Eksperyment został zaprojektowany po tym, jak w 1964 roku kobieta została zamordowana na ulicy, a 38 świadków przyglądało się zajściu bezczynnie. Dwaj amerykańscy psycholodzy społeczni John Darley i Bibb Latane postanowili sprawdzić, czy o bierności świadków zadecydowało to, że znajdowali się w dużej grupie. Uczestników eksperymentu poinformowano, że wezmą udział w dyskusji na osobiste tematy przez interkom. Badani przebywali w osobnych pomieszczeniach, ale słyszeli pozostałych. W pewnej chwili pomocnik eksperymentatorów zaczynał udawać napad epilepsji. Jeśli badana osoba była przekonana, że tylko ona uczestniczy w dyskusji i słyszy chorego, w 85 proc. przypadków opuszczała pokój i szukała pomocy. Jeśli w rozmowie brało udział pięć osób (w tym jedna udająca drgawki), tylko 31 proc. szukało pomocy. Reszta liczyła, że zajmie się tym ktoś inny. Eksperyment potwierdził, że obecność drugiego (i każdego kolejnego świadka) zmniejsza szansę na wzięcie na siebie odpowiedzialności – z wyjątkiem sytuacji, gdy w grupie znajduje się profesjonalista, np. lekarz.