Paradoksalnie często okazuje się, że wojaże solo są bardziej prospołeczne niż te, które odbywamy w parach czy grupach. Pamiętam jeden ze swoich pierwszych. To był służbowy wyjazd do Islandii, w którego ramach miałam napisać poważny reportaż zagraniczny. Byłam przera- żona. Nie samą logistyką podróżniczą – mieszkałam już wcześniej w Japonii i Wielkiej Brytanii, więc wiedziałam, jak załatwiać sprawy lotniskowo-hotelowe. Najgorsza była świadomość, że jeśli chcę zdobyć historie ciekawych ludzi, muszę ich najpierw znaleźć i dobrze poznać. Miałam na to zaledwie tydzień. Zaczynałam po omacku – od telefonów do lokalnej prasy i wizyty w polskim konsulacie.

A później postanowiłam SPOTKAĆ prawdziwych Islandczyków. Poszłam na poranną sesję jogi na uniwersytecki kampus. Spędziłam pół dnia, mocząc się w gorących wulkanicznych źródłach pod Reykjavikiem. Śpiewałam karaoke w pubie i łowiłam ryby z bratem Polaka, którego poznałam przy tablicy ogłoszeń o pracy. W ciągu tygodnia zaprzyjaźniłam się z dziesiątkami osób, z częścią z nich kontakt mam do dziś. Okazało się, że fantastyczne historie i ciekawi ludzie są na wyciągnięcie dłoni. Może dlatego, że – jak mawia stare porzekadło – dobra podróż to podróż w głąb samego siebie. Trzeba tylko dobrze spakować plecak.