Spontaniczna akcja warszawiaków niemal natychmiast odbiła się szerokim echem w całej Polsce, kolejne dzienniki drukowały list Bożyczki i Lutostańskich, który - jak można sądzić - był odpo­wiedzą na niemieckie żądania zwrotu Gdańska oraz „pruskiego korytarza”, a w konsekwencji słynnego sejmowego przemówienia Józefa Becka o „pokoju za wszelką cenę”. Ruszyła lawina - młodzi ludzie w przededniu II wojny światowej żywo odpowiedzieli na apel, zgłaszając swój akces, pisząc listy do krakowskiej gazety. Już 11 maja „Ilustrowany Kuryer Codzienny” podaje, że liczba potencjal­nych straceńców wynosi pół tysiąca. Z zachowanych źródeł oraz badań pro­wadzonych w latach 90. XX wieku przez społeczny Ośrodek Informacyjny Żywe Torpedy wynika natomiast, że deklaracje udziału w walce w charakterze żywych torped zgłosiło do 31 sierpnia 1939 roku około 4700 osób, w tym około 150 ko­biet. Były to przede wszystkim osoby w wieku 18-28 lat, które zdecydowały się oddać życie za ojczyznę pod wpły­wem impulsu.

Wspomina o tym Tadeusz Pniew- ski, były żołnierz AK z Kalisza. „Wpa­da podniecony mój najmłodszy brat Henryk, 18-letni uczeń gimnazjum. Był w mieście, już wie wszystko. Chce ko­niecznie coś robić, chce też się przydać. Nie musi mnie długo prosić, abym go zabrał ze sobą do mego punktu. Dziś uświadamiam sobie, że od tej chwili byliśmy właściwie nierozłączni. Od pierwszego dnia wojny aż do czasu, gdy zostaliśmy towarzyszami broni pod mu­rami stolicy, ten młodziutki chłopak nie odstąpił mnie ani na krok. Był właściwie jeszcze dzieckiem, choć zawsze pełnym szalonej odwagi (należał do grupy tych, którzy zgłosili się na „żywe torpedy”), ale przecież w ogniu walki potrzebował mojej opieki i psychicznego wsparcia”.

Marynarka Wojenna nie mogła po­zostać obojętna wobec tego pospolitego ruszenia, choć kandydaci deklaracje po­trafili wysyłać nawet bezpośrednio do marszałka Rydza-Śmigłego. Ale jedyną osobą, która urzędowo potwierdzała zgłoszenia, był szef Broni Podwodnej komandor porucznik Eugeniusz Pław- ski, późniejszy dowódca ORP Piorun. Polityka innych instytucji państwowych, takich jak Rejonowe Komendy Uzupeł­nień, nie była w tamtym czasie na tyle skoordynowana, by szczegółowo in­formować przed rozpoczęciem działań wojennych o postępach w rejestracji kamikadze.

Mimo wszystko już w czerwcu 1939 r. w Oddziale II Sztabu Głównego Wojska Polskiego został stworzony re­ferat do spraw „żywych torped”. Misje samobójcze miały mieć charakter nie tylko szturmowy, ale także dywersyjny i obejmować działania na morzu, lądzie i w powietrzu. Przygotowania ruszyły pełną parą w całej Polsce. W Sanoku w 2. Pułku Strzelców Podhalańskich utworzono Samodzielny Batalion Sztur­mowy, nazywany batalionem śmierci. Nie wiadomo, jaką bronią mieli dyspo­nować ci straceńcy. Wiemy tylko, że ba­talion liczył ok. 100 osób i we wrześniu przeprowadził akcję dywersyjną w oko­licach Bogumina, niszcząc kolumny nie­mieckich samochodów. Potem jednostka się rozpadła.

Co ciekawe, nie była to pierwsza próba, gdy przy pomocy nazewnictwa starano się zwiększyć morale żołnierzy, a jedno­cześnie propagandowo odstraszyć wroga. Już podczas wojny polsko-bolszewickiej w lipcu 1920 r. w Białymstoku powstał bowiem „Dywizjon Huzarów Śmierci”, charakteryzujący się wielkim hartem ducha, zaangażowaniem i kawaleryjską fan­tazją [patrz FH 11/2011].

Inne oddziały szturmowe jeszcze przed agresją nazistów powstały także w Warszawie, w koszarach przy ul. Rakowiec­kiej. Jednostka była szkolona do 15 sierpnia 1939 r., przygoto­wując się do wykonywania zadań specjalnych na lądzie i morzu. Po 1 września wszyscy ochotnicy mieli zostać skoszarowani w Cytadeli Warszawskiej, a następnie oddani do dyspozycji Do­wództwa Obrony Warszawy. Ich zadaniem było organizowanie akcji na zapleczu wojsk niemieckich. Na Okęciu, Ochocie i Wi­lanowie rozbijali kolumny niemieckich samochodów i przery­wali łączność. „Jako »żywe torpedy« określano też ochotników, którzy odpowiedzieli na apel Prezydenta Warszawy wzywający do obrony Czerniakowa i którzy niszczyli materiałami wybu­chowymi gniazda niemieckich ckm-ów w 1939 roku” - pisze w książce „Polskie żywe torpedy w 1939 roku” Narcyz Klatka. Do takich operacji miało się zgłosić ok. 1000 ochotników!

Natomiast w Poznaniu w sierpniu 1939 r. rozpoczęto kur­sy dla samobójczych pilotów szybowcowych i skoczków spado­chronowych. Co i jak mieli zdziałać, dokładnie nie wiadomo. Kursów jednak ostatecznie nie dokończono. Straceńcze misje planowano także w okolicach Chełmna, już po wkroczeniu Niemców do Polski. Zadaniem kamikadze z armii „Pomorze” miało też być wysadzenie niemieckiego mostu pontonowego na Wiśle, ale i tej misji nie udało się zrealizować ze względu na szybko postępujący odwrót polskiej armii.

TORPEDA W MAGAZYNIE DLA ROLNIKÓW

Czy wojsko rzeczywiście zamierzało wykorzystać młodych i pełnych patriotycznych uczuć Polaków do misji samobój­czych? A może w obliczu nadciągającej katastrofy spreparo­wano misterną mistyfikację, by próbować odstraszyć wroga? W końcu artykuły dotyczące „żywych torped” były drukowane w wielu polskich dziennikach i periodykach (m.in. w „Śląskim Kurierze Porannym”, „Kurierze Poznańskim”, „Wielkopolani­nie”). Jednak ilość znaków zapytania dotyczących „polskich kamikadze” jest ogromna - zwłaszcza gdy dochodzimy do kwe­stii uzbrojenia, którym mieli posłużyć się ochotnicy. Wiele wskazuje, że - w przypadku tych skierowanych do Marynarki Wojennej - takowe nie istniało.