Dr Joanna Śmigielska z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego uważa jednak, że zasłanianie się nawałem pracy to czyste wygodnictwo. „Ludzie nie pracują ciężko ostatnie dwadzieścia lat, nasze matki i babki także spędzały całe dnie w pracy i w kolejkach. Ale teraz dopiero konieczność poświęcenia wolnego weekendu partnerowi czy dzieciom stanowi problem. Za reklamami i popularnymi poradnikami tłumaczymy sobie, że przecież potrzebujemy relaksu. Współczesne problemy w związkach często tak naprawdę nie wynikają z zapracowania, ale z hedonizmu” – przekonuje dr Śmigielska. Rezultat? Nawet jeśli dzielimy się swoim czasem z bliskim człowiekiem, jak lwy bronimy swojej autonomii i nie jesteśmy gotowi na kompromisy.

Skrajnym tego przypadkiem jest pewne łódzkie małżeństwo. Gdy w połowie lat 90. ich kariery rozwijały się w szybkim tempie, zdecydowali, że choć się kochają, nie są w stanie zrezygnować z własnych przyzwyczajeń i nawyków. Dziś o rezultatach takiego podejścia najlepiej mówi ich lodówka. Na górnej półce jego przysmaki wegetariańskie, na środkowej jej jogurty i składniki na jednoosobową kolację, dół zajmuje jedzenie dzieci. Podobnie wygląda biblioteczka, osobne półki z płytami dvd. Choć wyglądają na szczęśliwą rodzinę, po bliższym poznaniu sprawiają wrażenie, że to tylko grupa współlokatorów połączonych więzami rodzinnymi.

„Ludzie zaczynają robić w związku analizę kosztów i korzyści” – pisze William J. Doherty w amerykańskim bestsellerze „Jak trzymać się razem w świecie, który chce nas rozdzielić” i opowiada historię: „Znałem pewną parę, która liczyła sobie wzajemnie wszystkie nieobecności w domu, określając w ten sposób dodatkowy czas, jaki należało po powrocie poświęcić na opiekę nad dzieckiem. Mimo że twierdzili, że starają się być w stosunku do siebie sprawiedliwi, uważam, że nieustannie podliczali, ile kto wkłada w małżeństwo i ile otrzymuje”.

Izabela Kielczyk z takimi – jak mówi – „realizującymi biznesplan na związek” parami spotyka się niemal codziennie: „Nie rozumieją, że życie domowe, w tym coraz częściej relacje seksualne, nie rządzą się takimi samymi prawami jak negocjacje z parterami handlowymi”. Podobnego zdania jest Jacek Santorski, autor książki „Miłość i praca”, w której dowodzi: „Reguły gry biznesowej zakładają orientację na cel, wymagania, czasem agresję i dyscyplinę, podczas gdy podstawą bytu w rodzinie jest czułość, przywiązanie, zrozumienie, pełna akceptacja współmałżonka, czas i cierpliwość, które mamy dla siebie nawzajem”.

Brak zrozumienia tej zasady był widoczny na każdym kroku związku Karoliny i Marcina (tych od niedoszłych oświadczyn w Londynie). „Gdy ja próbowałem stworzyć dom, ona traktowała go jak hotel, do którego z biura tylko wraca się wyspać” – żali się Marcin. „Nie czuła się w obowiązku przeprosić, gdy po raz kolejny spóźniała się na kolację (»przedłużyła nam się prezentacja dla klienta, kotku«), przedkładała też wyskakujące w ostatniej chwili weekendowe szkolenia i wyjazdy integracyjne nad nasz wcześniej zaplanowany wypad na Mazury.

Na wyrzuty z mojej strony reagowała agresją i wymówkami: »Nie rozumiesz, że ta praca to dla mnie prawdziwa szansa na inne życie«. Tak jakby to nasze wspólne życie było tylko sytuacja przejściową, na próbę i z doskoku” – opowiada Marcin.

To pierwsza żona
W udanym związku dajemy partnerowi szansę wykazania się tym, co lubi robić

Myślenie Karoliny, na pierwszy rzut oka szokujące, jest coraz bardziej popularne. Felietonista „New York Timesa” żartował jakiś czas temu ze stwierdzenia, które podsłuchał na jednym ze ślubów: „Będzie z niej dobra pierwsza żona dla Jasona”. Ale psychologom nie jest do śmiechu. „Związki na całe życie stają się powoli coraz mniej oczywiste. Częściej natomiast używa się terminu »pierwsze małżeństwo« lub »małżeństwo do przełamywania lodów«. To przejaw naszego konsumpcyjnego podejścia do rzeczywistości: skoro wadliwy telewizor możemy zareklamować, to dlaczego nie partnera?” – konstatuje William J. Doherty.