To było chyba najbardziej niewiarygodne zdarzenie w moim życiu. To tak, jakby pocisk artyleryjski wielkiego kalibru, wystrzelony w kierunku serwetki, odbił się od niej i powrócił do strzelającego – w ten obrazowy sposób Ernest Rutheford wspominał doświadczenie, które doprowadziło go do odkrycia jądra atomu. Rutheford przeprowadził eksperyment rękoma swoich dwóch młodych współpracowników, Hansa Geigera i Ernesta Marsdena, którzy zajmowali się akurat badaniem rozpraszania cząstek alfa. Fizycy kierowali cząstki alfa – produkt rozpadu promieniotwórczego radu – w stronę cienkiej złotej folii. Cząstki przechodziły przez nią, zaginały lekko tor lotu wskutek spotkania z atomami złota, po czym uderzały w ekrany pokryte siarczkiem cynku. Towarzyszący uderzeniu błysk pozwalał uczonym oszacować kąt ugięcia toru. Rutheford dał swoim współpracownikom dodatkowe zadanie – wypatrywanie, czy cząstki alfa nie odbijają się czasami od złotej folii. Choć – jak się później okazało – takie odbicie zdarza się raz na 20 tysięcy, Marsdenowi udało się je zauważyć, co Rutheford skomentował potem słynnym porównaniem. Przyczyna odbić według Rutheforda mogła być tylko jedna – istnienie małego, ale ciężkiego jądra w środku stosunkowo dużego atomu.