Nago przed światem

Jest jednak jeden problem. Ogrom korzyści z podróżowania – otwartość na nowe doświadczenia, smaki czy ludzi – pomniejsza fakt, że najczęściej podróżujemy w parach czy grupach. Dla wielu osób jest oczywistością, że jeśli wyjeżdżają, to tylko wspólnie: wtedy jest raźniej, taniej, bezpieczniej. 

Wyjazd solo kojarzy się ze służbową delegacją albo smutną pojedynczością singla. Okazuje się jednak, że to, co przez lata praktykowali najbardziej zapaleni globtroterzy, pisarze reporterzy czy poeci – samotna podróż – jest jednym z najciekawszych i najlepszych dla człowieka doświadczeń. Nawet więcej – to niezbędny etap naprawdę głębokiego i prawdziwego poznania samego siebie. Pisarz podróżnik Michael Shapiro, autor książki „Sense of Place”, tłumaczy to tak: „Kiedy podróżujesz w duecie czy grupie, stajecie się niedostępni dla zewnętrznego świata jak szklana klatka z ptakami. Podróżowanie to droga. Musisz stanąć nagi przed światem, żeby się na niego otworzyć, żeby go naprawdę doświadczyć”. Podobnie o zaletach wojażowania solo pisze Paul Theroux w książce „The Tao of Travel”, nazywając współtowarzyszy podróży „miłym dodatkiem, ale też ogromnym rozproszeniem”.

 

Przełamać strach

„Dobry podróżnik nie ma konkretnych planów i nie myśli, gdzie chce dotrzeć” – pisał starożytny chiński filozof Lao Tzu. Z kolei XIX-wieczny amerykański pisarz Henry David Thoreau w książce „Walden” podkreślał: „Człowiek, który jedzie sam, może zacząć dziś, ale ten, który podróżuje z kimś innym, musi poczekać, aż ten będzie gotów”.

Mój przyjaciel Brent, Brytyjczyk, opowiedział mi kilka miesięcy temu, jak podróż solo sprzed prawie dwóch dekad zmieniła jego życie. Miał wtedy 24 lata, za sobą wielki zawód miłosny, problemy z napisaniem pracy magisterskiej i niejasną wizję przyszłości. A także podejrzenie, że być może zaczyna wpadać w szpony depresji. Postanowił coś ze sobą zrobić. Za ostatnie oszczędności wykupił dwutygodniowy kurs językowy w Hiszpanii, w Maladze. Po wylądowaniu szybko dotarł do zarezerwowanego pensjonatu i wtedy zamiast podekscytowania ogarnął go strach. Zajęcia zaczynały się dopiero w poniedziałek. Przed nim rozpościerała się więc cała sobota i niedziela. „Byłem koszmarnie głodny, ale bałem się wyjść na kolację do miasteczka. Sam? Co inni pomyślą? Jak się dogadam bez dobrej znajomości hiszpańskiego?” – myślał Brent. Przez cały następny dzień na przemian spał albo patrzył w sufit. W koń- cu w niedzielę, późnym popołudniem, zebrał się w sobie i wyszedł do sklepu. Kupił bułkę i oliwki, które zjadł w parku niedaleko pensjonatu.