Focus.pl

Historia

Formularz logowania
Formularz wyszukiwania
  1. szukaj
  1. Newsy
  2. Foto
  3. Video
  4. Rozrywka
  5. Gadżety
  6. Warto wiedzieć
  7. Magazyn
  8. Jak to działa
  9. Forum

Foto Medium Manfred von Richthofen, zwany Czerwonym Baronem, zabijał bez wahania i wątpliwości. W kwaterze trzymał „skalpy zwyciężonych”: godła i znaki zdarte ze strąconych samolotów. Został legendą, zanim skończył 25 lat. Dwudziestych szóstych urodzin nie doczekał. Strącony nad Francją stał się kontrowersyjnym bohaterem masowej wyobraźni, przy okazji dając swoje imię pizzom, winom i czekoladkom

Zwykł mawiać: „Jeśli wrócę z tej wojny żywy, to będę miał więcej szczęścia niż rozumu”. Odkładał nieustannie pieniądze z myślą o przyszłych zakupach. Ale już nie wrócił do domu. Zamiast niego przybyły listy kondolencyjne od cesarza Wilhelma II i feldmarszałka Hindenburga.

Wydarzeniami z krótkiego życia Manfreda von Richthofena można by obdzielić kilka osób. Niemiecki bohater urodził się we wrocławskim Borku 2 maja 1892 r. Kiedy miał dziewięć lat, jego rodzice przenieśli się do Świdnicy, gdzie do dziś stoi ich okazała willa. Poprzednie pokolenia Richthofenów nie należały do szczególnie bojowych. W rodzinie więcej było ziemian niż wojaków. Pierwszym zawodowym żołnierzem w rodzinie został ojciec Manfreda, który postanowił rozporządzić życiem syna w podobny sposób.

„Wstąpiłem do korpusu kadetów, kiedy miałem jedenaście lat. Nieszczególnie paliłem się do zostania kadetem, ale życzył sobie tego mój ojciec i nikt mnie nie pytał o zgodę” – pisał w swoich pamiętnikach młody Richthofen.

„Pruskie szkoły kadetów nie miałyby dzisiaj dobrej sławy – uważa Joachim Castan, amerykański historyk i autor biografii Richthofena. – Dzieci były tam szlifowane na żołnierzy. Nie zostawiano im miejsca na żadne wątpliwości. Matka Manfreda była wyjątkowo ambitna i nie myślała wiele o mężu. Ten szybko przeszedł na emeryturę, nie zrobiwszy wielkiej kariery jako oficer. Całe swoje nadzieje rodzina pokładała więc w najstarszych dzieciach: w Manfredzie, a następnie jego młodszym bracie Lotharze, również pilocie myśliwskim”.

Prawda jest taka, że młodego Richthofena nauka zbytnio nie pociągała. Zdecydowanie wolał sport. Uważał, że ten, kto „wkuwa” więcej, niż to będzie potrzebne na egzaminach, robi błąd. Ciągnęło go do przygody. Jako 19-latek rozpoczął służbę kawalerzysty w Miliczu. Trzy lata później zaczęła się I wojna światowa.

WOJNA TO NIE JAJA


„Te kilka słów, które skreślam w wielkim pośpiechu, mogą być moimi ostatnimi. (...) Gdybyśmy mieli się więcej nie zobaczyć, przyjmijcie moje najserdeczniejsze podziękowania za wszystko, co dla mnie zrobiliście. Nie mam żadnych długów, a nawet więcej, zabieram ze sobą 800 marek” – pisał do rodziny 2 sierpnia 1914 r. Los miał mu jednak sprzyjać. Okazał się dobrym żołnierzem. Niecałe dwa miesiące później otrzymał Żelazny Krzyż i poczuł, że musi zrobić coś jeszcze bardziej porywającego. Do jednego z dowódców napisał prośbę o przeniesienie do służby powietrznej. Złośliwi twierdzili, że zrobił to w następujących słowach: „Mój Drogi Ekscelencjo, nie poszedłem na wojnę, żeby zbierać ser i jajka, ale w zupełnie innych zamiarach”. Prośba została przyjęta.

Z początku latał bombowcami. Ale ta służba była zbyt spokojna i stabilna, choć w swoich pamiętnikach młody pilot przyznawał, że lubi zrzucanie „jajek”. Marzył jednak o zestrzeleniu wroga. Gdy we wrześniu 1916 r. do Kowla przybył as lotniczy Oswald Boelcke, mający na koncie sporo zestrzeleń, Manfred bardzo chciał się dowiedzieć, „jak on to robi”. Kiedy więc Oswald zaproponował spragnionemu przygód porucznikowi przejście do elitarnej eskadry myśliwskiej Jasta 2, Richthofen nie zastanawiał się ani chwili. Błyskawicznie ukończył szkolenie i wkrótce stał się legendą.

LUDZKIE POCHODNIE


Na początku szło mu różnie. Latał ostro, rozbił po drodze kilka samolotów, a podczas pierwszego samodzielnego lądowania urwał podwozie. Żył według zasady, którą w kilku „dzikich” słowach streścił we wspomnieniach francuski lotnik Renaud de la Fregeoliere: „Życie i śmierć tracą wszelką wartość. Nasze oczy drapieżców błyszczą dziką nienawiścią na widok spadającego w płomieniach przeciwnika, żyjącej pochodni poświęconej Ojczyźnie. Zwierzę pierwotne i bez przerwy podniecane triumfuje w nas, w każdej minucie tłumiąc boski płomień”.

Pierwsza „żyjąca pochodnia” Richthofena spadła już we wrześniu 1916 r. W ciągu trzech miesięcy strącił następnych 15 maszyn. Do kwietnia 1918 r. miał na koncie 80 samolotów wroga. Manfred szybko zyskiwał sławę groźnego przeciwnika. Już po ósmym zwycięstwie otrzymał Pour le Merite (tzw. Blue Max), najwyższe odznaczenie w cesarskich Niemczech. Objął też dowództwo własnej 11. Eskadry Myśliwskiej (Jasta 11), w której latał także jego młodszy brat.

Wpadł na pomysł, żeby przemalować swoją maszynę na czerwono. W całości. Francuzi zaczęli go więc wkrótce nazywać Czerwonym Diabłem, Anglicy zaś Czerwonym Baronem. Niektórzy biografowie twierdzą, że Manfred nawiązywał czerwienią do rycerskich tradycji, gdy sławny rycerz w lśniącej zbroi i w purpurowym płaszczu budził grozę wśród wrogów, a przede wszystkim był od razu rozpoznawalny.

Jak twierdził jego brat Lothar, czerwień oznaczała pewną arogancję. Miała też znaczenie praktyczne. Manfred szukał koloru, dzięki któremu mógłby być jak najpóźniej zauważony przez przeciwnika. W końcu doszedł do wniosku, że nie ma takiej barwy, i wybrał jasną czerwień, chcąc być rozpoznawalny jako lider eskadry. Niebawem także inni piloci przemalowali swoje samoloty na ten kolor. Wprowadziło to sporo zamieszania wśród przeciwników, którzy nie wiedzieli, czy walczą z Czerwonym Baronem, czy z kimś innym. Krążyła nawet plotka, że w jaskrawym aeroplanie siedzi dziewczyna, niemiecka Joanna d’Arc. A lotnicy barona otrzymali wkrótce miano Cyrku Richthofena.

„Jego działalność była godna podziwu” – twierdził porucznik Ernst Udet. Ten drugi największy po Manfredzie lotniczy as tak o nim opowiadał: „Raz tylko widziałem, że mu umknął przeciwnik. Zestrzeliwał wszystkie samoloty myśliwskie w płomieniach. Twierdził, że wszystko zależy od dobrego strzału. Pewnego razu zrzucił samolot typu Sopwith, trafiając pilota pociskiem w głowę. Samolot zleciał niespalony i rozbił się o ziemię. Kiedy meldowałem Richthofenowi o zestrzeleniu przeciwnika, niemal się wstydziłem, kiedy na pytanie »Spalony?« musiałem zaprzeczyć. (...) Każdego dnia przy dobrej pogodzie rotmistrz latał cztery do pięciu razy. Przerwy zużywał na sen i jedzenie. W zły humor wprawiało go, jeśli nie dano mu dobrze zjeść. Życie jego w polu składało się z latania, spania i jedzenia. Nerwy miał zawsze w porządku, jak nikt inny”. W kwaterze Richthofena wisiały „skalpy zwyciężonych” – godła i znaki zdarte z samolotów pokonanych przeciwników. Takie pamiątki chętnie wysyłał także matce do Świdnicy. Niemcy potrzebowały romantycznego bohatera przestworzy. „Nie sądzę, żeby sam Richthofen uważał się za kogoś takiego – twierdzi jednak Joachim Castan. – Wypełniał swój obowiązek obrony kraju. Bez wątpienia był ekstremalnie odważny i ambitny, ale działał z zimną krwią. Jego celem było zestrzelenie tak wielu maszyn, jak to tylko było możliwe”. Zresztą sam pisał: „Nigdy nie latam dla zabawy. Najpierw celuję w głowę pilota, albo raczej w głowę obserwatora, jeśli taki jest”.

Peter Kilduff, jeden z najbardziej znanych biografów barona, zaznacza, że zamiłowanie do „polowań” Manfred mógł wynieść z dzieciństwa. Ojciec często budził chłopca o świcie, żeby zabrać go na łowy. Manfred uwielbiał czatować, a potem strzelać do łosi, jeleni czy żubrów. Kilduff sugeruje, że to zamiłowanie do polowań było nawet nieco nienaturalne. W maju 1917 r., po łowach u jednego z książąt śląskich, Richthofen opisał swoje spotkanie z żubrem: „Kiedy byk wyszedł na mnie, odczuwałem takie samo podniecenie, jakie ogarnia mnie, gdy siedząc w samolocie, widzę Anglika i przez pięć minut muszę lecieć, aby się do niego zbliżyć. Jedyna różnica jest taka, że Anglik się broni”. „Zabrał swoją pasję polowania w niebo” – podsumowuje historyk Joachim Castan.

  • Dodaj do:

Dla głodnych wiedzy

Zobacz także

Autor artykułu

Ulubione

Możesz dodać ten artykuł do listy swoich ulubionych artykułów.

Artykuł czytali

  • zoobeata
  • dominika91
  • sikwomen
  • LepsiPL
  • matbol87
  • android2967
  • karola11126
  • Dominik
  • Kozorog
  • LongerJWB
  • kosteksyk
  • Sol_Anna
  • kaszana
  • Klaciara
  • Dakann
  • Konstancja
  • 6kiler
  • Owieczka!
  • michalito
  • Redakcja

Czytali także

Dodaj komentarz

Formularz dodawnia komentarzy
  1. obrazek CAPTCHA zabezpieczenie przed SPAM-em Nie widzisz obrazka? przeładuj obrazek
Focus Śledczy
Oblicz swoje IQ
Strategiczna gra wojenna na przeglądarkę!
Spacery z Focus Historia
Doradca Focus