Jak można polować na zwierzę, którego już nie ma? Kły mamutów warte miliony

Kazimierz Pytko

Reportażysta, podróżnik. Współpracownik "Focusa" i "Focusa Historii". Laureat Nagrody Kisiela.

Pod koniec maja, gdy topnieją syberyjskie śniegi, na daleką północ ruszają zwabieni wizją bogactwa amatorzy, zawodowcy i członkowie grup przestępczych. W październiku wracają ze zdobyczą

Jeśli do człowieka uśmiechnie się szczęście, może zarabiać 20 tys. dol. dziennie” – wyznał poszukiwacz szczątków mamutów Aleksandr Watagin reporterowi magazynu „Tomskij obzor”. Do Watagina szczęście uśmiechnęło się na przełomie wieków, gdy znalazł czaszkę prehistorycznego zwierzęcia, którą sprzedał amerykańskiemu kolekcjonerowi za 35 tys. dol. To wystarczyło na rozkręcenie biznesu. Dziś nie brudzi już sobie rąk błotem, z którego wygrzebywał pierwsze zdobycze. Nad syberyjską tundrą lata helikopterem. Co kilka tygodni ląduje w osadzie Andiuszkino na północno-wschodnim krańcu Jakucji. Tam skupuje mamucie szczątki znoszone przez rybaków i pasterzy reniferów. Płaci im od 10 do 200 dol. za kilogram. „Trzeba dużej wiedzy i doświadczenia, by prawidłowo ocenić jakość materiału” – mówi Watagin. On jedno i drugie zdobył, penetrując dorzecze Kołymy i deltę Leny.

Śnieg odsłania kości

Mamuty pojawiły się na Ziemi pięć milionów lat temu, wyginęły pod koniec ostatniej epoki lodowcowej. I choć naukowcy oszacowali, że żyło ich 150 mln, odnalezienie szczątków tych wspaniałych zwierząt wcale nie jest proste. Najwięcej szkieletów i ciosów kryje wieczna zmarzlina Jakucji, krainy o powierzchni dziesięć razy większej od Polski. Równie zasobne półwyspy Tajmyr i Jamał mają 1000 km długości i są niemal bezludne. Łatwiej się tam zgubić niż cokolwiek znaleźć.

„Ciosy mamutów czasem wystają z dna rzeki, czasem ze stromych urwisk. Stoisz więc w lodowatej wodzie i kopiesz delikatnie saperką, by nie uszkodzić zdobyczy. Można wytrzymać nie więcej niż dwie trzy godziny w ciągu dnia” – zdradza Watagin. Kolejną trudnością jest wrogość tubylców, którzy niechętnie patrzą na obcych włóczących się po okolicy.

Watagin sobie poradził – zaprzyjaźnił się z Jukagirami, ludem zepchniętym przez Jakutów i Rosjan na najdalszą północ. „Szamani po naradzie uznali, że przyjmują mnie do swego ludu. Jestem więc Jukagirem”. Ten układ zadecydował o jego sukcesie, bo ci świetnie znający tundrę ludzie zostali jego dostawcami.

Watagin ma konkurencję, choć samotni poszukiwacze praktycznie nie mają szans w porównaniu z grupami zorganizowanymi, które penetrują teren georadarami, docierają do obiecujących miejsc wodolotami, skuterami, pojazdami na gąsienicach. A trzeba się najeździć, bo tereny wokół skupisk ludzkich już ogołocono. Najbardziej zdeterminowani wyruszają na archipelagi wysp Morza Wschodniosyberyjskiego. Kto naprawdę chce zarobić, spędza tam całe lato. Potem zapada polarna noc, sztormy uniemożliwiają powrót z ciężkim ładunkiem. Zamożniejszych stać na helikoptery, reszta musi czekać w ekstremalnych warunkach, aż morze zamarznie i będzie można przeprawić się po lodzie.

Z powodu ocieplenia klimatu wieczna zmarzlina topnieje szybko i wyłania się coraz więcej kości. Na szczątki mamuta stale jest popyt. Watagin ciosy sprzedaje do zagranicznych muzeów i prywatnych kolekcji za 20–30 tys. dol., zrekonstruowane szkielety – za 180–300 tys. dol. Nie ma wyrzutów sumienia, że pasterzom płaci 20 razy mniej. „Pieniądze, które dostają ode mnie, to ich jedyne źródło dochodów. Są mi wdzięczni” – tłumaczy. Współpracuje też z dobrze widzianym na Kremlu paleontologiem Fiodorem Szydłowskim, który po latach badań prehistorycznej fauny Jakucji założył moskiewskie Muzeum Epoki Lodowcowej. Watagin dostarcza do tej placówki eksponaty, w zamian za licencję nie tylko na poszukiwanie, ale i – co zdarza się wyjątkowo – na eksport mamucich kości, ciosów i szkieletów.

Włochate słonie

Najstarsze wzmianki o wykorzystywaniu kości mamutów pochodzą z IV w. p.n.e. z Chin. W Europie pierwszej udokumentowanej sprzedaży ciosu mamuta dokonano w 1611 r. w Londynie. Od tego momentu na rynki europejskie zaczęły napływać coraz większe ilości tajemniczego surowca z podbijanej przez Rosjan Syberii. Wykonywano z niego kule bilardowe, klawisze instrumentów, figury szachowe, różańce, tabakiery, wisiorki itp. Przeciętny użytkownik nie odróżniał kości mamuciej od słoniowej. Uczeni też zresztą nie i jeszcze w XVIII wieku w brytyjskim Royal Society zastanawiano się, w jaki sposób żyjące w tropikach słonie przedostały się na zimną północ. Dopiero gdy misja dyplomatyczna wysłana w 1806 r. przez księcia Adama Jerzego Czartoryskiego do Chin wróciła z „włochatym słoniem”, okazało się, że to jego wymarły krewniak. Symulacja zmian temperatury wykonana przez paleontologa prof. Adriana Listera z londyńskiego Muzeum Historii Naturalnej wykazała, że trawiaste stepy, na których pasły się mamuty, po epoce lodowcowej porosły lasami. Zniknęło 90 proc. siedlisk, więc mamuty wymierały z głodu. Resztę wybili ludzie, którzy pojawili się na Syberii przed 40 tys. lat. Polowali na ich mięso, odziewali się w ich skóry, a z kości i kłów wytwarzali narzędzia, broń, ozdoby i szkielety szałasów. Mamuty ostatecznie wyginęły ok. 4–5 tys. lat temu.

Gdy handel kością słoniową był jeszcze legalny, za szczątkami mamutów nikt się specjalnie nie uganiał. Łatwiej było przecież zabić słonia i odciąć mu ciosy niż szukać kości na rozległych pustkowiach Syberii. W efekcie słonie afrykańskie znalazły się na granicy wyginięcia (w latach 1979–1989 ich populacja zmniejszyła się z 1,3 mln do 600 tys.).

Z czasem ciosy mamutów uznano za cenny zamiennik kości słoniowej, a poszukiwania „włochatych słoni” stopniowo zaczęły się profesjonalizować. Śladem pasterzy i rybaków podążyli pracownicy firm eksploatujących syberyjską ropę i gaz, po nich pojawili się biznesmeni i gangsterzy. Oficjalny eksport mamucich kości wzrósł z 30 ton na początku XX w. i obecnie utrzymuje się na poziomie do 60–80 ton rocznie; wielkość przemytu trudno oszacować.

Ciosy tych wymarłych zwierząt to jedyny pełnowartościowy substytut kości słoniowej – mają podobną barwę, teksturę, twardość, można w nich rytować i rzeźbić. Tylko eksperci potrafią je odróżniać po widocznych na przekroju tzw. prążkach Huntera-Schregera. Ze względu na ich walory wielu ekologów wręcz zachęca do poszukiwania prehistorycznych szczątków, mając nadzieję, że ograniczy to zakazany, ale wciąż uprawiany handel kością słoniową. W naszyjniku z kości mamutów pokazała się Michelle Obama.

W teorii głoszącej, że mamuci biznes jest zbawienny dla zagrożonych gatunków, wszystko się zgadzało, lecz praktyka okazała się skomplikowana. Przemytnicy opłacający afrykańskich kłusowników szybko odkryli, że legalny handel ciosami mamutów może stanowić „przykrywkę” dla szmuglowania tego, co zakazane. Gdy dr Sam Wasser, biolog z Uniwersytetu Waszyngtońskiego sprawdził kilka partii towaru trafiającego do USA, odkrył, że jako mamucie próbowano wwieźć nie tylko kości słoni, lecz także objętych ścisłą ochroną hipopotamów.

Coraz częściej rozlegają się więc głosy żądające objęcia zakazem handlu również ciosów mamutów. Zdecydowały się na to tylko Indie i kilka stanów w USA. Nie chcą o tym słyszeć główni eksporterzy i importerzy – Rosjanie i Chińczycy. Władze w Pekinie wprowadziły system pozwalający na sprzedaż wyrobów z ciosów mamutów wyłącznie licencjonowanym sklepom; zamknęły nielegalne fabryki i manufaktury; nagłośniły procesy przemytników. Jednak ba- dania przeprowadzone przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody (IUCN) wykazały, że

większość licencjonowanych sklepów w Pekinie, Szanghaju i Hongkongu nie ma kart identyfikacyjnych oferowanych produktów. Oznacza to, że mogły być równie dobrze wykonane z kości słoniowej. Kontrole wykazały, że 78 proc. sklepów w Pekinie i 89 proc. w Szanghaju sprzedających wyroby z tego surowca działa bez zezwoleń. Pokusa jest zbyt silna, gdyż od 2002 r. ceny produktów z kości mamuciej w Szanghaju wzrosły osiem razy, w Pekinie – aż trzynastokrotnie. Podobnie dzieje się w Moskwie i Petersburgu, gdzie w luksusowych butikach można kupić rozmaite bibeloty ze szczątków prehistorycznych zwierząt. Najbardziej pożądane przez azjatyckich krezusów są jednak idealnie zachowane ciosy mamutów. Ceny 3-4 metrowych okazów sięgają nawet miliona dolarów. Wieści o tym docierają na Syberię, więc mamucia gorączka nie opadnie, dopóki kości jednym będą przynosiły fortunę, a innym – nadzieję na odmianę losu.  

  • Kategoria: Przyroda
  • Data:
  • Źródło:
  • c
Komentarze