27 stycznia 1967 r. przeprowadzano test lądownika księżycowego Apollo 1. Pojazd stał na platformie startowej w Centrum Lotów Kosmicznych na przylądku Canaveral. Eksperyment miał rutynowy charakter. Przez pięć godzin wszystko przebiegało normalnie. Nagle, kilka sekund po 23.30, astronauta Roger Chaffee krzyknął: „Ogień, czuję ogień”. Personel naziemny dostrzegł na monitorach dym wydobywający się spod fotela dowódcy Virgila Grissoma. Na jakąkolwiek reakcję było za późno. Płomienie rozprzestrzeniły się błyskawicznie, doszło do eksplozji, zginęła cała 3-osobowa załoga. Badanie przyczyn katastrofy wykazało, że podczas testowania systemów zasilania doszło do zwarcia instalacji elektrycznej. Iskra, która w normalnych warunkach byłaby niegroźna, w kabinie Apollo 1 stworzyła śmiertelne niebezpieczeństwo. Wnętrze statku wypełniał bowiem czysty tlen pod wysokim ciśnieniem. Z sekcji zwłok wynikało, że astronauci udusili się jeszcze przed rozprzestrzenieniem się ognia. Ale nawet gdyby przeżyli kilkadziesiąt sekund dłużej, nie zdołaliby wydostać się na zewnątrz – właz był tak skonstruowany, że jego otwieranie trwało co najmniej 5 minut.

Z tragedii wyciągnięto wnioski: zmieniono skład atmosfery w kabinie z tlenowej na mieszaninę tlenu i azotu w proporcjach 60:40, zmodyfikowano systemy ewakuacyjne i usprawniono mechanizm otwierania włazów.