Tych, którzy nie ponieśli śmierci na miejscu, dobijano ciężkimi maczugami porras. Innym skutecznym sposobem na zatrzymanie wierzchowców były bolas – kilka kul uwiązanych do długiego powroza – którymi oplątywano nogi zwierzęcia, doprowadzając do jego upadku (mistrzowie tej sztuki potrafili złapać w ten sposób zwinne wigonie). Poza tym konie były bezużyteczne w wąskich uliczkach miast, a w górach cierpiały na równi z Europejczykami na objawy choroby wysokościowej.

Słynne inkaskie trakty były przystosowane do karawan lam lub gońców, a nie podkutych koni, które na zboczach lub wyciętych w skałach schodach ślizgały się niemiłosiernie. „Ta droga była tak zła – przyznawał Hernando Pizarro, brat Francisca – że z łatwością mogli nas tam dopaść albo na innym przejściu do Cajamarki. Ponieważ nawet najbardziej wprawni nie mogli dosiadać koni na tych drogach, poza nimi też nie byliśmy w stanie wykorzystać ani konnicy, ani piechoty”.

TAKTYKA WARIATA

Przerysowane znaczenie jazdy i uzbrojenia potwierdzają wydarzenia w 1536 roku podczas oblężenia Cuzco przez Indian. Spośród około dwustu żołnierzy, jakich Francisco Pizarro wysłał z Limy na odsiecz, do inkaskiej stolicy nie dotarł… ani jeden! Wybito prawie wszystkich Hiszpanów, których tym razem nie miał kto ubezpieczać. Na dowód łatwego triumfu Inkowie posłali oblężonym worki zawierające głowy rodaków. Niestety sami zniweczyli efekt psychologiczny, na jaki liczyli, bo nie zdając sobie sprawy z wagi słowa pisanego, pozostawili w owych workach – bezwartościowe w ich mniemaniu – listy Hiszpanów. A z nich wynikało, że Lima nie została zdobyta, i że Pizarro cały czas próbuje przyjść z odsieczą obrońcom Cuzco. Jared Diamond w znakomitym opracowaniu „Strzelby, zarazki, maszyny” zauważa, że Hiszpanie mieli odpowiednią wiedzę z zakresu wojskowości i byli mentalnie przygotowani do długiej walki. To sprawiło, że dzięki niedopatrzeniu inkaskiego władcy w oblężonych wstąpił nowy duch. To nie jedyny przykład, gdy odmienne zasady walki Inków obracały się przeciw nim. Okrzyk wojenny, który wydawali, gdy rzucali się do boju, zamiast odstraszać wroga, ułatwiał Hiszpanom orientację, ponieważ ujawniał obecność agresorów. Brzemienna w skutki była również taktyka inkaskich dowódców, którzy za punkt honoru i odwagi uznawali stawanie na czele idących do boju wojowników. Fakt ten bezlitośnie wykorzystywali konkwistadorzy, jednym uderzeniem likwidując ogniwa dowodzenia. „Chociaż mogłoby się wydawać, że nasi ludzie specjalnie ich wybierali, tak nie było. Oni zginęli, bo poruszali się na czele swoich ludzi i nieuchronnie pierwsi musieli przyjąć nasz atak” – zaznaczyli jednak w zbiorze kronik.

Pozbawieni dowództwa żołnierze szli w rozsypkę, bo indiańskich dowódców ce-chowała też niezdolność do dawania odpowiednich i skutecznych rozkazów, nie mówiąc o egzekwowaniu dyscypliny. „Indianie tylko do północy dobrze trzymają straż, a po północy wszyscy zasypiają. My, Hiszpanie, wiele razy tego doświadczyliśmy podczas podboju ich kraju” – tłumaczył Pedro Pizarro.

W radosne osłupienie wprawiał Europejczyków widok wycofujących się wojsk inkaskich, gdy zbliżał się… czas zasiewów lub zbiorów, a nawet pełnia księżyca! Powodem do zaniechania walki były również święta religijne.

Na przykład w 1572 r. ostatnia twierdza przed Vilcabambą została porzucona na łaskę maszerujących Hiszpanów, bo inkascy wojownicy wycofali się, by uczestniczyć w ceremoniach związanych z Inti Raymi (święto Słońca) i przesileniem zimowym.