MIT WIRAKOCZY

Andyjski mit, który przytacza kronikarz Cieza de León, opowiada o przybyciu jasnowłosego mężczyzny o białej skórze: „Indianie mówią,  że zanim zapanowali Inkowie, (...) nagle pojawił się z południa biały dostojny człowiek ogromnego wzrostu. Był tak potężny, że góry zamieniał w doliny, a doliny w góry, sprawiając, iż potoki płynęły z żywych kamieni. (…) Za jego sprawą spotkało ich wiele dobra. (…) Po drodze uczył ludzi, jak mają żyć, zwracając się do nich z wielką miłością i serdecznością, napominając, by byli dobrzy, nie czynili innym krzywdy, kochali się nawzajem i okazywali sobie miłosierdzie. W większości miejsc nazywano go Wirakocza”. Gdy konkwistadorzy dotarli do Cacha, natknęli się na posąg brodatego bóstwa w długiej szacie, które według Garcilaso de la Vegi: „miało zarost na twarzy, odmiennie od Indian, którzy zazwyczaj zarostu nie mają, i odziane było w szatę do pięt, różną od stroju noszonego przez Indian, który nie sięga poniżej kolan. To stąd się wzięło, że nazwali Vira cochami pierwszych Hiszpanów, którzy wtargnęli do Peru, ponieważ widzieli, że mają brody i całe ciało okryte ubraniem”. Utożsamianie konkwistadorów z wysłannikami Wirakoczy niewątpliwie było dla nich sporym ułatwieniem w pierwszych miesiącach konkwisty,  gdyż zanim Inkowie zorientowali się, że biali nie zostali przysłani przez boga, a raczej  przez diabła, było za późno.

NIEWIDZIALNY KOŃ TROJAŃSKI

Najważniejsze jednak, że podbój państwa Inków zaczął się de facto już… przed przybyciem agresorów. Potężnym orężem okazała się broń biologiczna – pojawienie się epidemii ospy zdziesiątkowało szeregi indiańskiego wojska, zanim jeszcze doszło do konfrontacji zbrojnej. Nie mogąc zliczyć ofiar, jezuita Martin de Murua zapisał jedynie, że zmarły „niezliczone tysiące zwykłych ludzi”. Zdaniem historyków liczba chorych mogła iść w miliony, zaraza dotknęła też rodzinę królewską. Ojczyzna Inków za sprawą nieustannego ruchu ludności była idealnym środowiskiem dla rozwoju epidemii. Można nawet odnieść wrażenie, że dzięki sieci dobrych dróg wirus ospy pokonywał dystans niczym w siedmiomilowych butach.

Jak to się stało, że zaraza wyprzedziła konkwistadorów? Najpierw, a było to pod ko-niec 1518 lub na początku 1519 r., choroba przywleczona przez Europejczyków pojawiła się na Hispanioli (Haiti). Tam błyskawicznie położyła trupem połowę Arawaków i niemal natychmiast przeskoczyła przez cieśniny do Puerto Rico i innych wysp Antyli Wielkich, dokonując tam podobnych spustoszeń. Epidemia nie tylko fizycznie przetrzebiła Indian, ale wywarła również niezwykle silny efekt psychologiczny – powodowała demoralizację i dezorganizację. Pojawił się defetyzm. Bo najeźdźcy, którzy potrafili zabijać na taką skalę, nie mogli być zwykłymi śmiertelnikami! Wyciągnięcie wniosku, że bóstwo chrześcijan jest potężniejsze od ich własnych bogów i że wszelki opór nie zda się na nic, to przejaw fatalizmu, który był częścią inkaskiej religii. Taki defetyzm ogarnął jeszcze przed pojawieniem się bandy Pizarra króla Huaynę Capaca, ojca Atahualpy. W 1528 r. uwierzył doniesieniom wróżbitów, zwiastującym według wszystkich „znaków na niebie i ziemi” koniec świata.

Jednak przyczyna hipotetycznej boskości konkwistadorów nie leżała ani w zbrojach, ani w prochu, dzięki któremu mogli strzelać na odległość znacznie większą niż łuki, ani nawet w kawalerii. Inkowie uważali ich za nadludzi, ponieważ wydawali się całkowicie odporni na okropną plagę. Miało to ogromny wpływ na psychikę autochtonów, bo – zauważał Pedro Pizarro – „jedno o Indianach trzeba powiedzieć, gdy zwyciężają, podążają za tobą jak demony; dopiero gdy przegrywają, są jak mokre kury”.

NAUKI CORTEZA

Francisco Pizarro dysponował swoistym poradnikiem „Jak podbić królestwo Peru”, który zawdzięczał swemu dalekiemu kuzynowi Hernánowi Cortésowi. Zastosował podobną taktykę: uwięził indiańskiego króla i wykorzystał niezadowolenie podbitych ludów. Hiszpanie wiedzieli, że ich przetrwanie, a potem ostateczne zwycięstwo, zależy od podtrzymywania rywalizacji pomiędzy inkaskimi rodami. Dowodzi tego list do króla Hiszpanii, w którym zarządca z Cuzco Luis de Morales stwierdzał, że marionetkowy władca Paullu Inka był „wielką podporą, ponieważ gdyby jej zabrakło, a on próbował ich obalić, rozpoczęłoby się krok po kroku tępienie wszystkich Hiszpanów żyjących w Peru”.

Właściwie nie wiadomo, dlaczego pogląd, jakoby Hiszpanie mogli sami podbić wielomilionowe imperium, wciąż pokutuje w podręcznikach, a nawet najnowszych opracowaniach. Przecież już świadek wydarzeń Pedro Pizarro przyznawał, że gdyby „kraj ten nie był rozdarty wojną domową [do której doszło w kraju dotkniętym epidemią], nie zdołalibyśmy nawet tam wylądować, nie mówiąc o jego zagarnięciu”. Decydująca była pomoc indiańskich sojuszników, którzy dostarczali bezcennych informacji, pełnili rolę szpiegów i doradców, próbując wykorzystać powstałą sytuację do realizacji własnych celów. Nawet Huascar (przyrodni brat Atahualpy) poparł Pizarra, a potem podobnie postąpił jego brat Manco, który przeszedł na hiszpańską stronę. Jak skomentował konkwistador Mansio Serra de Leguizamón, jeden ze świadków pojmania Atahualpy: „Gdyby sami Inkowie nie wspierali Hiszpanów,  podbicie tego królestwa byłoby rzeczą niepodobną”.