Uporządkujmy tych żeglarzy o podobnych nazwiskach i przydomkach. Mamy ich trzech: Kolumba, jego protektora „Colombo juniora” i starszego od tegoż „seniora”… Dziś można stwierdzić, że „juniorem” był niejaki Jerzy Grek, a właściwie Jerzy Paleolog de Bissipat. To krewny odkrywcy Ameryki, bo Bissipat jest zgalicyzowaną wersją greckiego nazwiska Dishypatos. Przydomek „Colombo junior” zyskał jednak prawdopodobnie nie przez jakieś związki z rodziną Colom, a za sprawą swego druha – francuskiego korsarza Guillaume’a de Casenove’a, u którego służył w randze porucznika. Francuz używał przydomka „Coullon”, od nazwy jednego ze swych statków – „Colomb” (po francusku „gołąb”). Korsarz „Coullon/Colomb” oraz jego druh--podwładny trzymali się razem. Tak francuski dowódca mógł stać się dla obserwatorów „Colombo seniorem”, zaś porucznik Grek – „Colombo juniorem”.

Kolumb, czyli Colom/Colon, pasował do tego grona jak ulał. Jako krewny Jerzego Greka mógł liczyć na jego pomoc. Poza tym identyfikacja z bizantyjskim rodem nadaje nowego znaczenia zapisanej przez Ferdynanda myśli odkrywcy Ameryki: „nie jestem ci ja pierwszym admirałem w mojej familii”. Ponieważ miałby wówczas wśród przodków takich wielkich żeglarzy jak Jerzy Paleolog (dowodzący flotą bizantyjską pod koniec XII w.), Emmanuel Paleolog (w 1410 r. pokonał turecką flotę), Messih-Pashas Paleolog (przeszedł na islam, zostając admirałem we flocie tureckiej) czy Dimitrios Laskarys Leontaris (który pozostawał w służbie cesarza Manuela II Paleologa).

ZAGADKA ZAUFANIA WŁADCÓW

Taki rodowód i losy Kolumba wyjaśniałyby, dlaczego w 1472 r. – na dwadzieścia lat przed odkryciem Nowego Świata – z jego usług skorzystał francuski król René Andegaweński. „Jednego razu zdarzyło się, że król René – przyznawał Kolumb, cytowany przez syna w „Dziejach…” – wyprawił mię był do Tunisu, abym położył areszt na galeasie Fernandina”. Zdobycie wrogiego statku nie wydaje się misją dla jakiegoś potomka biedaka z Genui! W XV w. kariera w amerykańskim stylu „od pucybuta do milionera” była możliwa (choćby za zasługi na polu bitwy), ale Kolumb wyskakuje dosłownie jak królik z kapelusza magika. Niczego jeszcze nie dokonał, a jest przyjmowany przez króla Francji, a niedługo później na dworach władców z Półwyspu Iberyjskiego! To tak, jakby dzisiaj jakiś przeciętny Amerykanin dostał się do Białego Domu przed oblicze Baracka Obamy, proponując mu zasiedlenie bieguna.

A gdyby Kolumb tylko popuszczał wodze wyobraźni we wspomnieniach, to w jaki sposób w 1487 r. udałoby mu się wżenić w jedną z najznaczniejszych rodzin Portugalii – Bragança-Norona? Gdyby doszło do tego małżeństwa po odkryciu Ameryki, można by zrozumieć mezalians arystokratki z synem tkacza z Genui. Ale to było 5 lat przed zakończoną sukcesem pierwszą wyprawą do Nowego Świata! Tylko dobre pochodzenie Kolumba – np. więzy krwi z ostatnim cesarzem Bizancjum, ujawnione wybrance i jej rodzinie w najskrytszej tajemnicy – wyjaśniają także tę zagadkę.

FAŁSZYWKA?

Dokument, w którym Kolumb jeden jedyny raz przyznaje, że urodził się w Genui, nie jest oryginałem. Prawdopodobnie to odpis „testamentu”, rzekomo sporządzonego przez Kolumba w Sewilli w 1498 r. Na kopii tej próżno jednak szukać nazwiska notariusza, a przecież przy spadku po żeglarzu w grę wchodziła fortuna! Tymczasem nikt nie poświadczył zgodności kopii z oryginałem. Nie ma nawet podpisu „Christoferens”, lecz „El Almirante” (Admirał). A jak zauważa badacz Manuel Rosa, Kolumb zawsze bardzo troszczył się o formalności prawne. Wniosek nasuwa się jeden: „testament” został przez kogoś sfabrykowany, aby podtrzymać nieistniejące związki między Kolumbem a Genuą, gdy rozpoczęła się gra o spadek po żeglarzu.

SEKRETNA METODA

Na bizantyjskie korzenie Kolumba może wskazywać też fakt, że podczas wyprawy do Ameryki pomiarów dokonywał pewną – jak się wyraził – „sekretną metodą”. Długo nikt nie zainteresował się tym, co miał na myśli. Potem zakładano, że po prostu prowadził podwójne obliczenie przebytej odległości: jedno prawdziwe na swój użytek, drugie fałszywe dla załogi – aby nie przerazić ludzi, że odpłynęli tak daleko od lądu. Ot i cały sekret. Ponieważ jednak przesadnie oceniał szybkość swoich statków, jego „fałszywe” dane były bliższe rzeczywistości niźli dane „rzeczywiste” – przynajmniej zdaniem biografów żeglarza.