W Albanii Mijal utrzymywał kontakt korespondencyjny z Polską. Sterował konspiracyjną KPP, wydawał organ prasowy partii „Czerwony Sztandar” i kierował nadającym audycje do Polski Radiem Tirana. Zorganizowane grupki jego zwolenników działały m.in. w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi, Katowicach, Pabianicach i Żyrardowie. Po latach swój pobyt w Albanii Mijal wspominał z nieskrywaną nostalgią: „Miałem willę w Tiranie, sam tam mieszkałem. Rano przychodził kucharz. W ogrodzie był domek dla pracownika bezpieczeństwa, a po ogrodzie chodził jeszcze jeden żołnierz. Chodziłem na spacery, jeździłem po kraju. Pieniędzy nie dostawałem, ale za wszystko płacił albański pracownik partyjny. Spotykałem się często z Enverem Hodżą” [wieloletnim przywódcą Albanii – przyp. red.]. W Polsce jednak SB udało się wprowadzić do KPP agenturę. Kilkunastu członków aktywu aresztowano i skazano na kilkuletnie więzienie. W ciągu niespełna czterech lat, w rezultacie działań operacyjnych SB pod kryptonimem „Znak”, KPP została rozbita, a jej działacze zmuszeni do zaprzestania działalności. W połowie lat 70. stosunki Mijala z towarzyszami albańskimi zaczęły się psuć. Polski rezydent pozwalał sobie bowiem na coraz częstszą i otwartą krytykę tamtejszych władz – z pozycji ortodoksyjnie marksistowskich, rzecz jasna. Kiedy w końcu zaatakował samego Hodżę, zarządzono areszt domowy. „Wiedziałem, że do kraju nie mogę wracać, ale w Albanii też nie mogę zostać” – wspominał na łamach „Nowego Państwa”. – „Złożyłem wniosek o azyl w chińskiej ambasadzie. Miałem ogromne kłopoty z wyjazdem, bo Albańczycy przez miesiąc odkładali zgodę na mój wyjazd. Nawet sam przelot miałem z przygodami, ale w końcu szczęśliwie, przez Bukareszt, wylądowałem 1 lipca 1978 roku w Pekinie”. Kraj ten jawił mu się jako ostatni bastion idei Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, od których odwrócił się już cały obóz socjalistyczny. Ale po okresie idylli, rychło też w Chinach, po śmierci Mao, partia – zdaniem Mijala – zaczęła błądzić. W jej kierownictwie pojawili się pragmatycy i zaczęli mówić o „otwarciu na świat” i „socjalistycznej gospodarce rynkowej".

W 1983 r. rozczarowany Mijal potajemnie wrócił do Polski. Przemiany, które zaszły w kraju, ocenił bezlitośnie. Jego stanowisko można streścić mniej wiecej tak: „Kontrolę nad słusznym protestem robotniczym w Gdańsku pod hasłem »socjalizm tak – wypaczenia nie« przejęli różnej maści oszuści i syjoniści, zakładając NSZZ Solidarność. A najbardziej haniebną rolę odegrała, dążąca wprost do obalenia socjalizmu, grupa zdrajców klasy robotniczej: Kania, Jaruzelski i Rakowski. To oni bowiem zachęcali członków PZPR do wstępowania w szeregi NSZZ Solidarność – związku powołanego przez KOR-owskich trockistowskich wichrzycieli, kierowanych przez czołowych syjonistów – Kuronia, Michnika i Modzelewskiego”. Kiedy partia zdecydowała się w końcu uderzyć, wprowadzając stan wojenny, zrobiła to zdaniem Mijala nieudolnie: „Kierownictwa PZPR, jak i Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego były wyjątkowo tolerancyjne, przesadnie humanitarne i nadgorliwie katolickie. Działaczy i przywódców burżuazyjnej rebelii nie aresztowano jako krwawych przestępców politycznych, lecz tylko internowano”. Po powrocie do kraju Mijal znów działa. Tym razem kulisy jego aktywności są owiane tajemnicą Nie wiadomo, kto mu sprzyjał i skąd miał pieniądze. A miał ich sporo w twardej walucie i dodatkowo francuski paszport w kieszeni. Drukował ulotki pod hasłem „Wojsko do koszar! Władza w ręce ludu!”. O władzy pisał per „wojskowa junta z łapami splamionymi robotnicza krwią”.

LUMP I ZRAJCY

16 listopada 1984 r. został aresztowany pod zarzutem rozpowszechniania druków godzących w ustrój PRL. Przesiedział pół roku na Rakowieckiej. Podczas jednego z przesłuchań śledczy zanotował: „Poinformowany o konsekwencjach prawnych, które może spowodować przejawiana przez niego działalność, stwierdził, że zdaje sobie z nich sprawę, lecz jako rewolucyjny komunista musi walczyć o prawa klasy robotniczej bez względu na konsekwencje”. Miał 74 lata. Władza, po raz kolejny nie wiedząc, co dalej z nim zrobić, puściła go wolno. W jednej z ulotek wzywał: „Grupę generałów na czele z Jaruzelskim i Rakowskim należy aresztować i postawić przed Trybunałem Stanu za zdradę rewolucji i socjalizmu oraz próbę oddania władzy w ręce burżuazji w drodze pokojowej przy Okrągłym Stole”. Po kilku latach milczenia Mijal doszedł do wniosków, budzących w nim nowe nadzieje. W 2000 r. napisał pracę: „Główna przyczyna klęski rewolucyjnego socjalizmu”, w której przekonywał, że nie wszystko stracone i rewolucja proletariacka znów się zbliża. Pisał: „Burżuazja usiłuje rozpowszechnić kłamliwą tezę, iż komunizm przegrał, nie zdał egzaminu, a marksizm jest nieaktualną utopią. To świadoma kampania – odpowiedź na nasilającą się z dnia na dzień podskórną walkę rewolucyjną. Reakcja czuje, że wybuch jest nieunikniony, że kapitalizm upada, a komunizm już wkrótce odniesie ogólnoświatowe zwycięstwo”.

Kilkanaście egzemplarzy złożonej w chałupniczy sposób pracy osobiście rozsyłał do bibliotek. Nie znalazł bowiem wydawcy. W wywiadzie dla „Nowego Państwa” tak puentował obecną sytuację polskiego robotnika: „Bo tak to już jest, że jak się ktoś odrywa od proletariatu, to znajduje się w bagnie sprzedajnego lumpenproletariatu. Tacy są i Miller, i Manicki, i Krzaklewski.
– A robotnik Wałęsa? – pytał dziennikarz.
– To lump! Oni wszyscy to wrogowie postępu!
– To kto jest w Polsce przyjacielem postępu?
– Ci, którzy walczą o obalenie kapitalizmu. Ja na przykład”.


Postęp właśnie stracił przyjaciela...