Dzikie dzieci. Porzucone przez cywilizację, zdane na siebie

Zuzanna Kisielewska

Dziennikarka, z wykształcenia kulturoznawca, w wolnych chwilach podróżuje po świecie, najchętniej po Azji.

Zamiast się bawić polują albo jedzą padlinę. Zamiast rozmawiać, beczą albo warczą. Śpią w norach i budach, nigdy się nie uśmiechają. Czy dzikie dzieci są jeszcze ludźmi?

Zwyczajne mieszkanie w Wołgogradzie. Wśród klatek, porozsypywanego jedzenia i ptasich odchodów siedzi siedmioletni chłopiec. Macha rękami jak ptak. „Kiedy się do niego mówi, ćwierka” – opowiada pracownica socjalna Galina Wolskaja, która znalazła chłopca. Jego matka nie biła go ani nie głodziła. Po prostu nigdy się do niego nie odzywała. Tę rolę przejęły hodowane przez nią ptaki.

Mały Rosjanin to jedno z dzieci, które wychowały się z dala od cywilizacji i bez kontaktu z językiem. Są nieświadome społecznych norm i zachowań, skazane na samotność. Chyba że adoptują je zwierzęta.
Bezdomne psy w Rosji zajęły się małym Iwanem, syryjskie gazele przyjęły do stada chłopca, w Turcji dziewczynka wychowała się z niedźwiedziami, Sidi Mohamed z Ugandy spędził 10 lat wśród strusi. Doniesienia o dzikich dzieciach zawsze elektryzują, chociaż ich fenomen znany jest od tysiącleci. Najpierw opiewano je w mitach (o Zeusie, którego wykarmiła koza, o Remusie i Romulusie wychowanych przez wilczycę), później pisano o nich książki. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Kipling stworzył Mowgliego, a Burroughs Tarzana, ich historie zderzyły się z rzeczywistością.

Wilcze dziewczynki

„Nie mogłem uwierzyć, że zwierzę może być aż tak wielkoduszne wobec człowieka” – zapisał w 1920 roku misjonarz Joseph Singh, prowadzący sierociniec w Midnapore (północne Indie). Zwierzę, o którym mowa – wilczyca – zginęło od strzału. Singh musiał ją zabić, aby wyciągnąć z nory dwie małe dziewczynki. Kiedy zobaczył je po raz pierwszy, biegały po lesie w towarzystwie wilków, węsząc i tropiąc z głowami przy ziemi. Postanowił je schwytać, ochrzcić i zabrać do sierocińca. Do dziś nie wiadomo, czy dwuletnia Amala i ośmioletnia Kamala były siostrami. Jedno miały wspólne – wilczy umysł. Spały razem zwinięte w kłębek. Budziły się z księżycem i wyły z tęsknoty za wolnością. Tak długo biegały na czworakach, że ich stawy i ścięgna się zdeformowały – nie mogły wyprostować nóg ani chodzić jak ludzie. Kiedy Amala umarła w wyniku infekcji nerek, Kamala przeżyła szok. To wtedy, jeden jedyny raz w życiu, zapłakała.

Singh poczuł, że musi uczłowieczyć dziewczynkę. Robił jej masaże, żeby mogła stać na nogach. Uczył ją normalnie jeść, spać z innymi dziećmi i cieszyć się towarzystwem ludzi. Jednak aż do śmierci w 1929 roku, kiedy chciała biec – Kamala padała na czworaka. Podczas gdy normalne dwuletnie dziecko uczy się w tydzień przeciętnie 40 słów, ona poznała 12 w trzy lata.

Obiekty badań

Ugandyjczyk John Ssabunya miał siedem lat, gdy ludzie schwytali go, chroniąc się przed ciosami małp, które rzucały w nich patykami i kamieniami. Cały był w bliznach i ranach. Kolana miał zrogowaciałe od czołgania i raczkowania. Nie mówił. Nie płakał. Swoją historię opowiedział dopiero po kilku latach, kiedy na nowo nauczył się porozumiewać.

Gdy miał cztery lata, uciekł z domu ze strachu przed ojcem, który zamordował jego matkę. Schronienie znalazł w dżungli, zaopiekowała się nim grupa koczkodanów.

Według prymatolog dr Debbie Cox fakt, że John nauczył się porozumiewać z koczkodanami lepiej od specjalistów, świadczy o tym, że mógł zostać przyjęty do grupy jako peryferyjny członek. Ile dokładnie spędził czasu z małpami? Na ile został przez nie zaakceptowany?

Na takie pytania najczęściej brak odpowiedzi. „Przeszłość dzikich dzieci zazwyczaj pozostaje tajemnicą, a dowody na ich wychowanie wśród zwierząt nigdy nie są satysfakcjonujące. To po prostu zeznania z drugiej albo trzeciej ręki” – twierdzi Adriana Benzaquen, autorka książki „Spotkania z dzikimi dziećmi. Pokusa i rozczarowanie w badaniach nad ludzką naturą”. Doniesienia o takich dzieciach prowokują dyskusje i skłaniają do trudnych pytań. Czym różni się człowiek od innych zwierząt? W jakim stopniu nasze umiejętności są wrodzone, a w jakim nabyte?

„Dzikie dzieci są naturalnym eksperymentem, którego nie mamy prawa przeprowadzać” – mówi prof. James Law, językoznawca i terapeuta. Każde odkryte przez świat dzikie dziecko jest więc dla nauki niezwykle cenne i brane natychmiast pod lupę. Mimo wielu trudności naukowcom udało się ustalić kilka faktów.

Niski wzrost, mały mózg

Po pierwsze, dzikie dzieci charakteryzuje szczególny stan psychofizyczny. „Strach przed ludźmi, brak albo bardzo słabo rozwinięta umiejętność mowy, niezdolność używania sztućców i toalety, anormalne interakcje z ludźmi” – wymienia główne symptomy syndromu Mowgliego dr Bruce D. Perry, lekarz zajmujący się psychiką dzieci dotkniętych traumą. „To pacjenci z ostrymi zaburzeniami fizycznymi lub poznawczymi, których przyczyną nie są czynniki biologiczne, lecz poważne zaniedbanie” – dodaje.

Te dzieci nie znają kultury i empatii, nie identyfikują siebie jako ludzi. Prawdziwe indywidua o dziwnych nawykach.

John podczas pobytu w lesie w ogóle nie pił wody – tak jak koczkodany czerpał ją z owoców. Amala i Kamala jadły wyłącznie surowe mięso, którego zapach wyczuwały z 200 metrów.

Psychologowie i antropologowie są zgodni co do tego, że dzikie dzieci uświadomiły nam, jak olbrzymi wpływ na nasz rozwój ma kultura. Pewne doświadczenia w dzieciństwie są po prostu niezbędne do prawidłowego rozwoju mózgu. „Okazuje się, że z powodu braku stymulacji w pierwszych latach życia mózg może być mniejszy i nieprawidłowo rozwinięty. U niektórych obserwuje się słabe pofałdowania kory mózgowej, a w skrajnych przypadkach jej częściowy zanik” – tłumaczy dr Perry.

Życie w stresie może blokować u tych dzieci produkcję hormonu wzrostu. „Jest to tzw. syndrom Kaspara Hausera. Niski wzrost tych dzieci to także efekt braku zdrowej stymulacji i złego odżywiania się” – twierdzi dr Perry.

Ludzie czy nie?

Od śmierci Amali, Kamala bardzo zbliżyła się do żony Singha i do końca życia jej nie odstępowała. Może takie dzieci nie radzą sobie z językiem i nie potrafią nawiązywać międzyludzkich relacji, ale zachowują coś bardzo ludzkiego – potrzebę miłości. Mimo że zmiana wyizolowanego dziecka w świadomego członka społeczeństwa jest praktycznie niemożliwa, nie ma wątpliwości, jak „klasyfikować” takie dzieci. „Bez względu na to, czy dorastały wśród ludzi, zwierząt, czy w odosobnieniu, zawsze, mimo widocznych różnic, pozostają ludźmi” – podkreśla dr Perry. Dzieci te osiągnęły coś niezwykłego – pokonały przepaść, dzielącą ludzi i zwierzęta.

Czyżby stanowiły więc „brakujące ogniwo”?

Komentarze