Szwoleżerskie wybryki nie powinny przysłonić faktu, że pod Somosierrę podjechał wprawdzie pułk bojowo „zielony” (jedynie setka ludzi walczyła 14 lipca pod Medina del Rio Seco), ale już wyszkolony. Większość Polaków trafiła bowiem wcześniej pod komendę wybitnego dowódcy jazdy, gen. Antoine’a Charles’a Louisa Lasalle’a. Radosny, niestroniący od trunków, ćmiący faję i łamiący serca niewieście Lasalle, który uchodził w armii za wzorzec huzara, przypadł do serca polskim „czerepom rubasznym”. Tym bardziej że pod pozorami birbanta krył się świetny i inteligentny dowódca. Zasłynął w 1806 r. hałaśliwym wożeniem jaszczy i jednej armaty wokół Szczecina, co skłoniło pruską twierdzę do kapitulacji. Lasalle utrzymywał, że huzar żywy po trzydziestce to śmierdzący tchórz (jean-foutre), a że był człowiekiem honoru, rzadko łamał zasady: zginie pod Wagram w 34. roku życia.

Tak jak piloci walczący w 1940 roku nad Anglią zawdzięczali niskie straty twardemu szkoleniu „orląt” w Dęblinie, niejeden szwoleżer uratował życie dzięki brutalnej czasem szkole generała. Mądry Załuski ujął to tak: „jeżeli więc nauczyliśmy się karności, porządku, manewrów, owo zgoła służby od starej gwardii konnej, wykształciliśmy się wojennie między najdzielniejszą jazdą lekką i pod najpierwszym jenerałem tej broni przez całe pięć miesięcy”. Szwoleżerowe długo pamiętali generała, który łączył przymioty znakomitego wodza i zalety płynące z doskonałego wychowania. Lasalle ułożył nawet na cześć Polaków piosenkę. A przełożyć ją z francuskiegomożna tak:

Francuzi byli w Polsce,
Hiszpania widzi Polaków.
Europa bez wstydu przyjmie za panów:
Francuzów i Polaków.
Pokażcie naród tak silny,
by wytrzymać ich napór?
Wszystkich zabije ręka
Francuzów i Polaków.

NA (LEKKIEJ) BANI

Złośliwe języki wiązały szwoleżerski zapał pod Somosierrą z rzekomym opróżnieniem manierek. Próbowano doszukiwać się w Hiszpanii źródeł znanego przez dwa wieki we Francji powiedzenia: „pijany jak Polak” (saoul comme un Polonais), zwłaszcza że w jego tłumaczeniu pojawiły się dwie szkoły. Pierwsza mówiła o pełnym upojeniu, druga jednak – o wysokim stężeniu we krwi, a zarazem pełnej (a nawet podwyższonej) bojowej gotowości. Czy trzeba dodawać, która interpretacja bardziej odpowiadała narodowej dumie? Dokonane w 200 koni przebicie Napoleonowi drogi do zbuntowanego Madrytu znalazło się w podręcznikach dla jazdy wszystkich armii z różnym komentarzem. W rusyfikowanej Warszawie ukazała się też w 1898 r. oparta na solidnej analizie i znajomości wojaczki książeczka Aleksandra Puzyrewskiego „Kawalerijskaja ataka pri Somo- Sierrie w Ispanii 30-go nojabrja 1808 goda”. Została ona szybko przełożona na polski i francuski. Generał Puzyrewski (1845– –1904), litewski szlachcic w służbie cara, był nie tylko historykiem, autorem podręczników taktyki, lecz także wykładowcą petersburskiej Akademii Sztabu i szefem sztabu warszawskiego okręgu wojskowego. W rozmowie z Wojciechem Kossakiem kpił on z niechętnych Polakom historiografów, utrzymujących że „w tem piekle Somo-Sierry młode rasowe konie chevauxlegerów wściekły się i poniosły swoich jeźdźców... Dlaczego jednak poniosły ich wprost na armaty hiszpańskie!? Konie ponoszą także często w tył!”

Kto z kim się bił pod Somosierrą i dlaczego

W 1808 roku Napoleon ze swoją 40-tysięczną armią maszerował na Madryt. 29 listopada wojsko zostało zatrzymane na przełęczy Somosierra w paśmie gór Sierra Guadarrama, 80 km od hiszpańskiej stolicy. Przejścia, które sama natura uczyniła trudnym do ataku, broniła słabo uzbrojona (16 dział) i nieliczna (ok. 9 tys. żołnierzy) hiszpańska Armia Rezerwowa dowodzona przez generała Benito San Juana. 30 listopada doszło do decydującego starcia. Polscy szwoleżerowie (ok. 150 koni) pod dowództwem Jana Kozietulskiego – na rozkaz Napoleona – zwycięsko natarli na przełęcz i 4 baterie armat. W szarży zginęło 60 szwoleżerów, ale droga dla armii Cesarza została otwarta. 3 grudnia Napoleon dotarł do Madrytu, a następnego dnia miasto się poddało.


Do sukcesu szarży przyczyniło się połączenie
temperamentu, wyuczonego od dziecka
„zrośnięcia” z koniem, świadomości tego, że Francuzi oceniają pułk jako część narodu i umiejętności wojskowych. Sprawność jeźdźców podziwiał 90 lat później przymierzający się pod Somosierrą do panoramy Wojciech Kossak: „Jak oni mogli przejechać! Na każdym zakręcie stały 4 armaty, szosa niezbyt szeroka, nawet kanonierom przychodziło się między osiami przeciskać, aby się przedostać do wylotów dział, gdy przyszło je nabijać?! Ze szosy zeskoczyć nie mogli na łączkę obok, bo chociaż tacy jeźdźcy jak oni przesadziliby ten mur, to i tak nie mogliby po tych kamieniach i dziurach galopować. Zresztą za tym murkiem, głowa przy głowie, klęczeli lub przysiedli geryllasy i rżnęli do nich siekańcami »a bout portant«, dotykając ich niemal lufami karabinów i tromblonów (garłaczy). Porównując Somo-Sierrę w naturze z płodami imaginacyi naszej, nas malarzy, co ją chcieli ze swej fantazyi odtworzyć, wygląda dla nieżołnierza bardzo niewinnie, nie ma przepaści ani jarów. Natomiast z punktu widzenia żołnierza i i jeźdźca, musiało to być wprost piekłem”.

Dodajmy do tego zwykłą... dzielność, która nie polegała bynajmniej na nieustraszonym „huraaaa!” po wzięciu każdej baterii, lecz na kilkukrotnym opanowywaniu strachu przez walących się z końmi młodych żołnierzy. Słowem, zważywszy na zadanie, cesarz nie mógł wybrać lepiej... Szybko zrozumieli to oficerowie francuskiej gwardii, którzy – jak wspominał Wincenty Szeptycki – „dalecy grzeczności wyszukanej dworaków, nie wynosili nas pod obłoki, ale i nie zazdrościli; równie dobrzy jak szczerzy, otwarcie nam wyznawali, że i my im odtąd nic zazdrościć nie potrzebujemy”.