Bingo! – zawołał mój przyjaciel, polski paleontolog Grzegorz Niedźwiedzki, wskazując na cienką jak nóż szczelinę między wąskim pasem mułowca a grubszą warstwą szorstkiej skały ponad nim. Kamieniołom znajdujący się nieopodal maleńkiej wioski Zachełmie, który właśnie przeszukiwaliśmy, był kiedyś źródłem cennego wapienia, ale został dawno porzucony. Otaczający go krajobraz zaśmiecały zniszczone kominy i inne pozostałości po przemysłowej przeszłości centralnej Polski. Byliśmy w Górach Świętokrzyskich, smutnym paśmie wzgórz, które kiedyś prezentowały się wspaniale, ale zostały spłaszczone przez setki milionów lat erozji. Niebo było szare, gryzły nas komary, gorąco odbijało się od podłoża kamieniołomu. – To obraz wymierania – powiedział Grzegorz, a na jego nieogolonej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Pod spodem jest wiele śladów dużych gadów i kuzynów ssaków, które potem znikają. Na górze przez chwilę nic nie ma, a potem mamy dinozaury.

Niby patrzyliśmy na skały w zarośniętym kamieniołomie, ale tak naprawdę obserwowaliśmy rewolucję. Zapisana w kamieniu opowieść, która ukazała się naszym oczom, okazała się szokująca. Krótka chwila, gdy wszystko się zmieniło, punkt zwrotny sprzed 252 milionów lat, sprzed włochatych mamutów i sprzed dinozaurów.

BESTIA ZNAD JEZIORA

Gdybyśmy wtedy – w okresie, który geolodzy nazywają permem – stali w tym samym miejscu, nie poznalibyśmy nawet naszego otoczenia. Nie byłoby śladu zrujnowanych fabryk ani innych ludzkich budowli. Nie byłoby ptaków na niebie ani myszy wokół naszych stóp, drapiących nas kwiecistych krzewów ani kąsających komarów. Wszystkie te rzeczy miały pojawić się później. Ale wciąż byśmy się pocili, bo byłoby gorąco i nieznośnie wilgotno. Wzburzone rzeki oblewałyby Góry Świętokrzyskie, które były niegdyś prawdziwymi górami o ostrych, pokrytych śniegiem szczytach sterczących wśród chmur na wysokość kilku
tysięcy metrów. Rzeki wiłyby się po gęstych lasach iglastych, w których rośliby przodkowie dzisiejszych sosen i jałowców, i wpływałyby do wielkiego dorzecza u zboczy wzgórz, nakrapianych jeziorami, które rozrastałyby się w porze deszczowej, ale wysychały, kiedy kończyłyby się monsuny.