Miliardy na pustkowiu - Umiejętność wykorzystania szczęśliwego zbiegu okoliczności zależy od nastawienia psychicznego

Znana anegdota opowiada o dwóch sprzedawcach obuwia wysłanych na pustynię z misją rozpoznawczą. Pierwszy raportował, że nic się nie da zrobić, gdyż wszyscy chodzą tu boso. Drugi wręcz przeciwnie, pisał z entuzjazmem o perspektywach na fantastyczny biznes, ponieważ nikt nie ma tu butów. Ten żart świetnie obrazuje różnice między pesymistą i optymistą. A jak przekonuje Richard Wiesman, psycholog badający zjawiska z pogranicza rzeczywistości i iluzji, od nastawienia psychicznego w znacznym stopniu zależy umiejętność wykorzystania szczęśliwego zbiegu okoliczności.

Potwierdził to wieloma eksperymentami. W najbardziej znanym podzielił uczestników na dwie grupy. W pierwszej znaleźli się ci, którzy sami o sobie mówili, że mają w życiu szczęście. W drugiej – pechowcy. Wszystkim wręczył gruby kolorowy magazyn i poprosił o policzenie znajdujących się w nim fotografii. W samym środku umieścił ogłoszenie, że każdemu, kto je zauważy, wręczy 100 funtów. Pechowcy skupieni na wykonaniu zleconego zadania w ogóle nie dostrzegli szansy na dodatkowy zysk, szczęściarze w większości ją wypatrzyli. Tak dzieje się nie tylko w pracowniach naukowców. Bywały lata, że w pierwszej dziesiątce najbogatszych ludzi Ameryki znajdowało się czterech członków rodziny Waltonów. Finansową potęgę klanu stworzył od zera Sam Walton, który zachował się dokładnie tak jak optymista z anegdoty.

Szefowie wielkich sieci handlowych omijali prowincję, uznając, że nie ma sensu budowanie wielkich marketów na terenach zamieszkanych głównie przez biednych farmerów. Walton złamał ten schemat, wychodząc z założenia, że prowincjusze też muszą robić zakupy, a ponieważ mają mniej pieniędzy, bardziej niż na estetykę zwracają uwagę na ceny.

Skupił się więc na ich maksymalnym obniżaniu. Budował wyjątkowo obskurne hale handlowe, ale pilnował, by wszystkie znajdowały się w takiej odległości od centralnego magazynu, że każdy zamówiony towar dotrze do nich w ciągu doby. Gdy interes zaczął się kręcić, składał olbrzymie zamówienia na ściśle limitowaną liczbę artykułów. Skala sprzedaży była tak wielka, że każdy producent chciał się dostać do sieci Waltona i godził na drastyczne obniżki cen. Zdaniem rutyniarzy, którzy zjedli zęby na handlu, inwestowanie na prowincji było kompletnie nieopłacalne. Tymczasem Walton właśnie na tym „pustkowiu” zbudował największą firmę handlową świata. Jej obecne obroty są równe dochodowi narodowemu takich krajów jak Ukraina czy Kolumbia. W niemal 2 tys. sklepów pracuje ponad 1,8 miliona osób.