Psychologowie uważają, że takie ciągłe „szukanie tego lepszego” i niedocenianie tego, co się ma, to także pośredni efekt nowego stylu pracy. „By zmusić nas do coraz większego zaangażowania, pracodawcy wciąż nas motywują, a to dwukrotnie większą pensją, a to opieką zdrowotną w prywatnej klinice, a to karnetem na squasha. Także od partnera oczekujemy wciąż nowych porcji adrenaliny i fajerwerków, tymczasem stabilny związek ma do zaoferowania rutynę” – przekonuje Izabela Kielczyk. Jej zdaniem, takie „próbne”, krótkotrwałe związki, kończone pod byle pretekstem, to także próba wymówki, za którą kryje się strach przed prawdziwym emocjonalnym zaangażowaniem. Jednym słowem, tak jak często w pracy udajemy, że pracujemy, tak samo udajemy, że „jesteśmy z kimś w związku”.

Potwierdzają to badania prof. Heike Bruch z Instytutu Przywództwa i Zarządzania na University of St. Gallen w Szwajcarii. Według tych badań tylko 10 proc. fachowców jest w pełni zorganizowanych i skoncentrowanych na działaniu, natomiast aż 40 proc. pracowników średniego i wyższego szczebla to osoby maksymalnie pobudzone, a zarazem zupełnie rozkojarzone. Wiele rzeczy zaczynają, ale mało kończą. Nie wiedzą, w co mają ręce włożyć, a z ich pozornej aktywności niewiele wynika.

To rozkojarzenie, jak twierdzi Izabela Kielczyk, rujnuje randki jej pacjentów. „Pacjent żali mi się, że dziewczyna wyszła wściekła w połowie spotkania. Okazuje się, że w jego trakcie on wciąż przesyłał sms-y do nowego kontrahenta. Inny do ostatniej chwili, czekając na partnerkę w kinie, sprawdzał w laptopie wyniki giełdowe. Nawet nie zauważył, że sympatia już się pojawiła” – opowiada Kielczyk.

Jacek Santorski, który u swoich pacjentów obserwuje podobne problemy, wie, jak im zaradzić. „Kluczem jest mindfulness, czyli przytomność i obecność. I to zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym i społecznym. Chodzi o to, żeby cały wysiłek włożyć w prawdziwie zaangażowanie w tu i teraz, skupić się na jednym kroku do wykonania i nie myśleć ani o poprzednim, ani o następnym” – przekonuje. Według niego partnerzy nie potrzebują kilku godzin zaangażowania i uwagi. Gdy nie mamy czasu, wystarczy poświęcić im pół godziny–godzinę, ale w tym czasie zapomnieć o całym bożym świecie.

To tak zwana zasada jeża (w opozycji do „zasady lisa”, który wciąż się miota i skupia na zastawianiu coraz to nowych, wymyślnych pułapek), opracowana przez amerykańskiego psychologa sukcesu Jima Collinsa. Zakłada ona „zrelaksowaną koncentrację”. Sukces opiera się na rozpoznaniu, w czym jesteśmy najlepsi na świecie i co nas najbardziej motywuje. W udanym związku dajemy partnerowi szansę wykazania się tym, co lubi robić, i skupiamy się na tym. Nie oznacza to w praktyce oczywiście, że teraz on co wieczór robi przegląd nowości filmowych, a ona gotuje wystawną kolację, a potem użera się ze zmywaniem. Te czynności wykonujemy często (bo je lubimy), ale określamy też zdrową równowagę: teraz przed godzinę będę nadrabiać zaległości pracowe, a potem wspólnie zajmiemy się przyjemnościami. „Bo nie ma czegoś takiego jak zrównoważone życie, ale jest zrównoważony człowiek” – mówi Santorski.

Biuro gotowe na miłość
Kobiety przejmują w łóżku męski, agresywny styl, połączony z egzekwowaniem wymagań

Dla większości zapracowanych młodych ludzi problemy w związku to jednak abstrakcja. Choć ich rodzice w ich wieku mieli już przynajmniej dwoje dzieci, oni sami całymi latami nie są w stanie wejść w stały związek. W tym wypadku akurat zrzucanie winy na pracę jest całkiem zasadne. Dla korporacji idealny pracownik to singiel. Tylko jego śmieszą wieszane w biurze żartobliwe ogłoszenia: „Macie państwo ruchome godziny pracy. Możecie przyjść o każdej dowolnej godzinie przed dziewiątą i wyjść o każdej dowolnej godzinie po dziewiętnastej”. I tylko on nigdy się nie skarży, gdy trzeba zostać po godzinach lub w weekend, by zrobić projekt. W domu nikt nie czeka. – Mam pacjentów, którzy potrafią nawet nocować na kozetce w firmie i żywić się dowożonym na miejsce jedzeniem. Gdy dopinają ważne zlecenie, nie opuszczają firmy przez dwie, trzy doby – opowiada Izabela Kielczyk.