Czy dyscyplinowanie dzieci karami to dobry pomysł?

Każdy rodzic chciałby przejść przez wychowanie własnej córki czy syna tanecznym krokiem, a przynajmniej bez potknięć i pomyłek wychować wartościowego człowieka. Tylko… jak to zrobić?

“Całe wychowanie współczesne pragnie, by dziecko było wygodne, konsekwentnie krok za krokiem dąży, by uśpić, stłumić, zniszczyć wszystko, co jest wolą i wolnością dziecka, hartem jego ducha, siłą jego żądań i zamierzeń. Grzeczne, posłuszne, dobre, wygodne, a bez myśli o tym, że będzie bezwolne wewnętrznie i niedołężne życiowo” – pisał Janusz Korczak w książce „Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie” wydanej po raz pierwszy pod koniec 1918 roku.

Blisko sto lat później marzenie rodziców o idealnym i grzecznym dziecku jest nadal aktualne. Który rodzic nie chciałby przejść przez wychowanie własnej córki czy syna tanecznym krokiem, bez potknięć i pomyłek? Do wychowawczej listy życzeń dodałby z pewnością pragnienie tego, by jego dziecko było szczęśliwe i odnosiło sukcesy. Jak kształtować młodego człowieka, żeby w dorosłym życiu budził się z poczuciem szczęścia i spełnienia? Pilnując kindersztuby czy luzując cugle? A może próbując odnaleźć złoty środek? Tylko czym on jest i gdzie go szukać?

 

W imię posłuszeństwa

Rok 1976. Słoneczny dzień, pora obiadowa. Czterolatek piątą godzinę siedzi przy kuchennym stole nad talerzem rosołu. Nie chce go jeść, zupa już dawno wystygła, ale wie, że nie wstanie, dopóki nie skończy. Łzy kapią, ale tak zdecydowali rodzice, takie panują reguły w domu. Czego nauczy się to dziecko? „Posłuszeństwa i dyscypliny – mówi dr Ewa Woydyłło, psycholog. – I tego, że silniejszemu trzeba się zawsze podporządkować. Że własne potrzeby, a także własne zdanie, pragnienie, zainteresowania, nie są tak ważne jak silniejszych i tych, którzy mają władzę. O sobie dziecko wychowywane dyscyplinarnie dowiaduje się, że nie ma nic do gadania. Ma się tylko nauczyć działania na rozkaz, pod groźbą jakiejś kary. Na przykład, że nie będzie kochane, nie otrzyma pieszczot, czułości, uznania, miłości. Do sekt uciekają często osoby, które jako dzieci zostały zimno wyszkolone w bezwarunkowym posłuszeństwie. Gdy trochę podrosną, to po prostu zmieniają swoich »panów«, mszcząc się bezwiednie (lub nawet świadomie) za niewolnicze dzieciństwo. Posłuszeństwo to obcięte skrzydła”.

Kolejny przykład – rok 1991. Dziewięciolatka, której mama jest nauczycielką a tato policjantem, najczęściej dostaje czwórki. Za każdym razem słyszy jednak pytanie: „A dlaczego nie piątki?”. Dwadzieścia kilka lat później ta sama dziewczynka – już dorosła kobieta – będzie biegle posługiwać się kilkoma językami, prowadzić własną firmę, jednocześnie obroni doktorat i wciąż będzie płakać w gabinecie psychoterapeuty, że nie jest wystarczająco dobra. Dlaczego tak się dzieje, skoro obiektywnie patrząc na jej osiągnięcia, ma na koncie niejeden sukces? Bo nigdy nie usłyszała, że jest akceptowana taka, jaka jest. Z czwórkami i innymi, pozaszkolnymi niedoskonałościami, które każdy z nas ma. Bo nauczyła się, że jeśli nie będzie najlepsza, rodzice nie będą z niej zadowoleni, zawsze będą skrzywieni. I nawet kiedy ich zabraknie, kiedy umrą, sama będzie podnosić sobie poprzeczki. Może nawet zrobi habilitację, zostanie profesorem, jej firma będzie odnotowywać zyski na wysokim poziomie, a ona mimo to będzie sfrustrowana. Czemu? Bo w podświadomości wciąż będzie starała się zapracować na akceptację rodziców.

W książce Kathryn Stockett „Służące”, której akcja toczy się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na amerykańskim południu, gdzie segregacja rasowa ma się wciąż jeszcze świetnie, czarnoskóra niania białej dziewczynki codziennie powtarza jej do ucha mantrę: „Jesteś dobra, jesteś mądra, jesteś ważna”. Jeśli opiekunka jej tego nie powie, mała od nikogo innego nie usłyszy takiego zapewnienia. Oby słowa niani wystarczyły tej fikcyjnej dziewczynce, żeby wejść w dorosłość z poczuciem własnej wartości. 

I jeszcze jeden przykład tego, jak można dyscyplinować dziecko. Jest rok 2012. Do gabinetu psychoterapeuty młodzieży trafia ojciec nastolatka nieprzykładającego się do nauki. Jedynym pomysłem ojca na zdopingowanie syna jest powtarzanie mu, że jeśli nie będzie się uczyć, skończy jako śmieciarz albo sprzątacz ulic. Pomińmy już fakt, że taki przekaz uczy braku szacunku do innych, że segreguje ludzi na lepszych i gorszych, mniej i bardziej potrzebnych. Ojciec, kiedy był dzieckiem, też słyszał takie zdania i jak mówi, a jego pozycja zawodowa i materialna są tylko tego potwierdzeniem, wyszedł na ludzi.

Dla niego takie rady okazały się dobre. Ale jego własne dziecko, choć krew z krwi i kość z kości – jak lubią podkreślać rodzice, nie jest nim samym. To już zupełnie odrębny człowiek, z innymi upodobaniami i potrzebami, i nie można mieć pewności, że jego syn na podobne stwierdzenie zareaguje wzruszeniem ramion i pozostanie przy swoim zdaniu. Wystarczy, że będzie bardziej wrażliwy, nieśmiały, wycofany i odbierze te słowa jako komunikat: „jestem nic niewart”, a takie etykietki potrafią przykleić się do człowieka na całe życie. A kiedy  przydarzy się porażka, co prędzej czy później nieuniknione, potraktuje to jako dowód i potwierdzenie tezy ojca.

 

Do zdrowszego wychowania

Dlaczego dyscyplinowanie dzieci za pomocą wszelkiego rodzaju kar, wyrażania dezaprobaty, czasowego odosobnienia, stanowczego, gwałtownego sprzeciwu czy też wstrzymywania przywilejów i ograniczania przyjemności nie przyniesie oczekiwanych skutków? „Dyscyplina to taki sposób wychowywania dzieci, który zakłada, że mają one wykonywać zadania według wymyślonej przez rodzica wizji, bez zastanowienia się, czy dziecko ma w sobie na to gotowość, czy jest to dla niego możliwe i jakie emocje w dziecku może wywołać oczekiwanie rodzica – mówi Patrycja Rzepecka, psychoterapeutka dziecięca. – I nawet jeśli w dyscyplinowaniu dziecka nie ma kar, fizycznych czy emocjonalnych, to dyscyplina będzie się opierać na rozkazach i realizowaniu wizji porządku, którą rodzic ma w głowie i którą najprawdopodobniej wyniósł z rodzinnego domu. Przekazywanie dzieciom swoich wartości nie jest niczym złym, to oczywiste, ale można to realizować w różnoraki sposób”.

 

„Są dwa rodzaje dyscypliny: twarda lub miękka – dodaje dr Ewa Woydyłło. – Celem twardej jest kara, celem miękkiej – cierpliwe pomaganie w uczeniu się reguł współżycia i innych ważnych społecznie rzeczy. Miękką dyscyplinę realizuje się nie ze złością, lecz z miłością, wyrozumiałością, empatią i wiedzą o prawidłach rozwojowych dziecka. Główną potrzebą każdego dziecka jest poczucie bezpieczeństwa, akceptacja, ufność, że w razie niepowodzeń czy nieumiejętności rodzice będą gotowi dziecku pomóc, będą je kochać i wskażą właściwe rozwiązanie problemów, a jeżeli sami nie potrafią, to znajdą odpowiednich pomocników. Po to rodzice są. Po nic innego.

Rodzice mają wdrożyć dziecko do samodzielnego życia. A więc ich zadaniem jest nauczenie samodzielności w działaniach, decyzjach i ponoszeniu konsekwencji za swoje postępowanie. Rodzice uczą tego, co sami umieją. Przeważnie powtarzają własne doświadczenia i obserwacje, sądząc, że skoro tak było u nich w domu, to inaczej być nie może. To tak, jakby ktoś uznał, że skoro wyuczył się mowy ojczystej, to innych języków na świecie nie ma. Każdy miał jakiś dom rodzinny, jakichś rodziców, tak samo jak każdy jadał w dzieciństwie określone potrawy. A potem na przykład dowiaduje się, że oliwa jest zdrowsza od smalcu, warzywa są bogatsze w wartości odżywcze niż kluchy, i co? Zmieniamy dietę. Zaczynamy prowadzić zdrowszą kuchnię. Kupujemy podręczniki, oglądamy programy edukacyjne, wymieniamy się przepisami. I świetnie. W ten sposób uczymy się zdrowszego odżywiania. Dokładnie to samo można zastosować do »zdrowszego wychowania«”.

 

Czuła regulacja

Zatem jeśli nie dyscyplina, to co? Dr Martha Heineman-Pieper i William J. Pieper, amerykańscy psycholodzy kliniczni, autorzy książki „Smart Love”, będącej opisem ich trzydziestoletnich doświadczeń zawodowych i osobistych (jako rodz-ców piątki dzieci), proponują złoty środek, który nazywają czułą regulacją. Co to takiego? Mówiąc krótko – kierowanie dzieckiem bez stosowania kar. Ale jak można nie karać za wybieganie na ulicę, kłamanie, niewracanie do domu o umówionej porze i jazdę na rowerze bez kasku? Niektórzy rodzice żywią obawę, że jeśli będą zbyt pobłażliwi dla nieposłusznych dzieci, uchylą im furtkę i zachęcą do ponownego zachowania się w niewłaściwy sposób. Tymczasem Pieperowie twierdzą, że najlepszą reakcją na niebezpieczne czy groźne zachowanie jest przerwanie go w sposób, który nie sprawi dziecku dodatkowej przykrości.

Jeśli odkryjecie, że wasza dziesięciolatka łamie zasady – piszą autorzy – i jeździ na rowerze po ulicy, powinniście powiedzieć jej, że ponieważ wszystko wskazuje na to, że nie jest w stanie z własnej woli pozostać na chodniku, będziecie dbać o jej bezpieczeństwo, towarzysząc jej przez jakiś czas podczas przejażdżek. Choć córka może protestować, uświadomi sobie, że zależy wam na tym, aby nie stała się jej krzywda, i będzie chciała zachowywać większą ostrożność. Jeśli zaś każecie dziecku ponosić dodatkowe konsekwencje, na przykład wstrzymacie mu kieszonkowe, każecie umyć okna lub całkowicie zakażecie jeździć na rowerze, wasza pociecha dojdzie do wniosku, że chcecie, aby cierpiała z powodu swojego błędu.

„Nie lubię kar – mówi Łukasz Ługowski, pedagog i dyrektor Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii Kąt – ale jeśli już o nich mówimy, to najlepsze są kary naturalne, takie, które wynikają ze zdarzenia, będące jego konsekwencją. Na przykład – podarłeś spodnie, to teraz będziesz musiał poświęcić pół godziny, żeby je zszyć. Albo nie kupimy ci czegoś, o co prosiłeś, bo trzeba ci kupić nowe dżinsy, a nie mamy pieniędzy na obie rzeczy. Chyba że chcesz chodzić w dziurawych spodniach – wybieraj”. Kara nie może być też zemstą. Co to oznacza? Że nie może być odroczona w czasie. Daleka przyszłość dla dziecka to pojutrze, więc jeśli ukażemy je zakazem pójścia na czerwcowy koncert dlatego, że w marcu wagarowało, to będzie to nosiło znamiona zemsty. „Czasem najlepsze, co można zrobić, to odstąpić od kary, jeśli niczemu już nie służy, i zapytać: jak mogę ci pomóc? – mówi Ługowski – co możemy razem zrobić, żeby kolejny raz nie powtórzyć takiej sytuacji? Żeby kolejny raz nie wyszło tak kiepsko jak jest teraz?”.

„Zasady powinny być jasne i przewidywalne – dodaje Patrycja Rzepecka. – Rodzic powinien wiedzieć i jasno komunikować dziecku, czego od niego oczekuje, i nie zakładać, że reguły są oczywiste, bo dla dziecka czy młodego człowieka często takie nie są. Przejrzyste powinny być też konsekwencje, które zostały ustalone za nieprzestrzeganie zasad. To daje dziecku wybór – czy chce się stosować do ustalonych wspólnie reguł, czy chce je łamać i – jak każdy – narażać się na nieprzyjemne skutki”. Rzepecka przypomina też rodzicom, by nie reagowali zbyt emocjonalnie na zachowania dzieci, nie mówili o tym, jak dziecko nas rani, jak łamie nam serce.

Dzieci nie popełniają błędów po to, żeby nas zirytować czy zrobić nam na złość. Popełniają je, bo nie potrafią przewidzieć konsekwencji swoich zachowań i wyborów. Kiedy idą na wagary, to nie po to, żeby przysporzyć rodzicom kłopotów, bo muszą stawić się na wezwanie dyrektora szkoły, tylko dla-tego, że cała klasa uciekła z lekcji i w danej chwili ten wybór był atrakcyjny. Czasem najlepsze, co możemy zrobić, to przestać mierzyć dzieci miarą dorosłych i zaakceptować ich emocjonalną niedojrzałość, która jest częścią procesu rozwoju.

 

Umowy i konsekwencje

Sprawdzonym sposobem na uregulowanie domowych zasad polecanym przez Łukasza Ługowskiego jest też spisanie umowy między rodzicem i dzieckiem. Najlepiej kiedy spotykają się poza domem, w bezpiecznym dla obojga miejscu, w obecności postronnej osoby, której ufają i przy której czują się bezpiecznie. Ważny jest sposób zapisania takiego porozumienia – nie piszemy „umawiamy się, że wracasz o 21 do domu”, bo to nie jest umowa, tylko polecenie dorosłego. Umowa ma polegać na tym, że dziecko zobowiązuje się do powrotów o umówionej porze, a rodzic zobowiązuje się do robienia tego, na czym zależy dziecku, choćby do pukania przed wejściem do pokoju syna czy córki i czekania na sygnał, że można wejść. Jeśli któraś ze stron nie dotrzymuje obietnicy, przeprasza i ponosi tego skutki, które wcześniej zostały zapisane w porozumieniu. Rodzice powinni przestać bać się przyznawać do błędów i wyjść z roli tych, którzy jedynie wymagają i egzekwują konsekwencje.

 

Ważne też, żeby konsekwencji nie mylić z dyscypliną. „Konsekwencja w wychowaniu jest absolutnie potrzebna – podkreśla Ewa Woydyłło. – Polega na tym, że dziecko dowiaduje się, że dobre jest to, co robią jego rodzice i inni dorośli uczestniczący w tym procesie. Poza tym konsekwencja polega również na stawianiu i przestrzeganiu określonych granic. Na przykład: »W naszej rodzinie nie stosuje się przemocy«. No to się jej nie stosuje. Albo: »W naszym domu pomagamy sobie wzajemnie, nie mówimy wulgarnych słów, nie kłamiemy«. No to sobie pomagamy, nie klniemy i nie kłamiemy. Jest jeszcze jedna forma konsekwencji – konsekwentne  egzekwowanie zakazów lub wymagań. To bardzo ważne, ale osiąga się to stopniowo, powoli ucząc dziecko od małego rozumienia i współdziałania w takich sprawach, które dotyczą jego własnych zachowań i postępowania. Konsekwencją nieposprzątania przez czterolatka zabawek może być krótsza kąpiel albo odmowa jakiejś innej przyjemności. W szkolnym wieku konsekwencją nieodrobionych zadań może być nazajutrz szlaban na oglądanie telewizji”.

Być może ktoś uzna, że wychodzenie dziecku naprzeciw, próba spojrzenia na świat jego oczami, jest permisywizmem, zbytnią uległością i że dziecko trzeba trzymać krótko, bo tylko to powstrzyma je od pyskowania, agresji i sprawi, że będzie łatwe we współżyciu. Warto jednak może zastanowić się nad tym, co napisali autorzy książki „Smart Love” w rozdziale poświęconym wychowaniu nastolatków: „Wymierzanie kar za niepożądane zachowania przynosi takie same efekty w relacjach z nastolatkami jak w państwach, w których represyjne rządy próbują kontrolować umysły swoich obywateli. Skutkiem takiego działania będzie w najlepszym przypadku kruchy rozejm przejawiający się w postaci powierzchownej współpracy lub nikłego, udawanego posłuszeństwa, w najgorszym – otwarty bunt i opór”.

Do listy rodzicielskich marzeń, od których zaczyna się ten tekst, można dopisać pragnienie, by nastoletni bunt dzieci przebiegł możliwie jak najspokojniej. Ułatwić to może wzajemne zaufanie, ale na nie trzeba pracować od najmłodszych lat. Brytyjskie powiedzenie mówi: „Jeśli chcesz mieć przyjaciela, to nim bądź”. Zatem jeśli chcemy, żeby nasze dziecko przyjaźniło się z nami i ufało nam, to sami najpierw musimy stać się przyjacielem własnego dziecka.