Załóżmy, że planuję zmianę w życiu zawodowym, ale coś mnie przed tym powstrzymuje, bo czasy trudne, bo duża konkurencja... Czy powinnam zmienić sposób myślenia, naładować swój mózg innymi obrazami?

Tak, złamać takie hamujące myślenie i to jak najszybciej, by nie utrwalać śladu pamięciowego. Na nowo odnaleźć to, co tę zmianę będzie napędzać, a nie hamować. Powrócić do źródła jej powstawania, uświadomić sobie i przywołać dobre emocje, które towarzyszyły narodzinom tego pomysłu, i pielęgnować je w głowie. Przywoływać miłe wspomnienia, sytuacje, obrazy, wyobrażać sobie, jak wspaniale się poczujemy, gdy ta zmiana już nastąpi.

Kiedy idąc do nowego klienta, skupię się na tym, że w ubiegłym roku przyjmowano więcej moich ofert niż teraz, bo kryzys..., to w głowie powstaje myśl: „O, kurczę, jest kiepsko”, która wzbudzi strach. I jeśli nic z tym nie zrobię, czyli nie wykorzystam do walki energii z tego strachu, poddam mu się i pozwolę, by się utrwalał, to uwierzę, że jest kryzys i że jest ciężko. I odtąd wszystkie moje wysiłki będą podszyte zdaniem: „jest kryzys”.

To spowoduje, że będę się czuł niepewnie, ta niepewność uwidoczni się w działaniach, a to z kolei niekorzystnie wpłynie na rezultat.

Mogę jednak skierować energię na myślenie, jak udoskonalić swoją ofertę, uatrakcyjnić ją, bardziej dopasować do potrzeb rynku. Jeśli tego nie zrobię, to strach wciąż się będzie we mnie sączyć i w końcu zgromadzi się w takiej ilości, że nie zdołam go udźwignąć. A wtedy ten strach nie będzie już mobilizujący, tylko wycofujący, skłaniający do ucieczki, zamknięcia, robienia wszystkiego, tylko nie tego, co ważne – np. przestanę przeprowadzać kolejne rozmowy z klientami, bo poczuję, że to rodzi we mnie dyskomfort, irytację, niechęć. To pierwsza oznaka, że przestałem sobie radzić ze strachem. Trzeba się nauczyć zamieniać złe myśli na dobre.

Jak to zrobić?

Potrzebujemy zaledwie trzech minut. Jest zestaw narzędzi i technik, które tego uczą, ale to trzeba przećwiczyć. Na warsztatach nie mówię: „zrób tak i tak”, tylko najpierw pokazuję, potem opisuję, jak należy to robić. To proste, krótkie ćwiczenia, które uświadamiają, jak emocja powstaje i w jaki sposób zamienić ją na inną; które uczą, jak przejąć kontrolę nad emocjami. Jeśli jakaś nam przeszkadza, to nie jesteśmy na nią wcale zdani, tylko możemy coś z nią zrobić. Daję do ręki narzędzia, które się nie psują, nie trzeba nic z nimi robić, tylko używać i zarządzać swoimi emocjami, a w rezultacie swoją efektywnością.

Gdy pracuję z kimś indywidualnie, zadaję mu pytanie: „Jaka jest przyszłość, której pragniesz, o której marzysz?”. Kiedy mi odpowie, stawiam kolejne pytanie: „Co musisz o sobie myśleć, by wzbudzić emocje, które pozwolą ci mieć to, czego pragniesz?”. Potem budujemy wszystko, co jest potrzebne do osiągnięcia tego celu. Ale pierwszym krokiem do zarządzania emocjami jest uświadomienie ich sobie, przyznanie się, że się je ma, i nazwanie ich.

Jak przekonuje pan menedżera do metody LDE? Spotyka się pan z prezesem dużej firmy i co mu mówi?

Mówię, że dzięki tym ćwiczeniom i wiedzy, jaką przekazuję, jego pracownicy będą wykonywać zadania z większym zaangażowaniem, że wzrośnie efektywność zespołu, work/life balance, poprawi się atmosfera w pracy. Zaczynam prezentację idei LDE od tych czterech wartości.

Na początku spotkań biznesowych menedżerowie często sceptycznie kiwają głowami, przyjmują postawę: nie zajmujmy się emocjami, bo ich nie można zmierzyć, policzyć ani w jakikolwiek sposób wystandaryzować. Skupmy się raczej na cyfrach, liczbach, sprzedaży, na tym, na co mamy wpływ. Nie chcą rozmawiać o emocjach, tylko pracować nad wynikiem, jakby nie chcieli zająć się tą miękką sferą ludzkiej aktywności, poradzić sobie z tym, że słowo „kryzys” może wywoływać w ludziach strach.