Być kochanym przez kogo?

- Zaczyna się od siebie; jeśli w dorosłym życiu miłość ma płynąć z zewnątrz, od innych ludzi po to, byśmy poczuli się wolni, to jednak brzmi jak zniewolenie, jak pułapka. Wtedy być kochanym znaczy być zatrzymanym i wiele osób z tego korzysta, bo to bywa okrutnie przyjemne, ale na głębszym poziomie niczego nie zmienia. Inna sceneria, inny człowiek, ale ten sam wewnętrzny przymus dostawania.

Jest taki paradoks, że miłość ma ogromny potencjał ograniczania wolności, a równocześnie bez wolności jest chyba niemożliwa.

Prawdziwa miłość nie ma tego potencjału, ten potencjał ma przywiązanie, poświęcenie, obowiązki, konieczność, poczucie winy, przymus, pragnienia, niechęć, nadzieja, czyli niektóre elementy składowe związku. One wszystkie mogą ograniczać wolność, ale sama miłość jest w bezpośredniej korelacji z wolnością i ją umożliwia.

- „Wiele zawdzięczam tym, których nie kocham” - jak pisała Szymborska. Jeśli cię kocham, to daję ci jakąś władzę ranienia mnie, dawania i odbierania, właśnie dlatego, że cię kocham. I druga strona, także rodzice, często z tego potencjału korzysta, na przykład kładąc na szali przed dzieckiem całe swoje „poświęcenie” i oczekując jakiegoś za nie zwrotu.

Pewnie stąd bierze się poczucie winy u dorosłych dzieci, poczucie, że mogliby zrobić więcej, poczucie winy, że żyją swoim życiem, są na urlopie, cieszą się, a gdzieś tam są ich rodzice, coraz starsi, może chorzy, którzy tyle im dali. Problem pojawia się, gdy do prezentów od rodziców była przyklejona nadzieja na zwrot w późniejszym terminie.

- No właśnie, to jest to zadłużanie. Jego perfidia polega na tym, że normalnie człowiek dorosły zadłuża się świadomie, a to jest taki nieproszony kredyt - bo przecież nikt nie mówił czterolatkowi, ucierając mu marchewkę, że dług rośnie. Nikt nie ostrzegał dwunastolatki, że pomoże jej w lekcjach, ale za to dziesięć lat później ona usłyszy przy kuchennym stole: „to ja dla ciebie wszystko, a ty teraz chcesz stąd wyjechać?”.

I pułapką jest podjęcie próby spłacenia tego kredytu. Dlatego wolność od rodziny oznacza dla mnie widzieć wszystkie przekazy, prezenty i miny, które rodzina dała, całą miłość i jad, który sączy, wszystkie powinności, widzieć je i nie musieć im ulegać. Sztuką dla mnie jest robić to spokojnie, nieagresywnie, po prostu dostrzegać, podziękować, iść dalej, co wcale nie oznacza, że drugiej stronie nie będzie przykro. To trochę tak jak odmówienie posiłku, w którym jest mięso, gdy jest się wegetarianinem.

- To jest pytanie o odległość - w jakiej odległości mam być od rodziców? Miałam kiedyś taką poruszającą rozmowę z terapeutą norweskim Tomem Andersenem, który mówił o głosach bliskich w naszej głowie. Co zrobić z tymi głosami, spytałam go. One mówią we mnie. Co zrobić? Nic nie rób, odpowiedział. One są tobą.

Nie zgadzam z tym. Usłysz je, zaakceptuj, one nie są tobą - to moje podejście.

- Nie tylko one są mną. Jestem poza tymi głosami, to jasne. Różnię się bardzo od swoich rodziców, ale ich głosy są częścią mnie. Tak jak fakt, że urodziłam się Polsce, jest częścią mnie. Nie chcę, żeby było inaczej.