsychologiczne zjawiska, jakim jest Tajlandia, kilka mediów, astrologów i parapsychologów usiłowało nawiązać kontakt z ‘’tamtą stroną’’ i dowiedzieć się czegoś o zaginionym magnacie jedwabiu. Najbliższy prawdy wydawał się pewien Holender o nazwisku Hurkos, który nawiązał kontakt z zaświatami i na podstawie map i fotografii wyjawił pewne rewelacje.
Otóż podług jego widzenia Jim został porwany z pobliża Moonlight Cottage’u przez czternaście osób, których dowódcą był niejaki Prebe, Pridi, czy Bebe, w wojskowej ciężarówce, ukrytej w głębi dżungli. Jim odpoczywał w krześle na werandzie i nawet na chwilę zasnął. Zbudził go jakiś dźwięk, więc podniósł się z ciekawości i poszedł drogą w stronę pola golfowego. Przeszedł około pół mili, gdy spotkał Bebe. Ponoć miał znać tego człowieka, więc wcale się nie przestraszył. Niepostrzeżenie podano mu zastrzyk z morfiny i uśpionego wciągnięto do samochodu. Następnie pod osłoną nocy zawieziono go na małe lotnisko i ...na tym widzenie Hurkosa na razie urwało się.
Po pewnym czasie Hurkos dodał jeszcze, że banda porywaczy to komuniści z Kambodży, która w tym czasie przeżywała dramatyczne wypadki terroru Khmer Rouge i Pol Pota. Postanowiono nawet zorganizować akcję ratunkową do Kambodży i odbić więźnia, ponieważ w międzyczasie Hurkos z całą pewnością podał miejsce uwięzienia Thompsona, gdzieś pomiędzy Phnom Phen i Angkor Thom, ale wszystko spaliło na panewce, spotkawszy się z nieprzychylnym nastawieniem zarówno rządu tajlandzkiego, jak i amerykańskiego.
Przez następne lata mnożyły się cudowne widzenia, przypadkowe spotkania Jima w różnych miejscach kontynentu, byli nawet świadkowie, gotowi przysiąc, że widzieli go całego i zdrowego. A wszystko po to, aby otrzymać niebagatelną nagrodę pieniężną i przez moment pławić się w blaskach sławy, lecz tak naprawdę nigdy nie udało się ustalić niczego konkretnego, logicznego, ani nawet prawdopodobnego. Jim Thompson zapadł się pod ziemię, jak kamień wpada w wodę.
Spuścizna po Jimie.
Głównym spadkobiercą majątku Thompsona, podług ostatniego testamentu Jima, był jego bratanek, ale w grę, prócz bankowego konta i tajskiego domu, wchodziły jeszcze milionowe kolekcje wspaniałej sztuki Tajlandii i ogólnie Azji Południowej, więc o udziały w zyskach upomniało się Towarzystwo Syjamu i Departament Kultury i Sztuki Tajlandii. W zawiłych legalnych utargach i rozprawach ustalono, że do czasu uzyskania oficjalnego potwierdzenia śmierci Jima, bratanek i obie instytucje podzielą obowiązki kuratora i kustosza..
Dyrektorem Thai Silk Co. został Charles Sheffield, prawa ręka i zaufany przyjaciel Jima. W niedługi czas po zaginięciu Thompsona światem wstrząsnęła nie tylko tragiczna, ale dziwna w swej ponurej wymowie sprawa siostry Jima, pani Katarzyny Thompson Wood, wdowy po generale amerykańskiej armii. Znaleziono ją zamorodowaną w jej domu w Stanach Zjednoczonych, a chaos w mieszkaniu ofiary wskazywał, że napastnicy szukali czegoś intensywnie, choć nie ma pewności co to było i czy w końcu to znaleźli. Powiadano, iż miał to być drugi testament Thompsona.
Ukochana suka Jima, która pozostała w Thai House po jego zniknięciu, maskotka nie tylko służby, ale całej dzielnicy, zniknęła bez śladu, podobnie jak jej pan, z posiadłości, rok po wypadkach w Malezji.
Obecnie, ponad czterdzieści lat po zaginięciu Jima, bezpośredni świadkowie tamtego wypadku też już nie żyją. Zmarli oboje państwo Ling i Connie, zmarła druga siostra Jima Eleanor, Charles Sheffield i pułkownik Black.
Jedynie nadal żyje i niezwykle prężnie rozwija się kompania jedwabiu, przędzalnia, fabryka i sklepy Thompsona. Obecnym dyrektorem Thai Silk Co. jest Amerykanin William Booth, przypadkowo spotkany przez Jima w latach sześćdziesiątych na północy Tajlandu i od tamtej pory wierny i solidny towarzysz wszystkich jego przedsięwzięć. Zdecydowanie jego kierownictwo wyszło kompanii na dobre. Thompson Silks są obecnie jeszcze sławniejsze i przynoszą więcej dochodu, niż za życia ich założyciela i pierwszego właściciela.
Thompson uznany został legalnie, podług prawa tajskiego, za zmarłego w roku 1974 i jego bratanek stał się prawowitym spadkobiercą milionowej fortuny. Ustanowił fundację do opieki nad domem i kolekcją dzieł sztuki, zaś dochody przeznaczone są na utrzymanie i rozwijanie różnych projektów artystycznych Tajlandii.
- W czasach obecnych – mówiła nasza ślicznotka i z wdziękiem sterowała nas w stronę pawilonu sklepowego, - około pięciuset osób dziennie odwiedza Thai House, zaś historia Tuana Thompson znajduje się we wszystkich przewodnikach Bangkoku. Dziękuję państwu za uwagę i cierpliwość. Polecam nasz butik i wyroby z jedwabiu, oraz miniaturowe repliki rzeźb z wnętrza domostwa. Zapraszamy również na szklaneczkę piwa, lub odświeżający płyn ‘’lassie’’.
Ze zdumieniem spostrzegłam, że słońce rzucało długie, drżące cienie na czerwoną werandę. Było już późne popołudnie i w powietrzu unosiła się typowa dla tropiku, gorąca mgiełka nadchodzącego szybko zmierzchu. Taki zmierzch tysiące razy oglądał właśnie z tego miejsca Jim, być może siedząc przy mahoniowym biurku z widokiem na pociemniały nagle ogród. Gabinet był pełen cieniów i szeptów zapadającej nocy, jego ulubiona papuga kakadu wierciła się niespokojnie w klatce, zaś kilka psów igrało na lśniącej podłodze z tikowego drzewa, czekając na obfitą kolację.
Jim ubrany był w popielate spodnie i białą koszulę, niedbale rozpiętą pod szyją. Leżały przed nim książki o sztuce Wschodu, dokumenty z fabryki, spis inwentarza jego kolekcji, lub może po prostu jedna z powieści Conrada, na przykład Lord Jim! Jakże odpowiedni tytuł, tym bardziej, że losy obu bohaterów okazały się tragiczne. Tuan Jim, człowiek, który wiedział, jak korzystać z życia. I którego życie wykorzystało boleśnie i do końca!
Kiedy na werandzie zapalono lampy, wyruszyliśmy w drogą powrotną do miasta, hotelu i teraźniejszości.Przez kilka godzin żyliśmy innym życiem, znaleźliśmy się w magicznym i nieodgadnionym świecie. Uprzejma kelnerka poradziła nam, abyśmy wyszli na tyły posesji, ponieważ łatwiej nam będzie znaleźć tam taksówkę.
Przywitała nas wąska uliczka, zasłana odpadkami jedzenia i owoców. Nagle zniknęły gdzieś czarodziejskie kolory, cudowna architektura i bujna przyroda. Pozostały hałaśliwe dzieciaki, zapchlony kot o jednym oku i rozpadające się tyły ubogich domków. Panował tu opresyjny, wrogi upał. Wszystko nagle wydało się odpychające i złe. Urok prysł, znaleźliśmy się w zwykłym świecie. Cudowny spokój i uroda domu Thompsona odpłynęły w oceany innych galaktyk.
Spojrzałam poza siebie i ponad wysokim, odrapanym murem dostrzegłam wierzchołki soczysto zielonych palm i cząstkę spadzistego, pomarańczowego dachu, jak dumny dziób śmigłej regaty, wyłaniający się ze wzburzonych fal.
Taksówkarz spał z otwartymi ustami i nogami sztywno wyciągniętymi przez otwarte drzwi samochodu. Dopiero mocno potrząśnięty za ramię, otworzył nieprzytomne oczy.
Jak podobał się Thai House, zapytał pośpiesznie, zapewne nieco zawstydzony tą drzemką na służbie. Do hotelu Royal Thai? Przecież to w pobliżu Monumentu Demokracji. Najgorsze miejsce o tej porze dnia! Okropny ruch, mnóstwo samochodów, mruczał pod nosem, widocznie zły i drapał się pod pachami.
Wyjechaliśmy z bocznej alejki na główną ulicę. Przed wejściem do domu Thompsona stał tłumek turystów. Jedli lody i osłaniali głowy parasolami i płachtami gazet przed atakującymi groźnie komarami. Na rogu dwu ulic, na rozpalonym febrą całego dnia chodniku, stał mężczyzna w średnim wieku z pobrużdżoną twarzą, ubrany w jasne spodnie i białą koszulę z krótkimi rękawami.
Palił papierosa i na widok naszej taksówki podniósł dłoń do góry. - Thanks for coming! – zawołał, ale już jego głos zginął w stukocie kół przejeżdżającego blisko pociągu, warkocie motoru taksówki i przeraźliwych dźwiękach radia. Ktoś śpiewał zachrypłym głosem zmęczonego życiem ferengi. ‘’Jedna noc w Bangkoku uczyni cię pokornym. Tutaj nie znajdziesz różnicy pomiędzy rozpaczą, a ekstazą.’’
Możesz dodać tę publikację do listy swoich ulubionych publikacji.
Copyright 2008 Gruner + Jahr Polska